Wyprawa

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

Wyprawa

Wiadomośćprzez Aerion » Cz kwi 05, 2007 6:33 pm

8 dzień miesiąca wiosny 601 roku.


Daleko od wielkich ludzkich miast i zgiełku, w państwie elfów leśnych, na malowniczej wyspie Drimith wstawał dzień. Jasne słońce oświetliło zielone lasy, będące domem dla wielu pięknych stworzeń. Zapowiadała się cudowna pogoda. W elfiej stolicy, której nie ma na żadnych mapach, zaczynała się poranna krzątanina.
Mieszkańcy wstawali z letargu, by jak codzień szlifować swe umiejętności. Strażnicy, z trudem ukrywając ziewnięcia, ustawiali się w szeregu przed dworem królewskim. Ptaki powoli podrywały się do lotu ku jasnemu niebu.
Tymczasem w pałacu przechadzał się młody, wysoki elf. Był to książę Arcymag Valarien,
dysponujący mimo młodego wieku ogromną wiedzą i zdolnościami, częściowo odziedziczonymi po przodkach, a po części wyuczonymi z pradawnych ksiąg i zwojów.
Ciemne, długie włosy spływały mu na ramiona, a kryształowo niebieskie oczy przenikały w głąb duszy każdego, kto miał przyjemność z nim rozmawiać. Odziany był w błękitną, zwiewną szatę przepasaną złotą szarfą. Zmarszczył czoło.
Przyjaciele, których wezwał, powinni się zjawić już dawno temu. Ojciec i dziadek maga polegli w walce ze smokami z Szarych Gór. Smoki te dawno już wyginęły bądź odleciały daleko za morze, lecz tu i ówdzie krążyły dziwne legendy. Podobno daleko w niedostępnych kniejach okalających niedostępne szczyty Gór, ostała się jedna bestia. Podobno czarny smok, najstarszy z miotu, Shargan, znów się obudził i zaczął terroryzować, jak za dawnych czasów, górali i podgórskie wioski. Valarien planował zorganizować wyprawę i zgładzić zabójcę swego ojca... Nagle na dziedziniec pałacu wbiegł młody, jasnowłosy elf z mieczem przy boku, a za nim gromada podobnych rycerzy w złotych zbrojach. Blondyn ukłonił się i rzekł:
- Panie, wzywałeś nas, oto jesteśmy! Wybacz, że tyle nam to zajęło, ale przejścia są straszliwie zatłoczone o tej porze dnia – Był to Severin, dowódca straży królewskiej i przyjaciel księcia od lat dziecięcych, nieodłączny towarzysz podczas wycieczek po puszczy i dalszych wypraw. Pozostali wojownicy nazywali się kolejno: Zayl, Soal, Achdrak i Ral, starszy elf, który podjął się nauczenia Valariena fechtunku i sztuki rzucania czarów, w której musiał się szkolić każdy elf. Już w pierwszych dniach nauki zauważono u młodego elfa niezwykły talent, pozwalający mu wybić się na tle innych magów. Gdy Valarien dorósł, Ral zawsze wspierał go radą i zbrojnym ramieniem.
Mag spojrzał na nich i blado się uśmiechnął.
- Skończmy już z tymi formalnościami! Przyjaciele, wezwałem was tu dziś w bardzo poważnej sprawie. Skończyłem dziś trzydziestą wiosnę. Za dwa miesiące wypada rocznica śmierci mojego ojca i dziadka pod smoczą twierdzą w Górach Szarych. Zginęli jak bohaterowie, napadnięci przez okrutne bestie, walcząc do końca w obronie swoich przyjaciół.
Smoki zagarnęły ich rynsztunek i skarby, a potem odeszły za morze, by nigdy już nie powrócić w te strony. Jednak jest coś, co ocalało. Doszły mnie słuchy o potworze, nękającym Szare Góry. Dzisiaj ujrzałem jego wizję we śnie. On żyje, żyje, w górskiej twierdzy należącej niegdyś do naszych przodków! Leży na naszych skarbach, plugawiąc pamięć mojego ojca.
- Książę, planujesz wyprawę? – Ral spojrzał na niego badawczo.
Valarien uśmiechnął się i odrzekł:
- Tak, i po to Was wezwałem. Mam wielką nadzieję, że moi najlepsi przyjaciele nie opuszczą mnie w tych chwilach. Czy pójdziecie za mną na tę straceńczą wyprawę?
- Pójdziemy! – zakrzyknęli jednogłośnie wszyscy zebrani.
- Cieszę się i bardzo Wam dziękuję. Wiedzcie jednak, na jakie niebezpieczeństwa będziecie narażeni. W mojej magicznej wizji kryjówki smoka pojawiły się mrowia wszelakiego plugastwa – orków, goblinów oraz demonów będących na służbie u przeklętego potwora. No, i na koniec zostaje oczywiście on sam – potężna bestia, rosnąca w siłę przez setki lat samowoli, gromadząca moce by zgładzić swych wrogów. Nie wiem, czy słyszeliście, ale krążą plotki, że Shargan jest jednym z najpotężniejszych smoków chodzących po tych ziemiach. Pokonanie go może się okazać dla nas zbyt wielkim wysiłkiem...
- Podążymy za Tobą choćby na śmierć, Valarienie! – powiedział Severin, a pozostali mu przytaknęli.
Mag uśmiechnął się szeroko, po czym stwierdził:
- Świetnie, nareszcie mamy to za sobą. W moje serce wkradł się już cień zwątpienia, czy aby na pewno nie odmówicie znając wszystkie czyhające tam niebezpieczeństwa. Ale po raz kolejny dowiedliście swej odwagi. Daję Wam czas na przygotowania do piętnastego dnia miesiąca wiosny – macie tydzień czasu, a wyruszymy wraz z pierwszymi podmuchami wiatru ze wschodu! Jutro uzgodnimy szczegółowy plan wyprawy, a teraz idźcie naostrzyć miecze, wypolerować nieużywane tarcze i hełmy, a ja tymczasem przygotuję dla nas wierzchowce i pożywienie na parę miesięcy – jeżeli nie wrócimy w terminie, zakładając, że w ogóle wrócimy, jedzenie będzie trzeba zdobyć samemu. Bywajcie, idę do swoich obowiązków, jutro spotkajmy się w południe!
Z tymi słowami elfy rozeszły się, by przygotować rynsztunek na wyprawę.
Ostatnio edytowano Pn kwi 09, 2007 2:04 pm przez Aerion, łącznie edytowano 1 raz
Emblemat użytkownika
Aerion
 
Wiadomości: 90
Dołączył(a): So maja 06, 2006 7:46 pm

Wiadomośćprzez Aerion » N kwi 08, 2007 12:01 am

Nazajutrz o południu wszyscy uczestnicy wyprawy zebrali się w pałacowej sali narad i zaczęli omawiać przebieg podróży. Po dobiciu do brzegów Leanderu ekspedycja miała, idąc łąkami i równinami, dotrzeć do skraju Haon Doru, pradawnej puszczy porastającej tamte strony, a następnie przejść przez wielki las i podjąć wędrówkę górami, aż do przypuszczalnej siedziby smoka. Morze mieli przebyć prywatnym okrętem księcia, dwumasztowcem o wdzięcznej nazwie Czarne Słońce. O tej porze roku nie powinno być burz, a nasi podróżnicy bynajmniej nie obawiali się piratów czy rozbójników morskich. Zebranie zakończyło się o godzinie czternastej, po czym elfy pożegnały się, postanawiając jak najlepiej wykorzystać pozostałe sześć dni przygotowań. Valarien pojechał na północ od stolicy do elfiego miasta, słynącego z najlepszych wierzchowców w tych krainach. Nie szczędząc złota, zakupił sześć śnieżnobiałych rumaków, które odznaczały się wytrzymałością na trudy, sprawdzoną podczas dalekich wypraw. Achdrak pojechał do swojego domu po najlepszy łuk, którego używał jedynie na specjalne okazje. Zayl, Severin i Soal zajęli się kompletowaniem broni, tarcz herbowych oraz innych elementów uzbrojenia, wszystko najlepszego gatunku, Ral natomiast zmaterializował swoimi czarami, przy pomocy książęcych magów magiczną klingę, stworzoną w celu niszczenia wszelakiego zła.
Po tygodniu intensywnych przygotowań, uczestnicy wyprawy zebrali się na dziedzińcu pałacu królewskiego. Valarien ofiarował każdemu po jednym wierzchowcu, ponadto zabrali ze sobą trzy muły, mające nieść bagaże wędrowców. Koni miano użyć tuż po zejściu z okrętu, dlatego podróżnicy planowali wybrać jak najwygodniejsze ścieżki, możliwe dla przebycia dla konnego. Książę uśmiechnął się szeroko, lustrując wzrokiem zebranych.
- …Nikogo nie brakuje! Piękne zbroje! Mam nadzieję, że nie skruszą się w boju.
- Na pewno nie – odrzekł Severin, wyciągając jednym ruchem swój miecz z pochwy – Ostrzyłem go trzy dni! Teraz przeciąłby nawet granit.
- Dobrze więc… ruszajmy, w porcie koło Tolarii czeka na nas mój okręt, który zabierze nas do smoka, który legnie pod naporem złączonych sił magii i miecza!
Mówiąc to, Valarien skierował się ku głównej bramie stolicy, a za nim ruszyli pozostali. Lud wyległ na ulice, by pożegnać śmiałków, opuszczających na długo - kto wie, może na zawsze, rodzinny dom. Rozległy się wiwaty. Valarien pomachał elfom, spojrzał po raz ostatni na rodzinny dom i przekroczył wrota miasta.


***

Jechali przez dłuższy czas gościńcem, będącym główną, a właściwie jedyną bitą drogą w państwie elfów. Leśne zwierzęta wyległy ze swych kryjówek, chcąc jakby swą obecnością pożegnać odjeżdżających rycerzy.
Minęła godzina szesnasta, cienie wydłużyły się. Achdrak i Soal zajęci byli rozmową; Severin jechał spokojnie, wypatrując kamieni, które mogłyby zranić jego konia, Ral wysforował się do przodu, natomiast Valarien został z tyłu, pogrążony w rozmyślaniach. Czy zdołają przedrzeć się przez słynące ze skrajnie niskich temperatur oraz bestii, przyczajonych w mroku, góry? Czy w ogóle tam dotrą, pokonując olbrzymie połacie lasów Haon Doru? Puszcza elfów była dla nich zupełnie czym innym. Jasne, piękne lasy, w których się urodzili i wychowali, nie mogły ich przerażać. Potrafili przejechać setki mil bez mapy ani niczego, co wskazywałoby im położenie. Jednak jak pokonają gęste, ciemne bory, o których jedynie słyszeli?
Te i inne pytania zaprzątały coraz bardziej głowę Arcymaga. Nagle naturalną ciszę lasu przeszył okrzyk Rala.
- Widzę dym na północy! To musi być obozowisko.
Pozostali zbliżyli się z zaciekawieniem. Któż mógł obozować na ich własnej ziemi? Obecność elfów wykluczał fakt, że zwykle wzniecali oni ogień magicznym sposobem, które nie powodował wydzielania się żadnego dymu.
- Wyślijmy zwiadowcę… Severinie, pójdziesz zobaczyć, czy jesteśmy w niebezpieczeństwie? - rzekł Valarien.
Dowódca straży zgodził się bez przekonywania. Zawsze charakteryzował się niemałą odwagą. Pozostali wstrzymali oddech, podczas gdy Severin skradał się bezszelestnie w kierunku dymu. Minęło kilka minut, które wydały im się wiecznością. W pewnym momencie usłyszeli cichy okrzyk Severina.
- Baczność! Orki!
Pozostali zrozumieli w mig. Wieloletnie wojny z tymi stworzeniami nauczyły ich czujności. Jednakże plemiona orków zwykle nie zapuszczały się w te strony. Zayl przypuszczał więc, że wysłano ten oddział, by zaczaili się na elfów i wybili co do nogi. Musieli dowiedzieć się o planowanej wyprawie i poczynić własne, podłe przygotowania.
- Nie ma rady, będziemy musieli walczyć… - odezwał się Valarien.
- Dobrze, chodźmy więc i stawmy czoła tym tchórzom!
Okrzyk bojowy elfów po raz kolejny przeciął leśną ciszę. Z krzaków wypadł Achdrak, którego moc odrzuciła dowódcę orków na drzewo. Za nim Soal, Zayl i Severin cięli mieczami bez opamiętania, budząc popłoch w wyraźnie zaskoczonym oddziale. Na ostatku zza krzaków wyłonili się Ral oraz Valarien, który wypowiedział niszczące zaklęcie, powalające tych orków, co przeżyli elficką szarżę. Severin wytarł swoją klingę o trawę, po czym stwierdził: - Wielokrotnie jeszcze zapewne spotkamy te potwory. Zła jest coraz więcej, dotarło nawet do naszych lasów. Podczas naszej wyprawy musimy wyplenić go tyle, ile zdołamy. Demony, orki, gobliny i inne pomioty nocy. Wybijmy ich. Oto, czego oczekuje od nas świat!
- Dobrze mówisz - pochwalił go Valarien. - Podczas tej wyprawy zabijemy zapewne więcej bestii, niż przez lata naszych walk z orkami. Jednak, kto wie, być może ktoś z nas także zginie… może nawet wszyscy. Ja jednak nie zamierzam się poddać, pójdę tam, rzucę wyzwanie smokowi i zobaczymy, kto z nas umrze pierwszy! - To mówiąc, elf zanucił cicho bojową pieśń. Wszyscy natychmiast podchwycili melodię i wkrótce sześć czystych głosów wznosiło się ku granatowemu już teraz niebu.
Elfy poszły jeszcze kilka kilometrów w las, po czym, na małej polance, Valarien urządził postój. Ral szepnął kilka słów, po których na środku polany rozbłysnął błękitny płomień, niewidoczny z daleka, które odstraszyłby wszelkie drapieżniki, o ile takie by były. Valarien, Ral, Soal i Achdrak pogrążyli się w typowym dla elfów letargu, Severin patrzył zamyślony w ogień, natomiast Zayl przechadzał się wśród drzew…
Valarien ocknął się z letargu, rozglądając się wokoło. Zastanawiał się, co go zbudziło. Nagle uświadomił sobie, że gdzieś z oddali dobiega go piękny dźwięk rogów obwieszczających nowy dzień. Zerwał się natychmiast i krzyknął:
- Hej tam, Ralu, Severinie, Soalu, Zaylu, Achdraku! Zbliżamy się do krańca Puszczy! Dźwięk tych rogów dobiega z granicznego posterunku elfów! - Wszyscy natychmiast się ożywili i zaczęli przygotowywać się do dalszej podróży. Ral jednym słowem zgasił magiczne ognisko, po czym zarzucił tobół na jednego z mułów i wsiadł na swego wierzchowca. Pozostali uczynili to samo i wkrótce potem cała szóstka jechała już drogą ku ostatniej ostoi elfów, gdzie czekał na nich żaglowiec księcia.
W porcie, jak można się domyślać, powitano ich bardzo serdecznie, a zarządca przystani osobiście wyszedł im na spotkanie.
- Witaj, wasza książęca mość, witajcie dzielni rycerze! Okręt czeka już na was, gotowy do drogi. Czy mam przydzielić wam sternika, czy któryś z was potrafi dowodzić taką jednostką?
- Ja - powiedział Zayl. - Kierowałem niegdyś trójmasztowcem z Midgaardu.
- Doskonale. Wobec tego życzę wam udanej podróży. Statek stoi już w północnym porcie.
Drużyna skierowała się więc na północ, przyglądając się mijanym po drodze żaglowcom. Już z daleko rozróżnili wspaniały dwumasztowiec, wyróżniający się pięknymi zdobieniami oraz herbem na żaglu - białą lilią na zielonym tle, symbolem elfów leśnych. Bez pozwolenia weszli na pokład i rozejrzeli się z zadowoleniem. Takiego okrętu nie powstydziłby się nawet i sam król! Zayl rozsiadł się za sterami, pozostali natomiast udali się do swych komnat. Na pokładzie oprócz sternika pozostał jedynie Ral, który odczepił kotwice od przystani. Okręt księcia elfów powoli wypływał na pełne morze.
Emblemat użytkownika
Aerion
 
Wiadomości: 90
Dołączył(a): So maja 06, 2006 7:46 pm

Wiadomośćprzez Aerion » N kwi 08, 2007 11:41 pm

Valarien ocknął się z drzemki. Przebudził go stukot jakiegoś ciężkiego przedmiotu o belkę. Wstał z łoża i ujrzał na podłodze swą magiczną laskę, zderzającą się ze ścianą w wyniku kołysania statku. Zmarszczył brwi, po czym wyszedł na pokład, gdzie zebrali się już wszyscy pasażerowie. Soal wskazywał coś na horyzoncie i przemawiał do zebranych.
- Widzicie to, co ja? Czarne chmury zbierają się na linii widoczności. To może oznaczać kłopoty, i to duże kłopoty.
- Zgadzam się - potwierdził Zayl. - Z mojego doświadczenia na morzu wiem, iż takie chmury zawsze zwiastują burzę. I to nie byle jaką.

Valarien podrapał się zafrasowany po podbródku bez zarostu. Czy okręt wytrzyma sztorm? Bo na sztorm wyraźnie się zanosiło. Lekki z początku wiatr zaczął przybierać na sile, a czarna linia rysowała się coraz wyraźniej na horyzoncie.
- Sterniku, ile czasu płynie się na kontynent? - spytał mag.
- Około dziesięciu do piętnastu godzin. - odrzekł Zayl z nutą niepokoju w głosie.
- Nie zdążymy. Burza złapie nas na pełnym morzu i obawiam się, że będzie to dla naszego okrętu ciężka przeprawa.
Rzeczywiście, lekki dwumasztowiec przystosowany raczej do żeglugi po wodach śródlądowych Drimith, nieczęsto miał do czynienia z wielkimi burzami.
Wszyscy zaczęli więc gorączkowe przygotowania do spotkania z przewidywanym huraganem. Achdrak zrolował główny żagiel i przymocował liną do masztu, Severin wraz z Ralem zajęli się uszczelnianiem wszelkich dziur i zagłębień na statku. W razie sztormu mogło się liczyć każde zabezpieczenie. Valarien poszedł do swej kajuty i pogrążył się w medytacji. Skupiając wszystkie siły, roztoczył wokół okrętu i jego pasażerów magiczną tarczę, która chroniła przed wyładowaniami elektrycznymi. Nie groził im więc pożar, jednak wciąż zostawała kwestia silnego wiatru i ulewy.
Pozostali czekali na pokładzie, by odeprzeć atak nawałnicy.

***

Burza trwała już od dwóch godzin i wcale nie zamierzała ustać. Olbrzymie bałwany z dziką furią uderzały o burty okrętu, a wiatr smagał zmęczone twarze wędrowców. Pioruny, dzięki tarczy rzuconej przez Arcymaga, rozbijały się poza granicami statku.
To prawdopodobnie ich uratowało, gdyż pożar we spółkę z huraganowym wichrem i potężnymi falami zmieniłby żaglowiec księcia w pył. Elfy, teraz przedzierzgnięte w marynarzy, próbowały zapanować nad rozszalałymi żywiołami, wypompowując wodę i magią osłabiając nieco silny wiatr.
Jak i wszystko na świecie, nawet tak silne zjawiska mają swój koniec. Pod wieczór burza ucichła, pozostawiając okręt nieco poszarpany i podniszczony, ale w żaden znaczący sposób nie uszkodzony. Stało się tak jedynie dzięki trosce podróżników, którzy nie dopuścili do żadnego trwałego zniszczenia swojego statku. Gdy słońce całkiem znikło za horyzontem, a świat okryły ciemności, podróżnicy zaczęli z pasją naprawiać żaglowiec. Valarien zaklęciami zasklepiał dziury w żaglach, pozostali używając bardziej konwencjonalnych metod naprawiali uszkodzone drewniane deski i wylewali wodę, która w wielkich ilościach dostała się na statek podczas sztormu.
Gdy robota była już skończona, elfy zebrały się przy magicznym świetle, by pogawędzić o burzy i zniszczeniach, jakie mogłaby spowodować.
- Mieliśmy szczęście, nie ma co - odezwał się Severin. - O włos byliśmy od katastrofy, statek w pewnym momencie niebezpiecznie przechylił się na lewą burtę…
Ral uśmiechnął się i rzekł:
- Nieźli z was marynarze. Zastanawialiście się kiedyś nad podjęciem tego zawodu? Dobrze poradziliśmy sobie z nawałnicą. Ktoś inny w naszej sytuacji poszedłby prosto na dno oceanu.
Podróżnicy gawędzili jeszcze z pół godziny, po czym położyli się na krótki odpoczynek, pozostawiając czuwającego Zayla…
- LĄD!
- Hę…? Co takiego? Jaki znowu ląd? - Achdrak po trudach wieczoru musiał pożegnać się z ciepłym łożem, wyrwany z sennych rozmyślań okrzykiem Zayla.
Oprzytomniawszy jednak już bez dalszych sprzeciwów zarzucił na ciało pelerynę i wyszedł na pokład, gdzie czekali nań zbudzeni przez sternika przyjaciele.
W oddali, na granicy widoczności migotały światła Midgaardu. Nie było jeszcze słychać żadnych miejskich odgłosów, ale elfy już wiedziały, że zbliżają się do największego z ludzkich miast i prawdopodobnie największego w ogóle.
Valarien podszedł do lewej burty i powiedział do sternika:
- Zaylu, nie dobijaj bezpośrednio do Midgaardu. Mielibyśmy tam nieliche zamieszanie z powodu straży miejskiej. Z powodu zwiększonej aktywności Smoka bramy są dokładnie strzeżone. Gdyby usłyszeli o celu naszej wyprawy, ani chybi by nas nie puścili - Valarien uśmiechnął się lekko.
- Dobrze więc, książę, czy zadowoli Cię, gdy dobiję do brzegu w pobliżu łąk na zachód od Midgaardu, gdzie zaczyna się Haon Dor?
Valarien przytaknął i wkrótce statek książęcy, wymijając Midgaard, przybił do naturalnej zatoczki na skraju jakichś zielonych łąk. Ral zarzucił ciężką kotwicę, a statek przymocowano dodatkowo linami, by sam nie urwał się i nie odpłynął, odcinając im odwrót… Zakładając oczywiście, iż w ogóle powrócą.
Podróżnicy pełni nowych sił zeszli na ląd. Pierwszy na kontynencie stopę postawił Zayl, któremu od siedzenia za sterem zdrętwiały kończyny i teraz z chęcią wybiegł przed siebie.
- Ho, ho! - krzyknął. - Czuję zapach lasu, pachnie zupełnie jak ta nasza Puszcza! Na tych równinach odczuwa się już bliskość Haon Doru.
Rzeczywiście, zwierząt było tu bardzo dużo, a bujne krzewy porastały spore obszary. Jakieś dwie mile przed nimi znajdowała się ciemnozielona ściana lasu. Lasu, który ciągnął się niemal od bram Midgaardu aż po sławetne Szare Góry i który w najbliższym czasie mieli przebyć. Co czeka na nich w tych ciemnych borach, tak różnych od jasnej elfickiej puszczy? Na to pytanie żaden z nich nie potrafiłby odpowiedzieć.
Wędrowcy rozpoczęli marsz przez łąki i wysokie trawy, zmierzając ku granicy lasu. W razie gdyby zabrakło żywności, doskonałe elfie łuki z pewnością zapewnią im wyborną dziczyznę, gdyż lasy Haon Doru należały do najobfitszych we wszelaką zwierzynę i ptactwo. Poza tym, gdyby nawet i wspaniała broń zawiodła, zawsze pozostawała możliwość stworzenia jedzenia… magicznie. Niektórzy magowie wręcz specjalizowali się w tego typu czarach i potem świątynie w wielkich miastach wypełnione były goframi z dżemem. Jednak niektórzy nie przepadali za magicznym jedzeniem, które miało według nich… gumowy smak. Cóż, kwestia gustu, pomyślał Valarien, który bardzo lubił tworzone przez siebie czarodziejskie ciasta bananowe.
Las przybliżał się coraz bardziej; wkrótce można było już rozróżnić pojedyncze drzewa. Tę część puszczy porastały głównie buki i dęby, chociaż nie brakowało też drzew iglastych - sosen, jodeł i modrzewi.
Wkraczali powoli w gęstwinę Haon Doru; niemal wszyscy czuli się tu jak u siebie w domu, jako elfy z natury miłowali spokój i piękno leśnej przyrody. W puszczy było dosyć ciemno, gdyż drzewa rosły ciasno, pozostawiając niewiele miejsca małym krzaczkom i krzewom. Las wydawał się spokojny, ciszę zakłócał jedynie czasem śpiew jakiegoś ptaka czy trzask złamanej gałązki. Ten spokój był jednak tylko pozorny. Severin przystanął nagle i, schyliwszy głowę, spojrzał ku ziemi, na której widniały ludzkie ślady! A więc nie byli sami w tym cichym lesie. Kogóż jednak nieść może w pochmurny letni dzień z dala od wszystkich szlaków i gościńców? Severin przyjrzał się dokładniej tropom na ziemi.
- To są ślady ciężkich, podkutych butów oraz końskich kopyt. - Podniósł się i zaczął badać pobliskie drzewo. Tu widać kłaki z futra dziwnego zwierzęcia, nieznanego w naszych stronach… a tu… o cholera! Krew, świeża, lepka krew!
Podróżnicy natychmiast wyciągnęli miecze z pochew. Krew i ślady futra na drzewie mogły świadczyć tylko o jednym - niedawno przejeżdżali tędy zbóje i doszło między nimi do jakiejś walki. Na jednym z drzew Severin rozpoznał nawet ślad po trafieniu zakrzywionym kordelasem, ulubioną bronią bandytów grasujących w tych lasach.
Drużyna szła dalej w milczeniu, bezszelestnie stąpając po miękkim poszyciu lasu. Achdrak szedł przodem, by w razie potrzeby ostrzec towarzyszy przeciągłym świstaniem. Nagle wydało im się, że czują woń pieczonego mięsa. Ostrożnie podeszli bliżej i odkryli, iż się nie mylili. Ktoś piekł na rożnie jakieś leśne zwierzę. Achdrak cichutko podkradł się do granicy drzew okalających piękną, sporej wielkości polanę.
Podszedł jeszcze bliżej i usłyszał jakieś dźwięki. Zaczął skradać się w tym kierunku i po chwili usłyszał dwa głosy, najwyraźniej sprzeczające się ze sobą
- Jasna cholera, Dreghun, ty idioto, jak mogłeś o tym nie pomyśleć?! To chyba oczywiste, że po napadzie na wóz kupiecki możesz się spodziewać pogoni. Ci, psia ich mać, strażnicy z Midgaardu gonili moich chłopców w głąb tego lasu! Moi ludzie zginęli przez twoją pieprzoną głupotę!
- A co miałem według ciebie zrobić? Puścić wóz wypchany po dach kosztownościami, pełny tłustych, bogatych kupców z wypchanymi sakiewkami?
- A nie mogłeś, drewniana głowo, poczekać aż wjadą trochę głębiej w las? Ale ty oczywiście musiałeś zaatakować karawanę tuż przed zachodnią bramą Midgaardu!
Dwaj rozbójnicy kłócili się dalej w podobnym tonie, a Achdrak powolutku wycofał się do towarzyszy.
- Zbójcy… - powiedział cicho. - Kłócą się. Proponuję, byśmy, korzystając z panującego w obozie zamieszania, uczynili tam jeszcze większy rozgardiasz magią i przedarli się pod osłoną jakichś magicznych meteorytów, czy czegoś podobnego na drugi koniec polany.
- Dobrze - zgodził się Valarien. - Jeżeli będzie trzeba ich zabić, nie wahajcie się, albowiem, jak już słyszeliście, ci nędznicy napadli na bezbronną karawanę, zabijając wszystkich jej członków. Nie zapominajcie jednak, kim jesteście, a mianowicie elfami, nie jakimiś plugawymi orkami czy krasnoludami, których interesuje jedynie złoto. A teraz, pod moją komendą, naprzód!
- Vael arianen! - czysty, mocny głos przeszył powietrze. Elfy wypuściły z łuków chmarę strzał i przedarły się pod osłoną magicznego ognia i wybuchających wszędzie meteorytów na drugi koniec obozu. Valarien obejrzał się. Herszt zbójców zauważył ich i już miał wydać swym ludziom rozkaz ataku, gdy pierzasta strzała trafiła go w krtań. Bandyta osunął się bezwładny na ziemię. Achdrak spojrzał na Soala, który wypuścił śmiertelną strzałę.
- Piękny strzał - odezwał się. - Zasłużył na taki koniec. Ale teraz nie ma już czasu, ruszajmy, nim te łotry zdołają się zorientować, kto narobił tego zamieszania…
Ruszyli więc. Im dalej szli w las, tym był on coraz ciemniejszy. Drzewa miały teraz szersze korony, a u ich stóp rozciągało się leśne runo, wśród którego znajdowały się między innymi zabójcze dla zgłodniałych wędrowców wilcze jagody. Nogi elfów, choć przystosowane do leśnych kniei, zapadały się w miękki mech, zaplątywały w liczne wijące się krzewy i ciernie… Podróżników ogarniało powoli znużenie i coraz częściej przystawali, by chociaż złapać oddech, nabrać tchu w płuca… Po pewnym czasie Valarien postanowił szukać dla swej drużyny kryjówki. Rozeszli się na wszystkie strony, wypatrując solidnego drzewa bądź jakiegoś załomu skalnego. Po niedługim czasie rozległ się okrzyk Rala:
- Jest! Znalazłem! Jaskinia, wystarczająco pojemna byśmy się wszyscy w niej pomieścili. Ruszajcie, póki nie zrobi się zupełnie ciemno!Jaskinia okazała się dość przytulna i wędrowcy w miarę wygodnie spędzili w niej tę noc. Rankiem wyruszyli znów przez niezmierzony Haon Dor, las, który jak im się wydawało, nie ma końca…
Wędrowali tak jeszcze przez tydzień, nie wypełniony żadnymi przygodami. Od czasu do czasu polowali na licznie występujące na tym obszarze jelenie olbrzymie, charakteryzujące się dużymi białymi plamkami na ciele, oraz, co ważniejsze, wyśmienitym mięsem. Chociaż wędrówka przez las była uciążliwa, podróżnicy nie poddawali się, konsekwentnie zmierzając ku celowi swej wędrówki… ku Szarym Górom, których wciąż jeszcze nie było widać…
Emblemat użytkownika
Aerion
 
Wiadomości: 90
Dołączył(a): So maja 06, 2006 7:46 pm

Wiadomośćprzez Aerion » Wt kwi 10, 2007 12:37 am

Nieco dłuższy odcinek, niż zazwyczaj... No cóż, to zakończenie...

Zayl przystanął, by chociaż chwilę odpocząć. O tej porze roku w lesie panowały wysokie temperatury, jednak i tak niższe niż na otwartym terenie, w gęstej kniei panował bowiem wieczny cień. Rycerz powiedział do stojącego obok Valariena:
- Książę, zdaje się, że widzę jakieś skały na północy. Zbliżmy się, by zobaczyć dokładnie, co to może być.
- Z pewnością nie Szare Góry, za krótko jeszcze idziemy - Valarien pozwolił sobie na leciutki uśmieszek. - Trzeba będzie się jeszcze pomęczyć, oj trzeba będzie…
Elfy skierowały się więc na północ, w kierunku formacji skalnej przysłoniętej liściastymi drzewami. Zayl wybiegł kilka kroków do przodu i przystanął.
- Wąwóz - stwierdził.
Rzeczywiście, wąski skalisty wąwóz wrzynał się w pradawny las. Wędrowcy byli bardzo zaciekawieni, jako że po tylu dniach wędrówki nawet jałowe skały wydawały im się nie lada atrakcją. Przeszli parę kroków, gdy nagle dał się słyszeć przerażający ryk. Ziemia zatrzęsła się, gdy ogromny troll o wysokości co najmniej trzydziestu stóp wybiegł zza skał. W ręku trzymał gigantyczną maczugę nabijaną ćwiekami, mogącymi przebić skórę bawołu.
- O, cholera… - zdołał wyszeptać Zayl, nim potężny cios maczugą potwora odrzucił go na pobliskie drzewo. Jak się potem okazało, cios ten połamał mu wiele kości i uszkodził narządy wewnętrzne.
- ZAYL! Och, ty bestio! - Ral zamachnął się swym olbrzymim mieczem, trafiając trolla w goleń, który zatrzeszczał niebezpiecznie; olbrzym zachwiał się na nogach, lecz nie przewrócił. Zawył z bólu, bowiem spotkanie złej istoty ze świętym paladyńskim mieczem kończy się wyjątkowo boleśnie, nawet dla takiego giganta.
Troll obrócił się w kierunku nowego przeciwnika, ryknął z wściekłości i błyskawicznie zaatakował. Tarcza rycerza wygięła się i pękła pod naporem tak przerażającej siły.
Ral zbladł. Troll przymierzył się do następnego ciosu, w tej samej chwili jednak Valarien krzyknął głosem pełnym mocy:
- Inlaarian!
Potężna kula energii uderzyła trolla prosto w pierś, powalając go na ziemię i pozwalając Ralowi wycofać się na bezpieczną odległość.
Soal, Achdrak i Severin natychmiast podbiegli to ogłuszonego trolla, dobijając go strzałami z łuków.
- Ral, nic ci nie jest?! - spytał nerwowym głosem Valarien.
- Mam zwichnięte lewe ramię… ale to nic… spójrzcie na Zayla!
Podbiegli natychmiast do drzewa, gdzie leżał ranny elf. Zdjęli go ostrożnie i przenieśli na szczyt wzniesienia.
Valarien przyłożył ucho do piersi rannego, mówiąc:
- On żyje… żyje, ale już umiera!
Nikt nie mógł w to uwierzyć. Severin zbliżył się do nieprzytomnego Zayla.
- Ma uszkodzone narządy wewnętrzne… płuca przebite jednym z ćwieków maczugi trolla… połamany obojczyk… zdruzgotane żebra… a co najgorsze - maczuga zahaczyła też o głowę, co może mieć fatalne skutki.
- Książę, powiedz… nie ma szansy go uleczyć?! - powiedział ze łzami w oczach Ral.
Valarien bez słowa podszedł do rycerza i wyrzekł regenerujące słowa. Na oczach zebranych niebieskie światło zaczęło emanować z jego ręki, zasklepiając skórę, lecz nie lecząc narządów.
- To na nic… takich ran nie uleczy nawet najznakomitszy uzdrowiciel.
Wszyscy czuwali przy nieprzytomnym Zaylu aż do wieczora. W pewnym momencie Severin podszedł do ciała i podniósł rękę elfa, która opadła bezwładnie. Potem spojrzał na rannego i na pozór beznamiętnym głosem rzekł:
Przyjaciele… Zayl nie żyje. Był dobrym wojownikiem i dobrym elfem. Zginął, broniąc się przed potworną bestią, której ścierwo leży u naszych stóp. Niechaj pamięć o nim nigdy nie zginie, a jego imię będzie wysławiane we wszystkich puszczach należących do wolnych elfów. Uczcijmy go minutą ciszy.
Milczenie, które zapadło po tych słowach było wręcz przytłaczające. Po chwili Valarien odezwał się cichym głosem:
- Jego ciało zostanie spalone zgodnie z jego wolą, a prochy rozsypane nad elfim lasem. Niech spoczywa w pokoju!
To mówiąc Valarien szepnął parę słów, po których ciało Zayla strawił jasny płomień. Mag wyciągnął z torby pojemnik z czystego srebrna, po czym, zebrawszy prochy rycerza, włożył je do tej prowizorycznej urny, którą dał na przechowanie Severinowi, jako najbliższemu przyjacielowi Zayla.
- Jeżeli wrócimy, rozrzuć je nad Puszczą.
Severin powoli skinął głową, po czym schował urnę do płaszcza.
W żałobnych nastrojach udali się w dalszą drogę ku majaczącym już na horyzoncie Szarym Górom.

Maszerowali tak już dłuższy czas, a tymczasem teren zaczął się zmieniać. Drzewa i krzewy zastąpiły twarde skały i jałowa ziemia. Wraz z dalszą wędrówką szli też coraz bardziej do góry. Teren stawał się coraz bardziej stromy, wkrótce musieli się już wspinać. Nikt jednak nie narzekał na bolące nogi, w które wbijały się odłamki skał. Sprawa zabicia smoka stała się teraz ich osobistą sprawą, bowiem każdy z nich miał w Zaylu przyjaciela. Nie spoczną, póki nie dostaną się do siedziby bestii i nie przebiją jej serca swymi klingami.
Po pewnym czasie niedaleko dostrzegli ścieżkę, prowadzącą prosto na szczyt jakiejś góry. Stanęli niepewnie, nie wiedząc, która droga prowadzi do smoczej kryjówki. Valarien wyciągnął mapę, przestudiował ją dokładnie, po czym rzekł do towarzyszy:
- Moi drodzy, pójdziemy do góry tą ścieżką. Za szczytem, który widzicie, znajduje się długa przełęcz, przez którą musimy przejść. Dalej znajduje się jakaś dolina, samotne skały i szczyt, na którym wedle moich przypuszczeń znajduje się Smocza Twierdza.
Skierowali się więc drogą na ów szczyt, która była bardzo niewygodna. Ostre kamienie kaleczyły stopy, a rzadkie powietrze utrudniało oddychanie. Nagle, zupełnie nie spodziewanie, ogromny, narastający z każdą chwilą huk przeciął górską ciszę. Soal rozejrzał się i krzyknął:
- Co tam znowu, na Ulryka?! Czyżby znów jakieś piekielne trolle?!
Nie były to jednak trolle, a potężna lawina śniegu i kamieni, która zwaliła się ze szczytu, na który właśnie się wspinali.
- NA BOK! Szybciej, skaczcie w bok, komu życie miłe! - wrzasnął Valarien.
Elfy rozbiegły się więc we wszystkich kierunkach, ratując życie, ale tracąc cały dobytek, pozostawiony na drodze. Nie wiedzieli, ile czasu minęło do ucichnięcia ostatnich pomruków lawiny, ale jedno jest pewne - ten czas wydawał im się wiecznością. Leżeli skuleni na zboczu, nie będąc pewni czy któryś z ich kompanów nie zginął… Pierwszy podniósł się Ral, otrzepując swe szaty ze śniegu i żwiru.
- Hej, żyje tam ktoś?
Okazało się, że wszyscy przeżyli. Wstali rychło i zaczęli się zastanawiać nad przyczyną lawiny.
- Zdawało mi się, iż słyszę jakieś ryki tam, na górze - powiedział Valarien
- Myślicie, że ktoś mógł celowo zrzucić tę lawinę? - zastanawiał się Soal.
Ral zamyślił się i rzekł:
- Jaka siła mogłaby spuścić na nas setki ton śniegu?
Nikt się nie odezwał; wszyscy myśleli o tym samym. Wkrótce podjęli przerwaną wędrówkę, szli wciąż do góry, mozolnie wspinając się po ostrych skałach i myśląc o swoim przeznaczeniu…




***

Dojście na ogromny szczyt zajęło im trzy godziny. Rozciągał się stąd wspaniały widok, toteż utrudzeni wędrowcy przystanęli, by chwilę odpocząć i rozejrzeć się po okolicy. Na północy, jak okiem sięgnąć, królowały Szare Góry pokryte śniegiem, mimo upalnego lata na nizinach. Jakieś dziesięć mil przed sobą widzieli dolinę, o której mówił im książę, a niedaleko za nią potężny szczyt, zdaje się najwyższą górę w okolicy. Jeżeli jednak była tam jakaś twierdza, to znajdowała się po drugiej stronie szczytu, gdyż stamtąd, gdzie stały elfy, przysłaniał ją olbrzymi blok skalny, blokujący dostęp do północnej strony góry. Na południu natomiast podróżnicy widzieli ogromny obszar zajmowany przez las Haon Dor. Nawet z takiej wysokości nie mogli dojrzeć Midgaardu, znacznie zapewne oddalonego. Sporą część obszaru na wschodzie zajmowały stepy i równiny, na zachodzie natomiast znajdowała się siedziba górskich elfów i Zamek Skadara. Po krótkim odpoczynku podnieśli się i zaczęli z kolei schodzić w dół do doliny, stanowiącej oazę zieleni na tym bezdrożu. Schodzili ostrożnie, obawiając się, że zrzucą kolejną lawinę, która uszykuje im groby na dnie doliny. Z przodu szli Ral z Achdrakiem i Severinem, z tyłu natomiast zamyślony Valarien i łucznik Soal.
Po czterech godzinach marszu znajdowali się już w dolinie, którą porastały górskie kwiaty i kosodrzewina. Drzew iglastych z racji wysokości było niewiele, liściastych natomiast nie było w ogóle. Rozejrzeli się wokół. Ledwo widoczna ścieżka prowadziła na sięgający chmur wyniosły szczyt, którego przesłoniętego mgłami wierzchołka wcale nie było widać. Severin szedł cicho, nie oglądając się za siebie. Nagle stanął i z niepokojem zaczął wpatrywać się w niebo na północu.
- Lamie… nie… znowu coś widzę! - powiedział półgłosem do towarzyszy.
Pozostali wytężyli wzrok i zobaczyli to, co zwiadowca. Jakaś latająca bestia powoli zbliżała się w ich kierunku. Nie był to jednak smok, gdyż nawet ten kolos o długości ciała koło trzydziestu pięciu stóp, którego widzieli przed sobą nie mógł się równać rozmiarami ze starożytnym Sharganem.
- To wywerna górska! Kryć się! - szepnął cicho mag.
Elfy skryły się w krzakach, obserwując nadlatający obiekt. Skrzydła wywerny przecinały powietrze ze świstem, od którego aż bolały uszy.
- Zaatakujcie, gdy dam sygnał…
Potwór krążył powoli, wyraźnie coś wyczuwając. Gdy zbliżył się zanadto, Valarien wykrzyknął: -Teraz!
Soal, Severin i Achdrak powstali ze swych miejsc, wypuszczając w kierunku przeciwnika trzy zatrute strzały. Wywerma wydała z siebie potworny skrzek, po czym wyjąc z bólu skierowała swój łeb ku rycerzom. Valarien nie zwlekając złożył dłonie w magiczny gest. Na jego rozkaz z bezchmurnego nieba strzeliła w potwora jasna błyskawica, po której uderzyły kolejne. Wywerna po raz wtóry zaskrzeczała przeraźliwie, po czym, plunąwszy kwasem runęła na ziemię.
- Cholera… nie… UCIEKAĆ! - krzyknął ile sił w płucach mag.
Ile sił w nogach podróżnicy rozbiegli się w chaosie i wygląda na to, że w samą porę. Gigantyczne cielsko wywerny runęło na ziemię u ich stóp. Achdrak otarł pot z czoła.
- Mogło być gorzej - powiedział.
Wędrowcy, ochłonąwszy ze strachu wywołanego nagłym pojawieniem się wywerny i jej spektakularną śmiercią skierowali się na szczyt, na którym miała dopełnić się ich przygoda.
Droga tam nie wyróżniała się niczym szczególnym, chyba tym, iż była trzy razy dłuższa i trzy razy bardziej męcząca od tej, którą szli wcześniej. Żwir usuwał się elfom spod nóg, a małe kamyki jak zwykle przebijały lekkie elfie obuwie i kaleczyły stopy. A jednak szli, nie zważając na ból i wyczerpanie. Szli, by dopełniła się zemsta, by wyzwolić świat od straszliwego potwora. Każdy z nich miał świadomość niebezpieczeństwa, na jakie w tej chwili się naraża, a jednak żaden nie zrezygnował, nie powiedział: „Książę, zwolnij mnie, nie nadaję się do tego i w ogóle mam rodzinę, dzieci oraz piękną narzeczoną, która czeka na mnie w elfiej stolicy!”. Bo też książę Valarien szczególnych miał przyjaciół, których cechowała olbrzymia odwaga i hart ducha, co czyniło z nich niezrównanych towarzyszy w boju.
Po pewnym czasie zaczęli wchodzić w warstwę chmur, co oznaczało, że właśnie przekroczyli wysokość sześciu tysięcy metrów - bowiem ten rodzaj chmur występuje dokładnie od tej wysokości, nigdy niżej. Teren robił się coraz bardziej stromy. Ral po stracie tarczy podpierał się obiema rękami na rękojeści swego miecza, którego używał jak laski do podpory. Wkrótce doszli do tego ogromnego skalnego bloku, widocznego ze szczytu na południu. Miał on chyba dziewięćset stóp wysokości i stanowił swego rodzaju wierzchołek góry. To prawdopodobnie za nim znajdowała się kryjówka smoka. Valarien przystanął, po czym rzucił na towarzyszy zaklęcie grupowego lotu, by nie musieli się trudzić mozolną wspinaczką po tej skale, co zresztą wydawało się niemożliwe. Wzlecieli więc w górę niczym orły i po dziesięciu minutach byli już na szczycie skały. Soal, który pierwszy postawił tam stopę, wydał z siebie cichy okrzyk.
- Jest…! Kryjówka smoka!
Pozostali natychmiast spojrzeli w tym kierunku i oto, co ujrzeli:
czarny, gładki jak lodowa tafla sześcian o średnicy około sześciuset metrów stał u stóp skalnego wyłomu. Jako że w czymś takim na pewno nie pomieściłby się smok, wysoce prawdopodobne jest, iż jego kryjówka kryje się w znajdujących się w twierdzy podziemiach. Tak myśleli podróżnicy i, jak się później okazało, mieli rację.
Dzięki zaklęciu rzuconemu przez Arcymaga elfy mogły opaść delikatnie na skałę obok smoczej kryjówki. Valarien pełnym rozrzewnienia wzrokiem spojrzał na swych towarzyszy, rzucił na nich ochronne czary po czym jako pierwszy przekroczył dębowe wrota.

***
W twierdzy Shargana było bardzo ciemno. Ral wyszeptał parę słów, po których jego święty miecz rozjarzył się przepięknym światłem, jaśniejszym od blasku jakiejkolwiek latarni. Drużyna szła cichym korytarzem, wsłuchując się w echo swoich kroków…
Ten spokój nie mógł jednak długo potrwać. Wkrótce potem za zakrętem korytarza usłyszeli dzikie pomruki i porykiwania. Achdrak wyciągnął klingę z pochwy, pozostali uczynili to samo. Z napięciem oczekiwali swoich wrogów.
Zza zakrętu wypadł olbrzymi ork, trzymający w ręku pokryty zeschłą krwią bojowy topór. Ryknął przeraźliwie, co było jakby sygnałem dla biegnącej za nim hordy orków, ogrów i goblinów. Valarien uśmiechnął się drapieżnie, i nie był to miły uśmiech dla przeciwnika, który miał wątpliwą przyjemność się z nim zmierzyć.
- Xaanterion ilventrium! - zakrzyknął mocnym głosem.
Fala rozgrzanego powietrza uderzyła dowódcę bandy prosto w pierś. Z donośnym rykiem przewrócił się, blokując drogę biegnącym goblinom. W tej samej chwili zza pleców maga posypał się grad elfickich strzał, które siały spustoszenie w bandzie goblinów. Łucznicy widząc, że dojdzie do bezpośredniego starcia wyciągnęli miecze. Po chwili piątka elfów starła się z co najmniej sześciokrotnie liczebniejszym oddziałem dzikich goblinów. Iskry sypnęły się z mieczy, które jakby czekały na tę chwilę. Valarien stanął nieco na uboczu, masakrując wrogów swoimi czarami. Potworów jednak wciąż przybywało. Książę zauważył, że napływ przeciwników odbywał się przez stary tunel, prowadzący w nieznane dotąd części twierdzy. Valarien postanowił go zasypać. Pomyślał „trudno, znajdę nam inne wyjście„, po czym ryknął:
- Astharious!
Potężny huk wstrząsnął twierdzą. Strop w miejscu działania czaru maga zaczął się zawalać, a ściany ścierać ze sobą w błyskach następujących szybko po sobie eksplozji. Śmierć poniosło kilkanaście bestii znajdujących się właśnie w wejściu. Valarien spojrzał z ponurym uśmiechem na swe dzieło, po czym sam rzucił się w wir walki, dezintegrując wrogów mocą swojej magicznej laski. Dzięki odcięciu napływu wrogów sytuacja podróżników zaczęła się polepszać, chociaż wciąż nie była godna pozazdroszczenia. W pewnym momencie olbrzymi ork napiął cięciwę, po czym strzelił w niczego się nie spodziewającego Severina, który zadawał właśnie cios walczącemu z nim ogrowi. Rycerz zbladł; jego oczy zaczęły powoli zachodzić mgłą. Po chwili z cichym okrzykiem: „Niech żyje Książę i cały ród elfów!” runął na ziemię.
Mag patrzył na to pełnym osłupienia wzrokiem. Po chwili ryknął dziko, namierzył szybko orka, który wypuścił śmiertelną strzałę i skoncentrował całą swoją moc.
- Odpokutujesz mi za to, śmieciu! - wrzasnął.
Ork padł na ziemię wijąc się z bólu, trawiony wewnętrznym ogniem. Valarien przeszedł z kolei do jego kompanów, unicestwiając ich po kolei. Inne elfy także radziły sobie znakomicie. Soal i Achdrak walczyli przy sobie, tnąc mieczami goblińskie łby i kończyny, Ral natomiast z dziką furią napierał na pięć bezskutecznie próbujących go zranić ogrów.
Walka powoli dobiegała końca. Goblińskie ścierwa układały się w upiorne stosy, nieliczni ocalali umykali przed śmiercionośnymi mieczami Rala, Soala i Achdraka.
Valarien tymczasem szykował się do odwalenia ścian wiodących do dalszej części twierdzy. Przyjaciele pomagali mu, badając, w którym fragmencie skała jest najcieńsza. W końcu znalazł odpowiedni odcinek i zburzył go magią. Czterech ocalałych członków wyprawy skierowało się dalej korytarzem zawalonym gruzem i odłamkami. Wkrótce odnaleźli wejście do podziemi, którego się spodziewali. Z otworu powiało czernią . Zaczęli schodzić powoli po krętych schodkach, zmierzając ku celowi swej wędrówki. Im niżej schodzili, tym powietrze było gorętsze i duszniejsze, jakby zadymione. Nikt już nie pytał Valariena, co to oznacza. Przyspieszyli kroku i wkrótce dotarli do korytarza, na którego końcu jaśniała żółtoczerwona łuna. Valarien pobiegł naprzód, to samo uczynili jego towarzysze. Po chwili dotarli do ogromnej, jasno oświetlonej komnaty. Na marmurowej posadzce leżał spokojnie gigantyczny potwór o łuskach czarniejszych niż najczarniejsza noc. Nie spiesząc się, podniósł głowę i spojrzał na przybyszy.
- Tak… spodziewałem się was… - usłyszeli mocny, porażający do głębi kości głos. - Czyżby Valarien Arcymag i jego drużyna, nieprawdaż? O tak, poznaję Cię, mały szczurku. Wiesz, jak umarł Twój ojciec? Zginął jak tchórz, błagając o litość. Popełnił duży błąd. Ja nie mam litości DLA NIKOGO.
Valarien cały poszarzały z wściekłości krzyknął:
- Przygotuj się na śmierć, plugawa bestio!
Soal i Achdrak zaatakowali jednocześnie, wypuszczając magiczne strzały w kierunku gada. Uszkodziły one nieco pancerz chroniący smoka, jednakże nawet go nie zadrasnęły. Potwór zaśmiał się przerażająco, po czym rzucił im w twarz:
Doprawdy, czy to wszystko, na co was stać?
Smok podniósł się całkiem i otworzył paszczę; buchnął z niej oślepiający strumień ognia. Achdrak krzyknął rozpaczliwie, umierając w potwornych męczarniach. Soal zdołał uskoczyć i teraz z nagim mieczem w dłoni rzucił się na potwora. Cios był tak silny, że przebił łuskowy pancerz smoka i przeciął mięsień. Bestia ryknęła przeraźliwie, po czym machnęła ogonem, długim na dwadzieścia stóp - siła uderzenia była porównywalna do małego tornada. Soal upadł na pobliską ścianę, o dziwo podniósł się jednak i zaatakował znów. Walka była ciężka. Ral wielokrotnie ciął swoją magiczną klingą, nie udało mu się jednak trafić w odsłonięty pysk potwora, co mogłoby okazać się śmiertelne. Nagle Soal wskoczył na grzbiet smoka, wspinając się powoli po długiej szyi. Wielka bestia na próżno próbowała zrzucić z siebie smukłego elfa. Rycerz zamierzył się mieczem, przebijając smokowi lewe oko. Potwór stęknął z bólu, po czym zrzucił z siebie elfa i przebił pazurami. Ral i Valarien walczyli dalej z dziką bezwzględnością. Smok trafił maga kilkakrotnie w klatkę piersiową, co nie rokowało dobrych nadziei. Mag zwijał się z bólu, ale walczył dalej, nie dopuszczając smoka do swego kompana.
Nagle Ralowi udało się przeciąć ścięgno na prawej nodze smoka, co znacznie utrudniało mu poruszanie się. W pewnym momencie Shargan złapał walczącego paladyna pazurami i uniósł na wysokość pyska.
Ha… Ral, o ile się nie mylę… no, nieważne, panie elfie, Twój żywot dobiega tu końca!
Rycerz ostatkiem sił wyciągnął przed siebie miecz, gdy zęby smoka zaczęły miażdżyć jego kości. Elfickie ostrze przecięło mięsień na szyi potwora.
Urg… to naprawdę… zabolało.
Valarien nie słuchał już słów smoka. Szepnął cicho „Ral…” po czym skoncentrował całą pozostałą mu moc, by rzucić jedno z najpotężniejszych zaklęć, jakie kiedykolwiek widziała ta ziemia. Wyprostował się i krzyknął głosem pełnym mocy:
VAER CARVANTIL! Giń, zabójco moich przodków!!!
Przeciągły świst przeciął powietrze, kiedy z wyciągniętej dłoni Arcymaga wystrzelił w kierunku Shargana oślepiający promień. Ziemia zatrzęsła się, gdy potężna bestia upadła na marmurową podłogę twierdzy. Huk słyszano w mieście górskich elfów, odległe echa dotarły nawet do Midgaardu.
Valarien powoli osunął się na posadzkę, po czym z bladym uśmiechem na twarzy odszedł do krainy, gdzie nie ma bólu, cierpienia i nienawiści.
Czasy księcia elfów przeminęły, a Lac bardzo się zmienił. Mimo to jeszcze przez wiele lat bardowie śpiewali pieśni o bohaterskim Arcymagu i jego drużynie, a pamięć o ich niezwykłych czynach nigdy nie zagasła.


KONIEC.
Emblemat użytkownika
Aerion
 
Wiadomości: 90
Dołączył(a): So maja 06, 2006 7:46 pm


Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron