Nefrat [Spoza Laca]

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

Nefrat [Spoza Laca]

Wiadomośćprzez Tzeentch » Cz cze 21, 2007 11:32 pm

Nefrat

Karawana szła niestrudzenie naprzód, pomimo zacinającego z wściekłością deszczu. Wozy wolno posuwały się po błotnistej drodze. Na dwóch z nich siedziało kilkanaście niskich, brodatych postaci, trzeci zakryty był plandeką.
- Daleko jeszcze? - spytał jeden z ludzi siedzących na wozie. Jego twarz owinięta była szczelnie opończą.
- Nie - odburknął brodaty krasnolud o barach kowala, siedzący obok - to już niedaleko, mości Bendever. - Plandeka na wozie zaszeleściła pod wpływem silniejszego podmuchu.
- Myślałby kto - podjął ten, którego zwano Bendeverem - że słoneczny dzień może się tak raptownie zmienić w pluchę.
- Jesteśmy na granicy księstwa Vrakenvall - krasnolud splunął. - Tu, panie Bendever, pogoda zmienia się z minuty na minutę. Niczego nie można być pewnym. To przeklęta ziemia.
- Przeklęta czy nie, interesy muszą się kręcić. Chyba się nie boicie, co, panie Grevor?
- Nie płaciliście nam - Grevor nawet nie podniósł oczu - za nie banie się. Zresztą, panie Bendever, jakbyście znali te okolice jak ja, robilibyście w portki i nawet przez myśl by wam nie przeszło, by tu prowadzić swoje drogocenne wozy.
- Może i tak. Ale pieniądze na drzewie nie rosną.
Gdzieś w oddali zaskowyczało coś przeraźliwie. Krasnoludy zabełkotały z podnieceniem w swoim gardłowym języku. Wiatr wzmógł się jeszcze bardziej. Karawana zbliżyła się do dwóch skał, stojących po obu stronach gościńca. Jak okiem sięgnąć, wszędzie było pustkowie, urozmaicone tu i tam skarlałymi sosnami. Daleko na południu majaczyły góry.
- Wrota Vrakenvall - rzekł krasnolud. - No, panie Bendever, zobaczymy nynie, kto albo co nas tu przywita. - Niebo rozświetliła zielonkawa błyskawica. Kupiec przyłożył rękę do czoła i spojrzał w dal. Wydawało mu się, że widzi jakąś postać na koniu. Ale mogło to być także złudzenie. Mogło.
- Czego się spodziewacie?
- Mhhrr - mruknął krasnolud. - Wszystkiego co najgorsze, panie kupiec. Solą i chlebem nas tu witać nie będą, to pewne.
Minęli skały w ciszy.
Nagle jeden z wozów przechylił się i rozległ się trzask, a potem huk.
- Prrr! - warknął Grevor i zeskoczył z kozła. Rozglądając się czujnie podszedł do przechylonego wehikułu. Tuż za nim stanął Bendever. Krasnoludy siedzące na uszkodzonym wozie szybko z niego zeszły i zaczęły nerwowo rozglądać się wokół.
- Pękła oś i koło odpadło - zawyrokował Grevor. - Nie mamy szczęścia, panie Bendever. Nuże, podnieście wóz. Spróbujem coś z tym zrobić.
Kilka niskich postaci ruszyło wykonać polecenie. Deszcz zaczął zacinać jeszcze wścieklej; o ile to możliwe, wichura nasilała się.
Nieuczestniczący w naprawianiu dobyli topory zza pasów.

***

- Coś jest na rzeczy, znaczy się to, co gadał Grevor - powiedział starszy brodacz w opasce na czole. - Gdzie nie spojrzeć ugór. Ech, nie podoba mi się to miejsce.
Konie niespokojnie zarżały.
- Na dodatek ta burza - mruknął młodszy krasnolud, mający brodę zaplecioną w dwa warkocze. - To nienaturalna burza, mówię wam.
- Przecież słyszeliście, co gadał Grevor. Tu pogoda zmienna. Nie napędzajcie sobie wzajemnie strachu - warknął trzeci, w płaskim hełmie.
- My nie musimy go napędzać, Gurun. My się bojamy i bez napędzania - odparł ten młodszy.
Zapanowała nerwowa cisza, mącona jedynie przez grzmoty.
- A co tam się rusza? O, tam, w ciemności? - przerwał ciszę ten w opasce na czole.
- Gdzie?
- Tam, między tymi głazami.
- Nic nie widzę.
- Przyjrzyj się, do diabła!
W końcu wszyscy coś zobaczyli. Jakiś jasny kształt błyskał między skałami, wyraźnie się zbliżając.
- Panie Grevor! Sam tu! - krzyknął brodacz zwany Gurunem. Grevor przestał dozorować naprawianie osi i podszedł do wołającego.
- Czego?
- Tam, między skały! Coś się zbliża.
Kształt istotnie się zbliżał. Wnet okazało się, że takich jasnych plamek jest o wiele więcej. I wszystkie majaczyły w coraz to mniejszej odległości. Niebo przecięła wyjątkowo jasna błyskawica, na chwilę oświetlając cały teren.
- Matko moja... - jęknął ten młodszy z zaplecioną brodą.
- W kupę! - ryknął Grevor

***

- W kupę! - ryknął Grevor. Bendever, usłyszawszy jego krzyk, obejrzał się. I serce mu zamarło. Przez chwilę stał jak słup soli, a potem wpełzł tchórzliwie pod wóz. Widział tylko błyski toporów, słyszał krzyki, przeraźliwy kwik koni. I klekot. A potem w świetle błyskawic dojrzał umierające krasnoludy. Jeden padł z obciętą głową, inny z zakrzywionym jataganem w bebechach. Kupiec zamknął oczy, skulił się i zakrył dłońmi uszy.

***

Coś brutalnie pociągnęło go za włosy i wyciągnęło spod wozu. Otworzył oczy. Podniósł wzrok. Otaczały go ze wszystkich stron. Szkielety. W martwych oczodołach potworów płonęło zielonkawe, chorobliwe światło. Tuż przed Bendeverem stał kary koń. W siodle siedziała zakapturzona postać, jej poszarpany płaszcz rozwiewał wiatr. Spod kaptura błysnęło czerwienią. A potem coś uderzyło kupca w potylicę i padł bez zmysłów w błoto.

***

Nagi człowiek zwisał głową w dół ze stropu. Wokół jego chudych łydek owinięte były masywne łańcuchy, a z poranionych kostek spływały strużki krwi. Wisielec otworzył oczy. A potem usłyszał szept.
- Bendever...
Kupiec z wysiłkiem podniósł wzrok. Jęknął. Stała przed nim zakapturzona postać, którą widział wtedy, na trakcie, gdy... Postać zbliżyła się, Bedever poczuł odór otwartych grobów.
- Komu wiozłeś kielichy i wino? Gdzie wiozłeś? - znowu usłyszał szept przywodzący na myśl syczenie żmii. Bendever nie pamiętał. Lub nie chciał pamiętać. Pragnął tylko przeżyć... Albo umrzeć w miarę bezboleśnie.
- Powiesz - szepnęła zakapturzona postać i podeszła do paleniska. Wyjęła z niego żarzące się obcęgi. - Prawda, że powiesz?
Bendever zaczął wrzeszczeć. A potem powiedział wszystko.

***

Wrota otworzyły się z przeraźliwym zgrzytem akurat wtedy, gdy kolejna błyskawica rozświetliła niebo, oświetlając iglicę kryjącą twierdzę Vrakenborg, siedzibę księcia Wraslava vatr Jihablut. Deszcz zacinał wściekle, chłoszcząc ziemię jakby za jakieś grzechy.
A potem przez bramę runęła zakapturzona postać w płaszczu, jadąc na potężnym, karym rumaku. Spod kopyt tryskały kaskady błota, gdy jeździec i jego rumak ruszyli traktem. Kolejne błyskawice przecięły czarne jak kir niebo. Brama zawarła się ze zgrzytem.

***

Pilnujący bramy strażnicy zostali brutalnie wyrwani ze snu wściekłym waleniem we wrota.
- Ki diabeł - warknął jeden z nich i podszedł do wizjera. Spojrzał w mrok. - Kto tu?
- Otwierać w imię jego książęcej mości Wraslava vatr Jihablut! - sykliwie szepnęła zakapturzona postać stojąca w deszczu. Za jej plecami parskał wielki, czarny ogier. Strażnik wytrzeszczył oczy i spojrzał z przestrachem na kompana.
- Nefrat - szepnął. - Już otwieram, panie nefracie, migiem! - rzekł głośniej do wizjera. Ciemna postać cierpliwie stała przed bramą. W końcu usłyszała zgrzyt zdejmowanego skobla i wrota rozwarły się nieznacznie. Nefrat pociągnął konia za uzdę i przekroczył bramę. Tuż za zadem wierzchowca wrota zatrzasnęły się ze zgrzytem. Minął strażników bez słowa, nie zaszczyciwszy ich nawet spojrzeniem i ruszył dalej. Stukot podków na bruku stopniowo się oddalał.
Oddźwierny przełknął głośno ślinę.
- Poszczałem się - rzekł do partnera. Partner nie wykazał najmniejszych objawów zdziwienia.

***

Nefrat wszedł do karczmy. Panował tam gwar, nikt nie zwrócił na zakapturzonego przybysza uwagi. Podszedł do szynkwasu, gdzie kostyczny karczmarz wycierał blat.
- Szukam Giorgusa Petrelli – rzekł nefrat, nie zdejmując kaptura. Karczmarz spojrzał na niego spode łba.
- Nie znam – warknął.
- Mam złoto.
- Nie znam, powiadam. Chcecie piwa to zamawiajcie, a jak nie, to droga wolna – nefrat długo mierzył karczmarza wzrokiem.
- Dajcie piwa – rzekł w końcu, wziął kufel i usiadł w kącie. Obserwował przez chwilę pełną salę. Pociągnął łyk piwa – było, o dziwo, dobre, choć nieco mętne. Dwa stoliki obok kilku zarośniętych osobników grało w kości, wrzeszcząc przy tym niemiłosiernie. Cycata kelnerka kręciła się między gośćmi, reagując piskiem i śmiechem za każdym razem, gdy ktoś ją uszczypnął w pulchny tyłek.
Wtem ktoś zasłonił nefratowi widok.
- Dosiąść się można? – spytał niewysoki człowieczek o szczurzej aparycji i dawno niegolonej twarzy. Na pierwszy rzut oka było widać, iż jest to miejscowy męt, może rajfur.
- Siadajcie.
- Nazywam się Radoch. A wam jak, panie, mówić?
- Możesz mi mówić Yakob – odparł nefrat.
- Miło poznać, uszanowanie. Widać, żeście nietutejsi. Pomóc wam aby w czym? Bordele znam tęgie, karczmy, a pomoc kosztować was będzie ino tyla, ila będę w stanie wypić!
Yakob skinął na kelnerkę, ta wnet przyniosła kolejny kufel, mrugając przy tym do nefrata. Ten nie zwrócił na nią uwagi. Radoch z wyraźną ulgą zbliżył usta do kufla, piwo pociekło po szczeciniastej brodzie. Nefrat czekał cierpliwie, aż ten skończy pić. W końcu Radoch oderwał się od piwa i przetarł usta rękawem. Beknął donośnie.
- Uchhh, napój bogów, zaprawdę…
- Których, jeśli można wiedzieć?
- Hę? Eeee, tak mi się rzekło, panie. Ot, bogów nie ma, to pewne. Widzicie, stary kowal poszedł był na cmentarz, hep, rano znaleźlim ino strzępy… Takie to, panie, czasy nastały… Gdzie bogowie byli, gdy kowala szarpały upiry? O, albo córka szwaczki Heleny, młódka była, a hoża jako ta łania. I zeszło jej się z tego padołu łez zimy zeszłej…
- Mości Radochu, dość krotochwili – przerwał mu Yakob. - Znacie Giorgiusa Petrelli?
Mężczyzna spojrzał nieco spłoszony na nefrata. Nie uszło to jego uwadze.
- Iiii, pierwsze słyszę. A kto to taki?
- Kupiec Gorgius Petrelli. Wytężcie pamięć, mości Radoch.
- Wybaczcie, nigdy o takim żem nie słyszał. Noo, panie Yakob, mus mi iść… - nie skończył. Yakob złapał go za rękę. Radoch wzdrygnął się. Dłoń nefrata była nienaturalnie blada i zimna, niczym pijawka. Drugą ręką nefrat odstawił delikatnie kufel. A potem błyskawicznie złapał człowieka za czuprynę i grzmotnął jego głową o ławę, aż ta podskoczyła. Nikt nie zwrócił na czyn nefrata uwagi, widać bywalcy zdążyli się do takich widoków przyzwyczaić.
- Łgać to możesz swojej babie, jak cię zdybie z dziewką w stodole. Ale nie mnie. I od stołu się wstaje, zważ na me słowa, gdy zezwolę łaskawie.
Powtórne uderzenie o ławę.
- Teraz powiesz mi prawdę, tak?
- Hghrr...
Łup!

***

Gorgius Petrelli, na oko sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna o potężnej łysinie i wielkim nosie, wszedł do komnaty i zamknął za sobą drzwi. Zdjął ozdobny dublet i powiesił go na krześle, przeciągnął się. I zamarł w tej pozycji. Z cienia wyłoniła się zakapturzona postać. Kupiec nie mógł z siebie wydać głosu z zaskoczenia... I strachu, który ułapił mu mózg, niczym pająk muchę.
- Gorgius Petrelli, jak mniemam? – spytał cicho nefrat.
- Jjjaaa… Pieniądze dam, wszystko dam, panie złodzieju, tylko…
- Nie jestem złodziejem, Gorgiusie – Yakob zrzucił kaptur. – Jestem nefratem.
Giorgius zbladł jeszcze bardziej. Widać wolałby już złodzieja - a kto wie: może płatnego zabójcę?
- Co też nefrat robi w moim skromnym domu? – Giorgius usiadł na skraju łóżka. Ręce trzęsły mu się nadal.
- Kupiec Bendever wyznał nam, że wiózł dla cię różne ciekawe precjozja. Oskarżył cię o zbrodnię szerzenia jeremiaszowych herezji.
- Łże jak pies! Nie znam nikogo takiego, panie nefracie, to musi być spisek konkurencji, to musi… być… spisek! – kupiec poderwał się z łoża, prawie krzyczał.
- Być może, kupcze, być może. Ja jednak mu wierzę. A wiecie dlaczego? – nefrat podszedł do regału z książkami i wyjął stamtąd księgę oprawioną w czarną skórę, na której widniał znak krzyża. – Oto dlaczego! – syknął i rzucił książką w kupca. Giorgius dostał prosto w twarz, krew pociekła z rozbitego nosa. Kupiec zatoczył się i upadł na podłogę.
- Wrócę tu wkrótce po ciebie. Czekaj grzecznie. I zacznij robić rachunek sumienia, kupcze – Yakob wyszedł cicho z komnaty, całkowicie zaskakując Giorgiusa.

***

Giorgius Petrelli biegł przez miasto, klucząc i oglądając się za siebie nerwowo. Musiał dotrzeć do kapłana i ostrzec go, że wszystko się wydało. O swoje życie już nie dbał, wiedział, że jest skończony. Obiecał sobie solennie nie wyznać niczego na torturach, które niewątpliwie go czekały. Najważniejsze teraz to ostrzec cały zbór, by zniszczył dowody, ukrył kapłana. Inaczej wszystkich czeka loch i powolna śmierć – co do tego kupiec nie miał żadnych wątpliwości. Wiedział, że wyznawanie kultu Jeremiasza jest ścigane przez książęcych nefratów z całą stanowczością – religią obowiązującą w całym księstwie był kult Wraslava vatr Jihablut, samozwańczego syna bogów, krwawego demona, który żądał ofiar z krwi. A samozwańczy syn boży nie znosił konkurencji.
W końcu Giorgius dotarł do niewielkiego budynku, stojącego na obrzeżach miasta. Znowu się rozjerzał i zapukał. Jakiś młody chłopiec lekko uchylił drzwi, a gdy poznał kupca, wpuścił go do środka. Drzwi zamknęły się za nim.
Z cienia wyszedł nefrat i lekko się uśmiechnął. Śledzenie kupca było dziecinnie proste. Starzec nie dość, że nie dowidział, to jeszcze śmierdział strachem na milę. Starczyło mieć dobry węch.
Oni wszyscy są tacy przewidywalni... Durnie… Yakob odwrócił się i ruszył w stronę karczmy po konia.

***

Właśnie odwiązywał konia od poprzeczki, gdy usłyszał kroki. Kroki, które nie chciały zostać usłyszane… Koń targnął niespokojnie łbem i zaparskał ostrzegawczo.
Wolno odwrócił się w stronę, skąd dochodziły. Z mroku wyłoniły się trzy postacie. Dwie z nich miały w rękach solidne pałki; jedna, ta z tyłu, trzymała zakrwawioną szmatę przy ustach.
- Psheshadzihicie, wybhiliście mi wshyhkie pchednie hęby - wycharczał ten z tyłu. - Tehas dohtaniecie naushke.
- Radoch, przyjacielu - nefrat uśmiechnął się ciepło. - Chyba nie macie do mnie żalu, co?
- Osh ty skhuhwysynu, bhać go chopy!
Dwaj uzbrojeni mężczyźni zbliżali się małymi krokami. Pałki podnieśli wyżej. Tęższy z napastników zaatakował pierwszy. Yakob uniknął ciosu kocim ruchem i kopnął w zadek atakującego. Ten, pędzony siłą rozmachu i przyspieszony kopniakiem, wyrżnął na ziemię jak długi. Nefrat z całej siły nadepnął mu na kark. Coś chrupnęło paskudnie. Drugi zatrzymał się, niezdecydowany.
- Na ssho czhekash? - zaseplenił Radoch i splunął krwią.
- Właśnie, na co? - zapytał nefrat.
- Srał to sobaka, Radoch! To jakiś charakternik - krzyknął trzymający pałkę, odrzucił ją precz i puścił się biegiem w mrok. Nefrat odprowadził go wzrokiem. A potem ruszył wolno w stronę Radocha. Ten zaczął się cofać, cały czas trzymając przy ustach zakrwawioną szmatę.
- Radoch. Nie dość, że łgałeś w żywe oczy, to jeszcze nasyłasz na mnie swoich koleżków. Tak się nie traktuje przyjaciół - rzekł zimno Yakob. Cofający się mężczyzna potknął się o coś i pacnął tyłkiem o twardą ziemię. Nefrat stanął nad nim i podniósł rękę. Ta zaczęła emanować nienaturalnym blaskiem, chwałą Śmierci.
- Poznaj nefrata.
W oczach Radocha pojawił się cień zrozumienia i pierwotna groza. A potem zaczęło się nieopisane cierpienie.

***

Kilka minut później nefrat stał przed kamiennym budyneczkiem, przypominającym kryptę. Wszedł do niego bez lęku. Na środku stały trzy kamienne sarkofagi.
- Nefherek - rzekł, podnosząc lewicę.
Powietrze nasyciło się mocą.
- Nekhrozon. - ręką zatoczył władczy łuk.
-Thalis! - wieka zadrgały. Nefrat podniósł obydwie ręce w górę.
- Volth vine! Tasaris! - gwałtownie spuścił dłonie w dół, aż rękawy zafurgotały.
Wieka sarkofagów odsunęły się ze zgrzytem. Trzy uzbrojone w jatagany szkielety niemrawo wydostały się z kamiennych grobów i stanęły rzędem przed nefratem. W ich oczodołach płonęło zielonkawe, chorobliwe światło.
- Czas wyplenić religijną zarazę - mruknął Yakob.

***

Nefrat wraz z obstawą wędrowali przez sioło. Spod ich nóg umykały utaplane w błocie kury, a ludzie chowali się w domach. Widok zaiste miał w sobie coś z upiornego Danse Macabre. Yakob, ubrany w czarny, postrzępiony habit z zarzuconym na głowę kapturem i szerokimi rozcięciami od biodra, z mieczem przytroczonym do masywnego pasa. Trzy szkielety z nefratrium, odziane w kolczugi i hełmy, ze straszliwymi jataganami w kościstych palcach.
Wkrótce owa upiorna procesja stanęła przed budynkiem, do którego wszedł Giorgus. Na drewnianym łuku zdobiącym budynek, po dokładniejszym zbadaniu, można było zauważyć krzyż, wpisany w okrąg. Znak proroka Jeremiasza.
- Otwierać w imię jego książęcej mości Wraslava vatr Jihablut! - ryknął z mocą nefrat. Odpowiedziała mu głucha cisza. Yakob skinął na jednego ze swoich przybocznych. Ten uderzył z mocą barkiem w okute wrota o dwóch skrzydłach, lecz te ani drgnęły. Znak krzyża na łuku nieznacznie pojaśniał.
Nefrat rozejrzał się wokół siebie. Na jednym z wozów leżały bale sosnowe, zapewne używane do naprawiania chat. Gestem rozkazał swoim podwładnym wziąć jeden z nich.
- Otwierać, bo rozpierdolę te wrota! - krzyknął Yakob. Nadal odpowiadała tylko martwa cisza. Dopiero po chwili dało się z wnętrza dosłyszeć jakieś szepty.
- Sami tego chcieliście! Rozwalać! - na głos wypowiedział nefrat, choć, oczywiście, szkielety nie miały uszu.
Ożywieńcy to wspaniali słudzy. Nigdy, ale to nigdy nie negują rozkazów. I wykonują je bez ociągania. Tak też było i tym razem. We trzech podeszli do wrót i uderzyli. Drzwi skrzypnęły, ale nie puściły. Za każdym ciosem tarana krzyż na łuku jaśniał, by zaraz potem zblednąć i zgasnąć.
- Jeszcze raz! - znowu na głos rozkazał Yakob.
Uderzenie. I znowu błysk znaku. Nefrat zaczął śpiewać w jakimś dziwnym, niepokojącym języku. Zaśpiew nie odbijał się echem. On napierał na wrota. Kolejne uderzenie tarana nadwątliło widocznie ich wytrzymałość. W końcu, przy ostatnim uderzeniu, wrota rozwarły się z trzaskiem, pękł łańcuch, którym zawarto je od wewnątrz. Znak na łuku pojaśniał po raz ostatni, po czym blask popękał i rozpadł się niczym lustro.
Nefrat wkroczył do wnętrza. Jak się spodziewał, była to kaplica. Z jednej i drugiej strony czerwonego dywanu stały wąskie ławeczki. Przy przeciwległej ścianie stał stół, na którym były gliniane naczynia, a za stołem drewniany krzyż, symbol proroka Jeremiasza. Pachniało świecami i czymś jeszcze. Kadzidłem. Odwrócony plecami do drzwi klęczał łysy człowiek w burym habicie. Modlił się. Yakob podszedł do niego i położył swoją bladą dłoń na jego ramieniu.
- Teraz - warknął - modlitwa już ci nie pomoże.

***
Każde nefratrium ma własny loszek, a w nim niezbędne każdemu nefratowi urządzenia, na przykład stół z klamrami na nogi i ręce.
Ksiądz leżał nagi, dygocząc z zimna i ze strachu. W rogach stały szkielety, martwo obserwując jego wychudłe ciało. Yakob usiadł przy starcu, nachylił się i szepnął mu do ucha:
- No? Gadaj.
- Plugawcze... Piekło, piekło... - kapłan, trzeba mu to przyznać, był odważny.
Nefrat ziewnął przeciągle.
- Tak sobie właśnie myślałem, że nie będziesz chętnie zeznawał. Ale mamy na takich jak wy sposoby... No, ale do rzeczy. Teraz grzecznie wyznasz mi imiona swoich owieczek, księże.
Ksiądz plunął mu w twarz. Nefrat chwycił go za brodę i mocno pociągnął.
- Giorgiusa sobie podaruj. On już siedzi, o, tam za drzwiami, związany jak prosiak na rzeź. I na niego przyjdzie pora - syknął Yakob.
- Precz, nekromanto podły, plugawcze potępiony! - wycharczał księżulo.
- Powtarzasz się. No... - Yakob mocno ścisnął księdza za jądra, aż torturowany kapłan jęknął. - Teraz nauczysz się śpiewać. I to nie będzie Kyrie Eleison.
Ksiądz jęczał, nefrat ściskał, szkielety patrzyły.
- Twoja wiara - warknął Yakob - rozpadła się jako ten znak nad wejściem do twojej kaplicy. Nie chroni cię już.
Gestem przywołał jednego ze szkieletorów.
- Popatrz mu głęboko w oczęta, księże. Przypatrz się skrupulatnie. Bo oto wkrótce będziesz taki jak on. Martwy. Ale, przysięgam ci na twojego Jeremiasza, będziesz ruchliwszy, niż za życia.


***

Yakob siedział w siodle swego karego rumaka i patrzył na pochód kilkunastu zakutych w łańcuchy ludzi, którzy wyłaniali się z bramy grodu. Po bokach szło kilku zombi, których Yakob osobiście musiał sporządzić. Szkielety z nefratrium wróciły do swoich sarkofagów. Do następnego razu.
Ponurą procesję otwierał kapłan. Miał opuchnięte nogi, pękniętą wargę oraz złamany nos. Ale nefrat nie zabił go. O nie, on musi wyspowiadać się w lochu księcia ze wszystkiego. A w szczególności ze swojej wiedzy na temat siatki wyznawców proroka, która prężnie działała na terenie księstwa. Zostanie tam poddany prawdziwie wyrafinowanym torturom. Ale, uśmiechnął się nefrat do siebie, już teraz ma przedsmak tego, co go czeka. Oto zombi, które eskortowały więźniów, Yakob sporządził z kościelnego i ministrantów. O tak... Już wiesz, co cię czeka, kapłanie.
Emblemat użytkownika
Tzeentch
książę wampirów
 
Wiadomości: 1278
Dołączył(a): Śr maja 08, 2002 2:00 am
Lokalizacja: Szczecin

Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron