Nakadja [Spoza Laca]

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

Nakadja [Spoza Laca]

Wiadomośćprzez Tzeentch » Cz cze 21, 2007 11:35 pm

Nakadja

Ciemnowłosa kobieta weszła do krypty i zamknęła za sobą drzwi. Od razu wyczuła, że nie jest sama.
- Witaj - szepnął głos, dochodzący z ciemnego kąta.
- To ty - stwierdziła, nie zapytała czarnowłosa, patrząc w ciemność. - Co tu robisz?
- Chcę złożyć ci propozycję.
- Zapewne nie do odrzucenia, zgadłam?
- Zgadłaś bezbłędnie - rzekł głos.
- A jeśli odrzucę tę jakże wspaniałomyślną ofertę?
- Zrobisz co każę albo wrócisz do ciemnicy. Nie oszukujmy się, mała. Nie masz wyboru.
Przybysz cierpliwie tłumaczył kobiecie, czego od niej oczekuje.
- Bez powodu tu nie przybędzie… - rzekła czarnowłosa.
- Powód się znajdzie.
Rozległ się cichy płacz, dochodzący z zewnątrz.
- O. Powód właśnie się rozpłakał.

***

Myślałby kto, że księżna Nakadja wezwie nefrata Yakoba na prywatną audiencję? Nie, nikt by nie pomyślał. Nie było tajemnicą, że księżna szczerze nienawidziła nefratów i najchętniej wysłałaby ich prosto do piekła, wpierw jednak połamawszy kołem. Yakob na taką łaskę liczyć nie mógł. Był najbardziej znienawidzony ze znienawidzonych.
Pukanie przerwało mu medytację. Nefrat powoli otworzył oczy, wziął kilka głębszych oddechów i machnął przyzwalająco ręką. Drzwi otworzyły się cicho. Na progu stał szkielet-posługacz. W ręku trzymał złotą tacę, na której leżał starannie złożony list. Yakob leniwie wstał, podszedł, wziął list i odprawił martwiaka. Zamknął drzwi i usiadł na pryczy. Z boleścią potarł skronie i rozłożył list. Przyjrzał mu się. Litery były drobniutkie, starannie wykaligrafowane. Nefrat westchnął i przeczytał wiadomość. Jego zdziwienie było bezbrzeżne.
Ale księżnej Nakadji się nie odmawia. Nawet będąc nefratem. Yakob szybko wdział swój habit. Otworzył drzwi i szybkim krokiem przemierzył mroczny korytarz. Tu i tam paliły się magiczne pochodnie, ale, jak sądził nefrat, wyłącznie dla ozdoby. W końcu, żaden mieszkaniec zamku Vrakenborg nie potrzebował światła. Po chwili Yakob był już przy końcu korytarza. Spojrzał w górę, gdzie spirala schodów stromo drążyła skałę i wstąpił na pierwszy stopień.

***

Yakob wszedł z niepokojem do komnaty księżnej. Nikogo nie zauważył. Na ścianach wisiały długie, jedwabne kotary, na środku stał pięknie zdobiony, niski stolik, a wokół niego setki poduszek i kilka ław obitych pluszem. Jak w... Jak w...
- Jak w bordelu, mój Yakobie, jak w bordelu. Lubię bordele - usłyszał głos dochodzący zza niewielkich drzwi, uchylonych nieznacznie.
- Zechcesz tu podejść i mi pomóc?
Yakob wolnym krokiem wszedł do komnaty z której dochodził głos. Na niewielkim, acz bogato zdobionym krześle siedziała, odwrócona plecami do wyjścia, księżna Nakadja. Naprzeciwko niej stała komódka z miedzianym lustrem (w zwykłym, oho, nie mogłaby się przejrzeć) oraz całą gamą przeróżnych kosmetyków. Sama księżna ubrana była w prześwitującą tunikę, ściśniętą w talii skrzącym się od pereł paskiem.
- Złap tu i trzymaj - księżna Nakadja popukała małym palcem w trzymany przez siebie gruby pęk włosów. Yakob posłusznie wykonał polecenie, a księżna sprawnym ruchem zawiązała skomplikowany węzeł.
- Dziękuję. Ożywieńcy to straszne łamagi. Na dodatek niemiło pachną - westchnęła.
Nefrat nie skomentował.
Księżna wstała, a Yakob odsunął się nieco, skłaniając głowę. Wampirzyca spojrzała na nefrata, przekrzywiając głowę.
- Zapewne zastanawiasz się, po cóż chciałam się z tobą widzieć? Ja, która gardzę nefratami jako łajnem?
- Nie śmiałbym próbować przeniknąć myśli mojej pani.
- Twojej pani - prychnęła. - Daruj sobie te uprzejmości. Na rozkaz Wraslava rozsiekalibyście mnie na szmaty tymi swoimi kozikami. A może zaprzeczysz?
Yakob taktownie milczał.
- ...i właśnie, o ironio, trzeba mi twojej pomocy.
Yakob i tym razem nie uważał za stosowne odezwać się.
- Widzisz, nefracie - ciągnęła księżna - miałam chłopca, może pamiętasz?
Nefrat pamiętał. Rzeczywiście, Nakadja często pokazywała się w towarzystwie jasnowłosego pazia. Yakob ciągle nie mógł się nadziwić, że chłopak nie skończył jako wyszynk dla księżnej.
- Chodzi o to, że uciekł. Z samego rana, gdyśmy się wszyscy pokładli do łóżek.
- Pani...
- Nie przerywaj mi, kiedy mówię. Nie wiem, jak to możliwe, ale przełamał mój urok. I po prostu zniknął. Chcę, żebyś mi go sprowadził spowrotem. Uśmiejesz się, ale się doń przyzwyczaiłam.
Nefratowi daleko było do śmiechu.
- Przełamanie szarmu nie jest możliwe. Nie w przypadku małego chłopca bez żadnego przygotowania, medytacji...
- Widać - księżna uśmiechnęła się lekko - on o tym nie wiedział i przełamał.
- Dobrze, przyjmijmy, że przełamał. Czego ode mnie oczekujesz, księżno? Chcesz, żebym uganiał się za jakimś gówniarzem po wertepach?
- Owszem, będziesz się uganiał, bo ja tego chcę.
Nefrat miał ochotę powiedzieć coś bezczelnego, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
- Kiedy uciekł?
- Cztery dni temu - Nakadja popatrzyła na swoje imponujące paznokcie.
- I dopiero teraz prosisz o pomoc? Pani... On nie miał prawa przeżyć jednej nocy poza Vrakenborgiem. Wokół pełno verwilków. Jednej nocy, powtarzam, nie mógł przeżyć! A co dopiero czterech!
- Cuda się zdarzają, słyszałeś tę ludową mądrość?
- Logika bez zarzutu, zaiste...
- Kto wie - wampirzyca zamyśliła się - może jeden się zdarzył.
Po chwili otrząsnęła się z zamyślenia, podeszła do Yakoba i przeciągnęła paznokciem po jego policzku. Nefrat spojrzał na nią. Wysoka, ciemne, długie włosy i wprost oszałamiająca uroda. Duże, jędrne piersi, pełne, karminowe usta. Yakobowi, co tu dużo gadać, zaschnęło w gardle.
- Nie zawiedź mnie. Idź już.

***

Nad ranem był gotowy do drogi. Wyszedł na dziedziniec, rozejrzał się. Ani żywej duszy. Podszedł sprężystym krokiem do boksu z końmi i wyprowadził swojego karego wierzchowca.
Niespiesznie przygotowywał konia do wyprawy. Jeszcze raz sprawdził, czy wszystko trzyma się jak należy, wskoczył na siodło i ruszył w stronę bramy. Dwa uzbrojone po zęby szkieletory otworzyły potężne, wahadłowe wrota. Stukot kopyt niósł się echem, hen, daleko, aż po szczyty gór. Przekroczywszy masywną bramę, nefrat znalazł się na moście, przerzuconym nad głęboką przepaścią. Yakob odwrócił się i spojrzał za siebie, na potężną iglicę kryjącą Vrakenborg, po czym uderzył piętami konia w słabiznę i ruszył naprzód.
Jesień miała się ku końcowi. Wiał zimny, nieprzyjemny wiatr, niosąc pierwsze płatki śniegu oraz zeschłe, poskręcane przymrozkami liście. Nagie drzewa miały wygląd upiornych dłoni, chciwie wyciągających się w stronę nieba.
Ostatnie promienie padały na tę umęczoną, przeklętą krainę, Yakob cały dzień wlókł się niespiesznie po gościńcu.
Po chłopaku, co oczywiste, ani widu ani słychu. Co jakiś czas mijał chłopskie wozy wiozące spyżę, a raz jakiegoś kupca handlującego przyprawami. Yakob każdego pytał, czy nie widział młodego zbiega, ale wszyscy zaprzeczali. Jeden wóz, który podążał w tę samą stronę, nefrat nawet skontrolował, nie znalazł jednak pod plandeką tego, czego szukał - na wozie były tylko worki pszenicy i ziemniaków. Powożący wehikułem chłop o mało nie dostał palpitacji ze strachu.
Po jakimś czasie nefrat stanął na skrzyżowaniu, niezdecydowany w którą stronę jechać. Pociągnął nosem i uśmiechnął się nieznacznie. W powietrzu unosił się wyraźny zapach dymu. W pobliżu był zajazd o wcale sympatycznej nazwie "Pod pijanym ghulem". Ghule, co prawda, wcale wódki pić nie chciały, ale Yakob był gotowy wybaczyć właścicielowi tę niedorzeczność, o ile strawa będzie ciepła, a wino niezbyt wymieszane z wodą. Nie mając lepszego pomysłu, nefrat wybrał kierunek, skąd dochodził zapach. Po kilku minutach niespiesznej jazdy, Yakob zbliżył się do budynku, nad którym wisiał szyld wymalowany przez jakiegoś domorosłego artystę. Szyld przedstawiał ghula żłopiącego piwo z kufla. Maszkara z szyldu przypominała niewielkiego, łysego psa.
Nefrat podjechał wolno i zatłukł czubkiem buta we wrota.
- Kto tam? - zapytał głos Glumpa, odźwiernego i ochroniarza Wulfana, właściciela zajazdu. Yakob znał obydwu nieźle. W końcu była to najbliższa Vrakenborgowi karczma, od których, rzecz jasna, nefrat nie stronił. Jak wszędzie, otoczona był solidnym, kilkumetrowym murem. No ale, jak powszechnie wiadomym było, nie dla zabawy wszystkie siedziby ludzkie w księstwie otaczano solidnym murem albo palisadą.
- Yakob, nefrat.
- A, witacie-ż jaśnie panie, witajcie-ż - zabełkotał Glump, otwierając wrota. - Konikiem waszej nefratowej mości zajmę się, jak zwykle.
Osiłek, potężny jak waligóra, acz o gębie nie wykazującej żadnych objawów myślenia, chwycił wodze i wprowadził konia na niewielki placyk wewnątrz murów. Nefrat zeskoczył lekko z siodła i rzucił Glumpowi miedziaka, którego ten nader zręcznie złapał.
Yakob wszedł do karczmy. Wspólna izba była ciemna, na ścianach wisiały oliwne lampy, rzucając nikły blask. Przy jednej ze ścian trzaskał w kominku ogień. Nie było zbyt wielu gości - ot, paru chłopów z okolicznych wiosek, którzy zobaczywszy nefrata, starali się jak najbardziej wtopić w mrok. Intensywnie śmierdziało czosnkiem, wiszącym na każdym filarze.
Przy szynkwasie stał wysoki człowiek o obwisłym wąsie i wycierał szmatką kufle. Jego wygolony kark nadawał mu iście złowrogiego wyglądu. Zobaczywszy Yakoba uśmiechnął się paskudnie, skinął na niego i podszedł niespiesznie.
- A, Yakob, przyjacielu. Dawno cię tu nie widzielim. Witaj w naszych skromnych progach.
- Wulfan. Witaj.
- Siadajcie. Kolejeczkę?
- Nawet kilka.
Nefrat i karczmarz usiedli za długą ławą, poznaczoną plamami po posiłkach i trunkach, iście prawdziwy jadłospis bywających tu gości. Wulfan krzyknął na dziewkę służebną. Dziewka była zgrzebna jak wór pokutny. I całe szczęście, miał w zwyczaju powiadać Wulfan, bo jeszcze tego brakowało, by mi goście obsługę chędożyli. Po chwili przed Yakobem stał półmisek z baraniną. Albo koniną. Nefrat pytał kiedyś o to, ale Wulfan w odpowiedzi uśmiechał się tylko tajemniczo. Obok półmiska znalazł swoje miejsce pękaty gąsiorek z nalewką. Właciciel karczmy rozlał napitek do kubków, przepił za zdrowie księcia i ponownie napełnił naczynia.
- No, skorośmy już wypili zdrowie naszego ukochanego księcia, powiedz mi, Yakob, co tu właściwie robisz? Prywatnie jedziesz czy służbowo?
- Prywatnie.
- A można wiedzieć jakież to prywatne sprawy cię wybawiły z Vrakenborgu?
- Szukam kogoś.
- Kogo niby?
- Jasnowłosego chłopca. Młodego, może czternastoletniego. Widziałeś może takiego przez ostatnie kilka dni?
- Nie - Wulfan spojrzał podejrzliwie na nefrata. - A po cóż ci ten chłopiec, hę?
- Daruj sobie głupie domysły.
- Wybacz, ale głupie pytania mają to do siebie, że prowokują głupie domysły.
- Prawda - nefrat ponuro popatrzył na dno kubka. Wnet kubek znów był pełny. - A więc nie widziałeś.
- Jasnowłosy, kilkunastoletni chłopak. Sam na gościńcu...
- Nie mówiłem, że był sam - nefrat podniósł brew i spojrzał na Wulfana.
- A prawda, nie mówiłeś. Zgadywałem. Zgadłem?
- Zgadłeś.
- I z Vrakenborgu niby na piechtę miał tu doleźć, dobrze koncypuję?
- Dobrze.
- He, he. Yakob, znamy się kopę lat, sądziłem, żeś jest rozsądniejszy krztynę. Toż na pewno bachor dawno w brzuchu verwilka albo ghula. Albo wampira.
- Wampira? Wulfan, smród z twojej oberży czuć aż w Vrakenborgu. Wszystkie wampiry dawno się stąd wyniosły, dzięki tobie. Mnie kiedyś też ten zapach zabije, nawiasem mówiąc. Przewietrzyłbyś tę norę od czasu do czasu.
- A co, jak po wywietrzeniu, hem, hem, wrócą?
- Nie martw się. Tobie akurat nic nie grozi, bo, wybacz Wulfan, ale wyglądasz nad wyraz nieapetycznie.
- Zabawnyś jak zwykle. Przepraszam na chwilę. Idę się odlać - rzekł Wulfan z namaszczeniem i wstał od stołu. Alkohol, który wypił, widocznie nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Ciężkim krokiem ruszył na zaplecze.
Yakob zamyślił się głęboko. Prawdę o naturze księcia znali tylko nieliczni. Ale plotki, oczywiście, krążyły swoją drogą. Mieszkańcy wiedzieli, że książę nie ma nic przeciwko nekromantom, wszak jego gwardię stanowili nefraci, którzy nie raz i nie dwa na oczach wszystkich ożywiali szkielety, zazwyczaj te leżące w nefratriach, małych kryptach, które edyktem księcia musiały znajdować się w każdej osadzie, a niejedno stało również wzdłuż gościńców. A jednak ludzie to zadziwiająco plastyczne istoty. Żyjąc od wieków w cieniu nekromatycznej magii, przyzwyczaili się. Tak po prostu.
Ma się rozumieć, wszystko ma swoje granice. Większość ludzi na widok nefratów ogarniała groza, a wyjątki pokroju Wulfana były bardzo nieliczne. Niemniej jednak ludzie żyli tu i pracowali. Taaak... Niebywałe...
- Niebywałe - rzekł Wulfan wróciwszy z wychodka - jakie mądre pomysły przychodzą człekowi do głowy, gdy stoi i sika. Otóż, cztery dni temu przelatywał tędy kocz, a szybko, jakby go goniło stado czartów. Może gnojka wzięli i podwieźli?
Nefrat spojrzał bystro na Wulfana.
- Jaki kocz?
- Z książęcym herbem na drzwiczkach, znaczy się z Vrakenborgu jechał. Aż się za nim kurzyło, tak się spieszyli. W stronę Wraaigardu, wystaw sobie.
- Interesujące.
Nefrat zamilkł. Ciszę wnet przerwał Wulfan.
- Jakaś, cholera, melancholia mnie bierze. Napijmy się jeszcze.
- Nie odmówię.

***

Po nocy spędzonej u Wulfana, Yakob był nad wyraz rześki. Zmusił konia do galopu. Rachował, że jeśli nie będzie mitrężył, uda mu się dotrzeć do ruin Wraigaardu przed zmierzchem. Ruiny miały jak najgorszą opinię wśród gminu. Kiedyś ludne i piękne miasto, teraz pleniły się tam wyłącznie ghule, pętały upiory i duchy, a lasy wokół pełne były verwilkow. Nefrat nie bał się zbytnio.
Słońce zaszło, ze wschodu nadciągnęły czarne, burzowe chmury. Powietrze stało sie wilgotne, temperatura raptownie spadła. Panowała cisza. Zapadał mrok.
Pogrążony bez reszty w rozmyślaniach, nefrat nie zauważył nawet, jak wjechał w starą, ciemną dąbrowę zasnutą ciężką jak ołów, fosforyzującą mgłę.
Gdy się zorientował, było już za późno.
Gdzieś z tyłu usłyszał przeciągłe wycie. Koń zarżał panicznie i stanął raptownie dęba, o mało nie wyrzucając Yakoba z siodła.
- Szkurww... - wypluł nefrat z wściekłością pomieszaną z zaskoczeniem.
Wycie powtórzyło się, tym razem gdzieś z boku. Koń przestępował z nogi na nogę, wyraźnie przerażony. Stanął dęba ponownie, tym razem nefratowi nie udało się utrzymać w siodle i poleciał na ziemię. Nim stanął na nogi, koń pogalopował gościńcem i zniknął mu z oczu.
Yakob rozejrzał się. Najpierw zobaczył ślepia, świecące zielonym, chorobliwym światłem, światłem doskonale mu znanym. Potem potężne, kosmate łby, porośnięte czarną sierścią. Verwilki. Nefrat ze świstem wciągnął powietrze i wyciągnął miecz. Blade ogniki pełzały po brzeszczocie.
Potwory były wściekłe. Ewidentnie coś musiało je srogo rozdrażnić, inaczej zignorowałyby Yakoba.
- Won, ścierwojady! - ryknął nefrat. - W imieniu jego książęcej mości Wraslava vatr Jyhablut!
Verwilki zignorowały egzorcyzm i powoli zamykały okrążenie. Potężny basior rzucił się do przodu z rozwartą paszczą. Nefrat był szybszy. Z rozmachem ciął przez kark; kosmaty łeb potoczył się po ziemi. To wyraźnie jeszcze bardziej rozdrażniło diabelskie ogary.
Raz, dwa, trzy, pięć, siedem... Nefrat liczył stwory i swoje szanse. Żałował, że tak niefrasobliwie nie wziął obstawy w postaci paru szkieletorów, choć mijał nefratrium zaledwie kilkanaście minut temu. Ależ jestem głupi, myślał. A teraz przyjdzie skończyć w trzewiach potępionego wilka. Jeden z nich skoczył, potężnym szarpnięciem łba wytrącił Yakobowi z ręki miecz i obalił na ziemię. Nefrat chwycił go ręką za grdykę i rozpaczliwie wyskandował krótkie zaklęcie:
- Sanduss!
Jego dłoń rozpaliła się na zielono, wilk pisnął i zaczął się kurczyć. Po chwili nefrat zrzucił zeschnięte na wiór cielsko. Chwycił upuszczony miecz i spojrzał verwilkom w oczy.
- No, chodźcie, kurwie syny!
Verwilki warczały i zbliżały się coraz bardziej. Nefrat widział, jak prężą muskuły, by rzucić się na niego i rozszarpać na sztuki.
I wtedy, jak na komendę, zatrzymały się. Wszystkie spojrzały w stronę drogi. I rozpłynęły się we mgle.
Nefrat ciężko sapał. Żałował, że nie ma immunitetu na strach. Strach, powiadał książę, powoduje, że dłużej się żyje. A wyszkolenie takiego nefrata, Yakobie, cholernie dużo kosztuje, wiesz?
Z mgły wyłoniła się jakaś kobieca postać. Miała na sobie zwiewną, niebieską suknię, z głębokim dekoltem i rozcięciem od uda do kostki. Jej kibić przepasana była pięknym złotym pasem. Butów, o dziwo, nie miała wcale. Jej czarne włosy do ramion opadały bezładnie na policzki. Podchodziła do nefrata z uśmieszkiem błąkającym się na karminowych ustach.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy. Byłbyż to nie kto inny, a sławny nefrat Yakob? - rzekła kobieta i uśmiechnęła się szeroko. W jej ustach zabłysły dwa ostre kły.
- Sirina zan Cariblut - nefrat nie opuścił miecza.
- Oho, widzę, że mnie pamiętasz - wampirzyca podeszła na wyciągnięcie ręki. - Cóż za spotkanie.
- Co tu robisz?
- Ja? Zbieram pierwiosnki - Sirina wyszczerzyła zęby w złośliwym uśmiechu.
Nefrat przełknął ślinę. Sirina była poszukiwana przez Wraslava od wielu, wielu lat. Jak dotąd bezskutecznie. Do dzisiaj.
- Ani kroku bliżej.
- Włóż ten miecz do pochwy, Yakobie - rzekła pojednawczym tonem wampirzyca.- Chyba się nie boisz co?
- Nie - nefrat podniósł miecz wyżej. Jego oczy błysnęły złowrogo. - Aresztuję cię w imieniu księcia.
Wampirzyca zasyczała wściekle. Nagle, gdzieś z boku, trzasnęła gałązka. Obydwoje jednocześnie spojrzeli w tamtą stronę. Yakob niczego nie zobaczył. Gdy odwrócił głowę, Siriny już nie było. Rozwiała się jak sen.

***

Yakob stał wśród mglistych oparów i nie bardzo wiedział co ze sobą począć. W końcu uznał, że nic tu po nim. Szukanie Siriny nie miało sensu. Wróci się tu, pomyślał nefrat, większą grupą i przetrząśnie metr po metrze cały Wraaigard.
Nie mając konia, wracał niespiesznie tą samą drogą, którą tu przybył.
Coś nie dawało mu spokoju.
Sprawa śmierdziała na milę, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Najpierw cała ta niedorzeczna akcja ratunkowa. Potem kocz jadący z Vrakenborgu, akurat w dniu, gdy zniknął chłopiec. Teraz Sirina.
Sirina, która powinna siedzieć w lochu księcia Wraslava i medytować nad swoimi licznymi grzechami.
Bez dwóch zdań, cała ta sprawa podobała się Yakobowi coraz mniej.
Wtem kątem oka zauważył ruch na skraju gościńca. Yakob zatrzymał się i spojrzał na cień, który niespiesznie przecinał w poprzek trakt. Cień miał z grubsza kształt człowieka. Jego głowa przypominała fosforyzującą czaszkę, a powłóczysta szata zdawała się pochłaniać te nieliczne promienie księżyca i gwiazd, które przedzierały się przez mgłę. Upiór zawył potępieńczo i płynął dalej, ignorując obecność Yakoba. Nefrat śledził go wzrokiem, aż widmo zniknęło między drzewami. Po chwili zauważył inny cień. Drugi upiór lewitował w tę samą stronę, co pierwszy.
Yakob stał przez chwilę niezdecydowany, a potem podążył ich śladem.
Nie szedł długo. Minąwszy ruiny paru budynków, stanął na placu z bruku. Między kamieniami rosły zielono-niebieskie rośliny o lepkich liściach.
Mgła powoli rozrzedzała się.
Upiory krążyły jak ćmy wokół czegoś, co przypominało studnię. Co chwilę któryś wlatywał do środka, by po chwili stamtąd wylecieć z okropnym wrzaskiem. Mogło to oznaczać tylko jedno.
Yakob podszedł bliżej i zajrzał do środka. Na dnie nie było wody, był za to jakiś skulony kształt. Nefrat wytężył wzrok.
Nagle ziemia uciekła mu spod nóg, coś siłą wepchnęło go do studni. Przez kilka sekund widział niebieskawą tkaninę i kształtne udo, a potem był krótki lot i twarde uderzenie.

***

Ocknął się, gdy słońce było już wysoko na niebie. Spróbował usiąść. Udało się! Rozejrzał się dookoła, jego wzrok zatrzymał się na nieruchomym kształcie. Siedział obok trupa. Trupa młodego, jasnowłosego chłopca. Chciał go dotknąć prawą ręką, ale dłoń nie posłuchała. Nefrat spojrzał na nią i spróbował ruszyć palcami. Palce ani drgnęły. Złamana, pomyślał. Ujął nadgarstek drugą dłonią i pociągnął silnie. Coś chrupnęło, ból przeszył go jak piorun. Omdlał znowu.

***

Gdy się obudził, znowu było ciemno. Usiadł. Spróbował ruszyć palcem sztywnej poprzednio ręki. Lekko bolało, ale tym razem palce znowu były posłuszne woli. Nefrat zgiął rękę w bicepse, miarowo otwierając i zamykając dłoń. Upewniwszy się, że wszystko z ręką w porządku, Yakob przyjrzał się zwłokom. Trup był świeży, nie leżał tu dłużej, niż jedną dobę; możliwe, że chłopak żył, gdy nefrat został wrzucony do tej dziury. Yakob odgarnął jasne loczki ze szklistych oczu dziecka. Oczu wytrzeszczonych z przerażenia. Nefrat nie miał wątpliwości, był to zaginiony paź księżnej Nakadj. Inne wątpliwości, oczywiście, pozostały. Yakob kucnął i przekręcił głowę chłopca w poszukiwaniu śladów zębów. Długo nie szukał. Tuż pod uchem były dwie, schludne ranki. Na szyi chłopiec miał złotą obróżkę. Nefrat zdjął ją i odruchowo schował za pazuchę, po czym wstał i spojrzał w górę. Ani jednej gwiazdy.
Dotknął ściany. Kamienie były gładkie, śliskie od glonów. Wspinaczka była niemożliwa. A jednak spróbował. Próbował, a gdy nie wychodziło, próbował dalej. Próba za próbą.

***

Krzyczał. Wołał.
Nawet Sirinę.
Cisza.

***

Nefrat usiadł zrezygnowany na dnie i pogrążył się w czarnych myślach. Myślach, które coraz częściej dryfowały w stronę trupa. Jedzonko. Mniam. NIE! Mniam. Mięsko. Szpik. Mniam.
NIE NIE NIE NIE NIE!!
Nefrat zerwał się na równe nogi i znowu spróbował się wspinać. Daremnie.

***

Zasnął. Śniło mu się, że ogryza rękę trupa. Sen był obrzydliwie podniecający. A potem przyśniło mu się coś innego.

***

Nefrat stał z mieczem w dłoni nad zwłokami mężczyzny w czarnym habicie. Wytarł ostrze w szatę zabitego przed chwilą człowieka i schował je do pochwy. Wtem usłyszał za plecami kroki.
- Głupcze! Coś ty zrobił? - spytała księżna Nakadj, patrząc na nieruchomy kształt leżący na ziemi. - Mówiłam, że chcę go żywego! Rozumiesz? Żywego!
- Książę wyraził się wyraźnie. Nie zostawić nikogo winnego zbrodni szerzenia przeklętej jeremiaszowej wiary przy życiu. - odparł spokojnie Yakob.
- A co mnie obchodzi, co gadał Wraslav! Ten człowiek był szczególny! Miał dar! Chciałam go wykorzystać, a ty... Ty...
- Nikogo. Bez wyjątków - powtórzył nefrat i spojrzał księżnie w oczy. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Yakob dość obojetnie, Nakadj z nieukrywaną nienawiścią.
- Moich poleceń się nie ignoruje! Nie ujdzie ci to na sucho, słyszysz? Nie odwracaj się plecami, kiedy do ciebie mówię! - nefrat nie usłuchał. Wolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia z kościoła. Nakadja stała i wrzała z wściekłości.
- Pożałujesz, obiecuję. - syknęła księżna w ślad za odchodzącym nefratem.

***

Obudził się. Nie, nie się. Coś go obudziło. Co to było? Aha, to tylko wyobraźnia płata figle.
Po chwili jednak dźwięk powtórzył się znowu. A więc to nie był omam słuchowy. Nefrat wstał i nadstawił ucho. Rżenie. A po chwili stukot kopyt. Nad studnią pochylał się kary koń. Był dzień.
- Dalej, mały - krzyknął nefrat. - Trąć korbę!
I stało się coś niewiarygodnego. Koń trącił pyskiem korbę. Wiadro zaczęło spadać na dno studni, a wraz z nim sznur. Yakob uchylił się przed spadającym pociskiem. Wiadro upadło ciężko na piaszczyste podłoże, rozległ się głuchy stukot.
Nefrat z pewnym niepokojem pociągnął za sznur, by sprawdzić, czy jest porządnie przytwierdzony do kołowrotu. Na szczęście belka nie była, o dziwo, spróchniała.
Nim zaczął się wspinać, spojrzał na trupa. Trup nie miał ręki.

***

Sirina odsunęła kamienną płytę i usiadła tak, jak to czyniły wszystkie wampiry. Sztywno i mechanicznie. Jej gorejące oczy lustrowały mrok. W końcu wygrzebała się z sarkofagu i podeszła do wahadłowych drzwi wejściowych. Pchnęła skrzydła wrót, szeroko rozpozcierając ręce. I osłupiała.
Stała przed nią zakapturzna postać z mieczem w ręku.
- Siurpryza!
Nim wampirzyca zdążyła cokolwiek zrobić, nefrat pchnął ją pod żebro. Ostrze przebiło Sirinę na wylot. Nefrat naparł na nią całym ciałem, przepchnął przez całą długość krypty i przygwoździł do ściany, niczym okaz motyla. Spod kaptura błysnęły czerwone oczy.
- Początkowo chciałem to załatwić na miejscu, tradycyjnie. - zasyczał nefrat. - Kołkiem. Ale nie odmówię ci przyjemności powrotu do Vrakenborgu, siostrzyczko.
- Yakob - szepnęła wampirzyca. Z kącików jej ust ciekła krew. - Ona... Ona mnie zmusiła. Błagam...
- Milcz.
Yakob złapał wolną ręką Sirinę za smukły bark. Po jego dłoni zaczęły pełzać zielone ogniki, wampirzyca wrzasnęła z bólu. A potem straciła przytomność.
Nefrat wyszarpnął miecz z jej ciała, Sirina osunęła się na podłogę.
- Ot, delikatna dzieweczka. Ale jeszcze z tobą nie skończyłem - mruknął Yakob nefr Jihablut i pochylił się nad leżącą kobietą.

***

Wulfan siedział przed karczmą "Pod pijanym Ghulem" i z zapamiętaniem dłubał w zębach sztyletem. Coś mu wlazło między zęby i za cholerę nie chciało wyjść. W końcu jednak wytrwałość opłaciła się. Karczmarz pomędlił chwilę to coś w ustach, wypluł, nachylił się i z zainteresowaniem przyjrzał własnej plwocinie. Po chwili zrozumiał, że tym czymś był ludzki paznokieć. Wulfan spojrzał na własne ręce. Tak, ilość paznokci się zgadzała, co do jednego. Zmarszczył brew.
Rozmyślania przerwał mu zbliżający się odgłos galopującego konia. Karczmarz podniósł głowę. Ciemna, zakapturzona postać przecwałowała na karym ogierze niczym wicher. Oprócz jeźdźca, Wulfan widział to wyraźnie, koń niósł jeszcze coś, co przypominało czarny dywan zwinięty w rulon i przewieszony przez kulbakę. Gdy odgłos galopu w końcu się oddalił, Wulfan wzruszył ramionami, wstał i pomaszerował do wnętrza karczmy.

***

Yakob z rulonem na ramieniu wszedł do komnaty audiencyjnej. Komnata była kolista, jej strop stanowiła kopuła ozdobiona wymyślnymi freskami, przedstawiającymi różnorakie scenki rodzajowe. Na podłodze leżał czerwony dywan, na ścianach wisiały miecze, szable i zdobyczne tarcze oraz misternie utkane gobeliny. Na środku stały dwa kamienne trony, bogato zdobione rzeźbami w kształcie gargulców. Na jednym z nich, tym większym, siedział książę Wraslav, a obok księżna Nakadj. Księżna zmierzyła nefrata dziwnym wzrokiem, książę uśmiechnął się i powstrzymał Yakoba przed klęknięciem.
- Witaj, Yakobie. A cóż tam taszczysz na ramieniu, hę?
Nefrat bez słowa położył na podłodze rulon i rozwinął go.
- Nasza zguba - rzekł książę na widok leżącej na podłodze Siriny. - A to ci dopiero.
- Sługą jestem waszej książęcej mości - nefrat ukłonił się nisko, łypiąc okiem na milczącą Nakadj.
- Jestem z ciebie bardzo zadowolony. Gdzieś ją zdybał? - spytał Wraslav.
- W Wraigaardzie.
- Coś ty tam... Ach tak, prawie zapomniałem. Nasza miła małżonka wspominała o prośbie, jaką do ciebie wystosowała. Miałeś, niby, jakiegoś dzieciaka poszukać, tak?
- Zaiste.
- Znalazłeś?
Nefrat bez słowa wyjął złotą obróżkę i rzucił ją pod nogi Nakadj. Jej twarz nawet nie drgnęła.
- To było do przewidzenia - rzekł książę. - No, ale nie ma tego złego. Takiego ptaszka jak Sirina nie chwyta się co noc. Doskonale się spisałeś, Yakobie.
- Wykonuję tylko swoje obowiązki, nic ponadto.
- Skromny jak zawsze... Nie zatrzymujemy cię więcej. Ktoś się zajmie więźniem.
Nefrat pokłonił się powtórnie, odwrócił i ruszył do wyjścia.
- Yakobie - aksamitny głos Nakadj zatrzymał go tuż przed drzwiami. - Zechciej nam wyjawić, czemu obciąłeś jej dłonie?
Nefrat przystanął, nieznacznie odwrócił głowę, by księżna widziała jego profil.
- Ku przestrodze. Niech każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciwko władzy nefratów, niechaj będzie pewny - oko nefrata błysnęło wściekłym szkarłatem - że mu tę rękę nefrat odrąbie.
Nakadj nie powiedziała ani słowa więcej. Szaleńczy śmiech księcia Wraslava vatr Jihablut wstrząsnął Vrakenborgiem aż po fundamenty.
Emblemat użytkownika
Tzeentch
książę wampirów
 
Wiadomości: 1278
Dołączył(a): Śr maja 08, 2002 2:00 am
Lokalizacja: Szczecin

Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron