Arhala [Spoza Laca]

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

Arhala [Spoza Laca]

Wiadomośćprzez Tzeentch » So cze 23, 2007 5:00 pm

Arhala

Dwóch chłopów w szarych siermięgach patrzyło ze zdziwieniem na zwiniętą w kłębek postać leżącą w rowie obok traktu. Leżący, widać to było doskonale, miał szeroką ranę, biegnącą przez brzuch. Dziwne, że flaki nie wypłynęły na zewnątrz. Obok stał piękny, kary ogier i trącał chrapami leżącą postać. Młodszy z chłopów popatrzył na kompana, podrapał się po głowie i rzekł:
- Patrzaj no, kumie, leży, ot. Żyw jeszcze?
- A gdzie tam - odparł ten starszy, z bielmem na oku. - Z taką dziurą w brzuchu? Blady jak płótno, musiał wykopyrtnąć. Umrzyk niechybnie.
- Zmacaj no, czy nie ma przy sobie jakichś dutków.
- Sam zmacaj, ja trupa tykać nie będę. Zresztą, nie widzę sakiewki przy pasie.
Przeciągłe rżenie konia przerwało na chwilę rozmowę.
- O, a ogierek, hem, hem, jak marzenie. Kary. Dziwno, że ci, co go tak urządzili, kunia nie wzięli - rzekł po chwili ten z bielmem na oku.
- Pikny, zaiste. Spróbuję go chycić. O, kurna, narowisty jak sam diaboł! No chodź, kuniku...
Młodszy z chłopów podszedł do ogiera i usiłował chwycić go za wodze. Ten targnął się gwałtownie i kopnął mężczyznę przednim kopytem prosto w twarz. Chłop padł na ziemię jak rażony gromem.
- Łoj, kosmata bestyja, ej, kumie, żyjesz? Żyjesz?!
- Threee, tfu, tfu... - poszkodowany chłop ledwo się pozbierał na klęczki, plując krwią. Miał zmasakrowane wargi, ubytki w przednim uzębieniu, a nos przypominał zgniecionego pomidora.
- Oż, ale ci przyfandzolił kopytem, prościutko w gębę! Tknąć się ni da!
- Khe, khe, pfu!
- Wstawej, koń się chycić nie da po dobroci, wrócim tu później z jakim powrozem.

***

Karoca eskortowana przez czterech ludzi jadących na dorodnych, bojowych rumakach stanęła nagle. Po herbie na drzwiczkach i emblematach na płaszczach eskortujących można było łatwo zgadnąć kto podróżuje karetą.
Starszy, otyły mężczyzna z czerwoną łysiną wyjrzał przez okienko.
- Co tam? Czemu stoimy? - spytał głośno woźnicę.
- Ktosik tam leży wedle gościńca w rowie, ekscelencjo!
- Żyje?
- Nie widzi mi się! Alem pewny nie jest, trza by było sprawdzić...
- Znaczny ktoś?
- Eeee, gdzie tam. Wygląda, za przeproszeniem ekscelencji, jak dziad proszalny.
- To i niech mu ziemia lekką będzie! Popędź konie - rozkazał biskup.
- Ale koń obok wielkiej krwi. Można by wziąć - rzucił milczący dotąd żołdak, stojący najbliżej ekscelencji.
- Nie jesteśmy bezbożnymi koniokradami! - zbrukał żołnierza biskup. - Ruszajmy czym prędzej, spowiednik na mię czeka.
Kareta ruszyła, a w ślad za nią zbrojni.

***

Yakob otworzył oczy. Były wyblakłe.
- Słyszysz mnie? - spytała młoda dziewczyna w białej, haftowanej koszuli, ocierając mokrą szmatką czoło nefrata, leżącego na sienniku. - Myślałam, że umarłeś, takiś blady, ale gdym podeszła, jęknąłeś.
Z wysiłkiem podniósł głowę i spojrzał na swój brzuch. Talię miał owiniętą wypłowiałym płótnem.
- Ledwoś żywy - ciągnęła dziewczyna. - Gdym cię, nie bez trudu, wciągała na wóz... Nie, nie wstawaj, słabyś jeszcze. W każdym razie, gdy cię na wóz kładłam, znowu omdlałeś.
- Kim... - szepnął nefrat.
- Nazywam się Arhala. Niezła szrama na brzuchu, ledwo co zagojona, strup jeszcze nie przysechł porządnie. Musieli ci ją zadać jakiś miesiąc temu. Paskudna musiała być rana. Ech, po tak krótkiej kuracji już wsiadać na kulbakę... Sam się prosiłeś o kłopoty. Dziwne, żeś nie skapiał w tym rowie.
Nefrat omiótł wzrokiem izbę w której leżał. Była to jakaś szopa, wokół było pełno siana, a w powietrzu tańczyły pyłki. Światło słońca wpadało przez liczne dziury w dachu.
Yakob jęknął cicho.
- Nawet nie załatałeś rozcięcia na habicie... - kontynuowała dziewczyna. - Widać spieszno ci było. Jesteś mnichem?
- Nie... Tak... Sam nie wiem - odparł Yakob.
- Ależ jesteś zimny, widać febra nadal cię trzyma, umysł ci się mąci... Rozpalę ogień, byś się rozgrzał.
Dziewczyna wstała i podeszła do czarnego kręgu paleniska. Nefrat patrzył na nią ciekawie. Arhala uklęknęła przy zgromadzonym chruście, wymruczała jakieś słowa. Na końcach jej palców zatańczył nikły płomyk. Dziewczyna przybliżyła płomyk do chrustu, który momentalnie zajął się ogniem. Odwróciła się i zauważyła ciekawe spojrzenie nefrata. Wstała i otrzepała spodnie. Była niewysoka, raczej szczupła, acz nie można powiedzieć, że była wychudzona. Jej kasztanowe włosy, długie do łopatek, opadały w malowniczym nieładzie. Dziewczyna odgarnęła je z zielonych oczu, uśmiechnęła się ładnie i podeszła do leżącego Yakoba.
- A tak, jestem czarodziejką... A raczej, uczennicą czarodzieja ściśle rzecz biorąc.
- Arhalo?
- Hmm?
- Dziękuję. Nazywam się Yakob.
- Nie odmawia się nikomu pomocy na trakcie. Oj, miałeś szczęście, żem przejeżdżała, Yakobie.
- Zaiste. Nieczęsto ludzie sobie pomagają w potrzebie.
- Prawda - odparła dziewczyna i odgarnęła niesforny kosmyk z oczu.
Yakob nie spuszczał z Arhali wzroku. Jesteś, dziewczynko, z północy - pomyślał - i nigdy nie spotkałaś nefrata. Widać czarodzieje w północnych królestwach już nie nauczali o magii Śmierci. Pewnie dlatego, że nekromancja jest zakazana, a nekromantów pali się na stosach. Bo, powiedzmy sobie szczerze, czy nauka o nekromantach nie może przypadkiem rozpalić niezdrowej ciekawości uczącego się?
- Cóż - dziewczyna uśmiechnęła się powtórnie. - Chyba przygotuję coś do jedzenia. Możesz jeść? Mam na wozie trochę mięsiwa.
- Mogę. Arhalo, wiesz może, co się stało z moim koniem?
- Stoi wedle szopy. Piękne zwierzę. I mądre. Samo biegło za wozem - powiedziała wychodząc z pomieszczenia. Nefrat odprowadził ją wzrokiem.

***

Siedzieli przy ognisku i piekli nad wesoło trzaskającym ogniem ochłapy mięsa, zatknięte na zaostrzonych kijach. Na zewnątrz było już ciemno. Cykady wygrywały swoją pieśń, a żaby dodawały do niej własne, solowe partie.
Arhala obracała powoli mięso, co chwilę pieczołowicie sprawdzając, czy to już. W końcu uznała, że wystarczy pieczenia. Wyjęła z niewielkiej torby kilka woreczków i posypała mięso majerankiem, solą i pieprzem.
- Nie lubię niedoprawionego - rzekła, widząc zdziwione spojrzenie Yakoba. - Masz, spróbuj. Założę się, że ci będzie smakować.
Nefrat przyjął ociekający tłuszczem kawałek mięsa i wbił w niego zęby. Rzeczywiście, mięso było znakomite. Dokładnie przeżuł i przełknął.
- Mówiłaś, że jesteś uczennicą czarodzieja... - stwierdził, nie spytał, gdy Arhala uporała się ze swoją porcją.
- Tak, kończę termin. Czekam tylko na egzamin cechowy.
- Sama, młoda i ładna dziewczyna na trakcie... Nie bałaś się?
- Jechałam do rodziny, na, hmm, wakacje. Do Gesaheim. A co do strachu... Nie jestem jakąś strachliwą dzierlatką - dziewczna uśmiechnęła się nieco wrednie, w jej oczach odbił się blask ogniska. - A poza tym… Moje umiejętności nie kończą się na rozpalaniu chrustu, Yakobie - dodała. - A ty skąd jesteś?
Nefrat popatrzył jej w oczy.
- Z Vrakenvall.
- Zaraz, czy to nie jest przypadkiem...
- Jest - uciął.
Arhala przyjrzała mu się badawczo. W końcu zza pleców wyjęła niewielki bukłak. Wyrwała zębami korek i przechyliła. Gdy ugasiła pragnienie, podała bukłak nefratowi.
- Nie mam żadnych kubków - mruknęła przepraszająco.
- Nie szkodzi.
Yakob wziął solidny łyk. Parsknął jak koń.
- Ale krzepka gorzała.
- Dał mi ją mój mistrz, Revius. Na drogę. Oprócz magii zajmuje się również alchemią.
- Przedni bimber - nefrat przechylił znowu, tym razem twarz wykrzywiła mu się tylko trochę. - Zawsze uważałem alchemików za bezużytecznych darmozjadów. Zajęliby się pędzeniem wódy, przynajmniej byłoby weselej.
- He, he - zaśmiała się dziewczyna i przejęła bukłak od Yakoba. - Coś w tym jest. No, to w końcu jak jest z tobą? Jesteś mnichem, szpylmanem czy kim w końcu?
- Ja? - Yakob podniósł brew, zmierzył ją wzrokiem. - Nefratem.
- A czym się zajmują nefraci?
- Nigdy o nefratach nie słyszałaś?
- Wyobraź sobie, że nie.
Z miny dziewczyny łatwo było wywnioskować, że nie ma pojęcia z kim (albo czym!) siedzi przy ognisku i pije bimber.
- Zajmujemy się, jakby ci to wytłumaczyć… - Yakob uśmiechnął się lekko. - Zajmujemy się szerzeniem dobrej nowiny.
- O bogowie, czyli jednak ksiądz. Zastrzegam, że nudzą mnie kazania, więc zechciej mnie nimi nie uraczać z łaski swojej, dobrze?
- Dobrze Arhalo.
- Vrakenvall - podjęła nieco sennie Arhala. - Gdy byłam mała, bracia straszyli mnie tamtym miejscem. Podobno pełno tam wampirów i wilkołaków… Ale teraz nie bardzo w to wierzę. Widziałeś kiedyś jakiegoś wampira, Yakobie?
- Jeśli ci powiem, że widziałem: uwierzysz?- zapytał Yakob z uśmiechem.
- Pewnie nie - przyznała Arhala i ziewnęła donośnie. - Idę się położyć, cholera. Od tej wódki kręci mi się w głowie.
- Dobranoc - nefrat patrzył, jak dziewczyna kładzie się na sienniku i przykrywa kocem. Wstał i wyszedł w mrok. Jego kary koń przywitał się z nim cichym rżeniem. Yakob podszedł do niego i pogłaskał po chrapach.
- Witaj, stary druhu. Znowu nam się udało. Dzięki niej - na chwilę zamilkł. - Co sądzisz o naszej nowej przyjaciółce?
Koń parsknął i targnął głową.
- Tak… Mnie też się podoba. Mnie też.

***

Dzień wstał parny i słoneczny.
- Piękna szabla - rzekł Yakob, patrząc na broń, którą Arhala konserwowała oliwą.
- Prawda? Prezent od pewnego szlachetnie urodzonego chłopaka, z którym... Z którym...
- Rozumiem. A umiesz tym wywijać?
- Ten chłopiec - Arhala uśmiechnęła się nieznacznie - był jednym z najlepszych szermierzy w mieście. Byłam z nim kilka lat, nauczył mnie tego i owego.
- Aha - rzekł nefrat, wyjął swój miecz i wykonał młyńca. Po ostrzu zaczęły pełzać delikatne, blade ogniki. Arhala patrzyła na niego lekko zmrużonymi oczami. Przez głowę przeleciała jej pewna niepokojąca myśl.
- Od kiedy osoby duchowne noszą miecze?
- Od czasu, gdy zbójcy napadają na takie osoby.

***

- Co ty robisz, do cholery jasnej?! Czemu zerwałeś bandaże?
- Hmmm, już nic nie boli, naprawdę.
- Nie boli? Taka szrama goi się po pół roku albo i lepiej! Jak się czujesz?
- Dobrze - nefrat przeciągnął się, stawy głośno strzyknęły.
- Pozwól, że obejrzę. Znam się na tym.
- Nie, wszystko jest w porządku, zostaw.
- Pokaż ranę albo sama sprawdzę, bez pytania, jak będziesz spał!
- Z moim brzuchem już dobrze, naprawdę.
- Noc była chłodna, padało, powietrze jest wilgotne. Rana mogła zacząć się jątrzyć. Nadal jesteś blady... - złapała go za nadgarstek - i zimny, cholera. Pokazuj.
- To, co zobaczysz, może ci się nie spodobać. Ostrzegam uczciwie.
- Nie szkodzi, w razie czego mam na wozie odpowiednie leki antyinfekcyjne.
- Jak chcesz - Yakob podwinął do góry swój habit, nie narażając Arhali na nieobyczajne widoki, albowiem nosił pod habitem spodnie.
- No, zobaczmy - mruknęła dziewczyna i nachyliła się nieco, by lepiej widzieć. - Co kur... - wyrwało jej się na widok brzucha nefrata. Po ranie nie było śladu, żadnej blizny, nic. Chciała gwałtownie się wyprostować, lecz nefrat był szybszy. Zdzielił ją łokciem prosto w potylicę. Arhala padła na klepisko.

***

Pogoda popsuła się znacznie. Niebo było zaciągnięte burzowymi chmurami, zwiastującymi wiosnę. W powietrzu pachniało jednak cokolwiek niewiosennie padliną.
- Ot, wartkie jest koło fortuny - rzekł Yakob siedząc na koźle i powodując lejcami pociągowego konia. Wóz turkotał niespiesznie po trakcie, obok truchtał kary koń. - Ty mnie wciągałaś na wóz - popatrzył na związaną i zakneblowaną Arhalę - a potem musiałem ci się odwdzięczyć tym samym.
- Mmm, mmmm... - dziewczyna szarpała się z krępującymi ją rzemieniami. W końcu dała za wygraną i spojrzała nefratowi w oczy. W jej wzroku widać było pytanie, wściekłość i... Tak! Pierwsze oznaki nienawiści.
- Spałaś kilka dni, chyba za mocno ci przyłożyłem. Wybacz. Potem gorączkowałaś - kontynuował niezrażony Yakob. - Ale może to i lepiej... Podróż szybciej ci zleciała. O, popatrz tam - Yakob wskazał dziewczynie dwie skały, przypominajace pazury, wznoszące się po obydwóch stronach gościńca. Wokół było jakoś tak szarawo i pusto. - Zbliżamy się do wrót Vrakenvall. Stąd już tylko dwa dni drogi do Vrakenborgu.
- Iiii mmmm mmmm!! - dziewczyna znowu zaczęła się szarpać panicznie.
- Jesteś... Byłaś uczennicą czarodzieja. Powinnaś docenić to, co chcę ci dać. Nauczysz się prawdziwej magii. Takiej, przy której to, co umiesz jest ordynarnym, co ja mówię, jarmarczym kuglarstwem.
- Mmmm mmmmm hhhmmm!
- Tak, tak, ja też się cieszę razem z tobą. Na pewno wkrótce mi podziękujesz.
Wóz minął głazy. Dla Arhali było to przeżycie porównywalne wyłącznie z przekroczeniem bramy piekieł. Bramy, którą przekracza się tylko raz. Wszystkie dziecięce koszmary stanęły jej przed oczami.
- Żeby ci się nie nudziło zbytnio, poopowiadam ci trochę. Tę ranę, którą mi z takim poświęceniem opatrzyłaś, Arhalo, zadano mi kilka godzin zanim mnie znalazłaś. Wiem, o co chcesz zapytać, nie wierć mnie tymi swoimi wielkimi oczkami. My, nefraci, goimy się szybko, można rzec ekspresowo. Zresztą, sama widziałaś. Ale wracając do opowieści… Jechałem traktem nie wadząc nikomu, gdy z krzaków wyskoczył oddział goblinów na wilkach. Dziwne, ale mój koń ich nie wyczuł, ja zresztą też nie. Pewnie się starzeję, ech… Starość nie radość. Ale co ty tam możesz o tym wiedzieć, młódko. Innymi słowy, nie miałem szans, zaskoczyli mnie. Nim się obejrzałem, już jeden z nich zwalił mnie z siodła, a drugi przeciągnął brzeszczotem po bebechach. Brzeszczot był zatruty, ale na mnie trucizny nie działają. Koń uciekł, na szczęście jednak wrócił. To dobrze wyszkolone zwierzę, sama to zauważyłaś. Jakimś kmiotom, którzy chcieli go zabrać porachował żebra, zdaje się. Niewiele widziałem, ale conieco słyszałem. Potem straciłem przytomność i niczego więcej nie pamiętam, a potem zobaczyłem twoją cudną buzię... Ej, dzieweczko… Czy ja cię aby nie zanudzam?

***

Wraslav vatr Jihablut zszedł do lochu. Miał na sobie długi, purpurowy płaszcz, kontrastujący z jego bladą cerą oraz długimi, białymi włosami.
- Otrzymałem twoją wiadomość, Yakobie. Ufam, że ściągałeś mnie tutaj nie bez powodu?
- Bynajmniej - nefrat ukłonił się księciu. - Przywiozłem kogoś.
Książę spojrzał na skulony kształt, przykuty ciężkimi kajdanami do ściany.
- Ją?
- Ją.
- Kto to?
- Arhala. Magiczka. Pomyślałem, że po śmierci Fróva przyda się następczyni - szepnął Yakob.
- Kobieta? Yakobie, czyś ty oczadział? - książę prawie krzyknął, jego oczy zabłysły szkarłatem. Nefrat nie opuścił wzroku.
- Ona - szepnął z szacunkiem - jest lepsza od niejednego mężczyzny.
- Mmmm mmmmm iiiiiii hhhmmm! - zabełkotała dziewczyna. Nadal miała w ustach knebel.
Wraslav podszedł do niej i spojrzał głęboko w oczy. Głowa Arhali opadła momentalnie na pierś.
- Zobaczymy - książę spojrzał w sufit. Wkrótce do ciemnicy wkroczyły dwa szkielety. Yakob zdjął dziewczynie kajdany, a ożywieńcy ujęli ją niezbyt delikatnie pod pachy i wyprowadzili na schody. Nefrat i książę podążyli za nimi.
Nie szli długo. Yakob otworzył ciężkie, okute wrota, za którymi panowała nieprzenikniona ciemność. Szkielety wprowadziły dziewczynę do środka, książę stanął z boku. Arhala ocknęła się i powiodła nieprzytomnym wzrokiem dookoła. Drgnęła na widok tego, co ją trzymało za ramiona. Chciała się wyrwać, lecz ożywieńcy trzymali mocno. Wtem w ciemności rozległ się warkot i brzęk łańcuchów. Arhala usiłowała przeniknąć mrok. Serce podchodziło jej do gardła.
Nagle jakiś kształt wyprysnął z ciemności, zupełnie ją zaskakując. Odruchowo chciała się cofnąć, lecz ożywieńcy trzymali ją, niczym w imadle. Zakuty w łańcuchy potwór szarpał się, toczył pianę i wściekle syczał. Jego demoniczne spojrzenie było utkwione w Arhali.
Yakob wyszedł z cienia, dziewczyna spojrzała na niego z przestrachem. Oczy Yakoba, wzorem ghula, błysnęły czerwienią. Skinął na szkielety. Jeden z nich chwycił wolną ręką za nadgarstek Arhali i zmusił ją do nadstawienia przedramienia, niczym w trakcie szkolenia psów . Ghul szarpnął się wściekle, muskuły na jego karku naprężyły się, niczym liny okrętowe i zatopił swoje zęby w ciele dziewczyny. Ta krzyknęła świdrująco.

***

Wraslav podszedł do Arhali i zbliżył nos do jej szyi.
- Jeszcze raz - rzekł cicho.
Ożywieńcy znowu zaciągnęli szamocącą się kobietę do srożącego się w kajdanach potwora.

***

- Jeszcze raz - rzekł książę.

***

NIE NIE NIE PROSZĘ BŁAGAM ZABIJCIE MNIE, NIE, JA NIE WYTRZYMAM, NIE TO STRASZNE, DAJCIE MI UMRZEĆ BŁAGAM CO JA WAM ZROBIŁAM KURWA NIE NIE NIE NIE, TO... TO NIE MOŻE BYĆ PRAWDA, CO... CO WY MI ROBICIE, TO BOLI, TO BOLI, NAWET NIE WIECIE JAK, PRZESTAŃCIE, BŁAGAM, PROSZĘ, BŁAGAM, NIE, NIE, NIE, NIE!!!!!!!!!!!!!!

***

- Dalej - rzekł książę i skinął władczo na ożywieńców. Yakob patrzył na wszystko dość obojętnie.

***

Arhala leżała we własnych szczynach w niewielkiej celi. Płakała. Ciężko było znaleźć nie pokąsany skrawek jej ciała. Krew ciekła z dziesiątek ran. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było uczucie splugawienia i coś... Coś, co zdawało się drążyć jej żyły. Jakby jakaś obca istota poruszała się w arteriach, zmierzając wprost do serca, wijąc się obrzydliwie...
Nagle usłyszała cichy chichot. Podniosła głowę.
- No proszę, proszę - szept dochodził zza ściany. - Kogóż to nasz dzielny i rycerski Yakob tu przyprowadził?
- Kim… Kim jesteś? - spytała Arhala w mrok.
- Więźniem, jak ty. Nazywam się Sirina. Czuję twój strach, czuję twój pot i twoją krew… Brzydko pachnie twoja krew, dziewczyno.
- Oni… Oni mnie torturowali, karmili mną jakiegoś potwora…
Znowu chichot.
- Tak, tak, to gnoje. Świnie jakich mało. Mnie Yakob obciął obie dłonie, skurwiel… Wiesz… Żal mi ciebie. Umierasz, czuję to. Cholera jasna, lepiej się zabij tu i teraz. Bo potem będzie za późno.
- Jak... Jak?
- Wal w głową w mur, połknij własny język… Nie wiesz nawet co cię czeka, gdy… - Sirina przerwała nagle i syknęła wściekle.
Drzwi do celi otworzyły się i wszedł ten z długimi, białymi włosami, którego Yakob nazywał księciem. Wrazlaw... Czy jakoś tak. Arhala wcisnęła się w kąt, obserwując przybysza przerażonym wzrokiem.
- Nie bój się, Arhalo - rzekł przybysz. - Pamiętasz mnie? Jestem Wraslav vatr Jihablut. Nie bój się mnie - białowłosy wyjął coś z niewielkiej saszetki, którą trzymał w dłoni... Dłoni zaopatrzonej w calowej długości szpony. - Przyniosłem ci coś. To lekarstwo - książę zbliżył się do drżącej dziewczyny i wbił w nią swój wzrok. A potem wszystko potoczyło się jak we śnie. Arhala wstała wolniutko, podeszła do Wratslava, uklękła i wyjęła z jego dłoni buteleczkę, po czym wypiła bez wahania. Przez chwilę nic się nie działo, a potem coś rozlało się po jej żyłach, napełniając je żywym ogniem.
- Nic się nie martw - dobiegł ją głos gdzieś z oddali. - Już niedługo.

***

- Jak to znosi? - spytał nefrat księcia.
Książę obrzucił Yakoba spojrzeniem.
- Dobrze, o dziwo. Eliksir działa bez zarzutu. Pełna przemiana powinna zostać powstrzymana.
- Powinna? - nefrat opuścił głowę.
- Magia jest nieobliczalna. Nie wiadomo na pewno, dokąd ją zaprowadzi. Ale miałeś rację. Dziewczyna wyjątkowo dobrze znosi...

***

- Wyjątkowo dobrze znosisz własną śmierć - rzekł Wraslav rzucającej się po podłodze dziewczynie. Ta spojrzała na niego dziko, jej oczy błysnęły delikatną czerwienią. Warknęła jak zwierzę.
- Dam ci coś - rzekł książę i złapał Arhalę za włosy, wyginając jej kark, aż napięły się żyły na szyi. Wampir podniósł własny nadgarstek do ust i przegryzł tętnicę.
- Pij dziecko. Pij - szepnął i nadstawił krwawiący nadgarstek nad rozwarte usta dziewczyny. Pierwsze krople posoki zaczęły barwić jej wargi na czerwono. - Pij - dziewczyna szarpała się w amoku, lecz w końcu przełknęła pierwszy haust. A potem, powodowana pierwotnym instynktem, przyssała się jak pijawka do krwawiącej rany. Wraslav zamknął oczy.
Mijały minuty, zlewając się w godziny. Wraslav raz po raz poił Arhalę własną krwią, aż poczuł zawroty głowy. Siłą oderwał jej usta od swojego nadgarstka.
Dziewczyna wytarła usta rękawem.
- Co... Co mi robicie...
- Daję ci nowe życie, Arhalo. Życie, o jakim nawet nie marzyłaś.
Drzwi otworzyły się cichutko. Do celi wszedł Yakob.
- Yakob... Dlaczego?
- Bo jesteś godna - westchnął nefrat. - Bo jesteś godna, Arhalo.
Na twarzy kobiety odbiło się niezrozumienie. A potem dziewczyna upadła na plecy, wstrząsnęły nią konwulsje o niespotykanym dotąd natężeniu. Yakob podszedł do Wratslava i zamknął oczy. Słyszał każde uderzenie jej serca. Serca, które wyraźnie zwalniało.

Bum, Bum, Bum, Bum... Bum, Bum, Bum... Bum, Bum... Bum... Bum... Bum... ... ... ... Bum... ... ... ... ... ... Bum
I ustało.
- Umarła Arhala - rzekł uroczyście Wraslav vatr Jihablut. - Niech żyje.

***

- Zasrane świnie - syknął głos zza ściany. - Pieprzone, zasrane świnie.

***

Książę Wraslav vatr Jihablut siedział na tronie w towarzystwie Nakadji, księżnej. Przed nimi, w półkolu, stali nefraci. Yakob, Aversor, Shu, Terheal, Mirvid, wszyscy wyprężeni jak struny, milczący, poważni. A w środku stała Arhala, lekko pochylona. Jej nienaturalnie blada cera kontrastowała z głębokim brązem jej bujnych włosów. Specjalnie dla niej przerobiony habit podkreślał doskonałe kształty. Wraslav wstał i podszedł do niej, położył dłoń na jej ramieniu. Arhala uklękła.
- Witaj w rodzinie - rzekł książę. - Witaj w rodzinie, nefrati Arhalo nefr Jihablut.
Księżna Nakadja wstała z grymasem i rzekła:
- Bądź pozdrowiona, nefrati - usiadła znowu, lekko wachlując usta dłonią.
- Jesteś teraz jedną z nas - szepnął Yakob i podał jej szablę. Tę, którą doskonale znała. Arhala spojrzała na ostrze. Pełzały po niej blade ogniki.
- Jedną z nas - powtórzył jak echo Aversor i skłonił głowę.
- Jedną z wybranych - rzekł Shu.
- Jedyną w swoim rodzaju - zaśmiał się Mirvid, podszedł i złożył pocałunek na chłodnym czole nefrati.
Terheal nie rzekł ani słowa. Po prostu wręczył jej małą figurkę przedstawiającą wilka i wrócił na miejsce.

***

Księżna Nakadja stała z Arhalą na blankach Vrakenborgu. Na niebie skrzyły się gwiazdy, gdzieś w oddali wyły verwilki. Piękna noc dla łowcy.
- Masz talent, dziewczyno - rzekła księżna, nie patrząc na towarzyszkę. Arhala skłoniła głowę w niemej podzięce.
- Nie pozwolę, żeby ci partacze nefraci albo mój małżonek zabierali się za taki diament. Ja będę cię szkolić. W końcu… My, dziewczyny, musimy trzymać się razem.
Nefrati uśmiechnęła się lekko.

***

- Podnieś rękę, dziewczyno. Nie, nie tak, cholera jasna! Nadgarstki prosto, kciuk lekko zgięty. Bardzo dobrze. Wypowiedz zaklęcie.
Źle! Zrobiłaś przydech, to się wymawia bez przydechu! Jeszcze raz!
O, widzisz? Szkielet się ruszył, ale magia zaraz uleciała. To dlatego, że znowu źle trzymasz dłoń. Musisz tę magię dobrze wpleść między kości, inaczej szybko się rozproszy.
Jak to nie rozumiesz czemu gest jest tak ważny?
Dobrze, posłuchaj. Zaklęcie to wyzwalacz mocy, ale ustawienie dłoni jest kluczowe dla długości trwania zaklęcia. Im doskonalsza mudra, tym efekt trwalszy. Dziwne, że tego nie wiesz, ten twój dawny nauczyciel uczył się chyba magii w namiocie cyrkowym.
Dobra, spróbuj jeszcze raz.
Nooo… I proszę, teraz stoi jak trzeba.
Czemu nic nie robi? Jak to dlaczego? Bo nie wydałaś mu żadnego polecenia!
Skup się… Ha, ha! Kazałaś podrapać mu się po głowie? Nie, to ciebie zaswędziało i pomyślałaś o podrapaniu! Musisz wyizolować polecenie w swoim umyśle i w skompresowanej formie wysłać do tej kukły.
No, idzie ci coraz lepiej. A teraz rozkaż mu wziąć oręż. Przecież ożywia się je głównie do walki, prawda?
Ładnie, choć troszkę niezgrabnie. To dlatego, że nie masz wprawy, ale nie od razu Vrakenborg zbudowano.
Widzę pytanie w twoich oczach. Można, oczywiście, je tak zaprogramować, by były w miarę samodzielne. Kwestia wplecenia w zaklęcie programu. Nefraci zazwyczaj programują szkielety z nefratrium na zabieranie oręża i podążanie za nimi plus atak na hasło.
Tak, coś w rodzaju tresury psa, choć to niedokładnie to samo. Nie będę cię uczyć tak prymitywnych metod. Znaczy będę, ale tylko w ramach treningu jako rozgrzewka przed nauką poważnej magii. Nauczę cię przyzywać duchy, które będą animować szkielety, by były samodzielne całkowicie i operowały bez kontroli.
No dobrze, wracajmy do treningu. Rozkaż mu, by zrobił kilka kroków.
Aj, aj, delikatnie, nic na szybcika! Chciałaś, żeby salto zrobił, czy co?
Jeszcze raz. Nieeee, źle, źle, źle! Za bardzo się irytujesz.
Zaraz, dziewczyno, co ty… O kurwa!! Nie tu!! Szlag! Patrz, przez ciebie mam osmaloną suknię!
Nic, tylko na śmietnik!
No, no… Nie wiedziałam, że potrafisz miotać ogniste kule, ale nie waż mi się tego powtarzać w zamkniętym pomieszczeniu!
Trudno, stało się. Chodźmy poszukać nowego obiektu, hmmm, dydaktycznego. Zdaje się, że w lochach trochę ich jeszcze zostało.

***

- Kim... Czym jestem? - spytała Arhala księżną Nakadję, gdy ta druga zarządziła przerwę w lekcjach.
- Jesteś nefrati. Taką specyficzną odmianą ghula, którą wymyślił i wyhodował mój mąż - odparła księżna, patrząc na swoją podopieczną.
- Ale dlaczego akurat nefraci?
- Macie wiele zalet. Upiory, ghule i reszta menażerii nie zwraca na was uwagi, wasze rany goją się bardzo szybko, żyjecie długo, być może wiecznie. Możecie do woli korzystać z nekromancji, gdyż nie wysysa ona z was witalności, jak w przypadku śmiertelnych nekromantów. Z drugiej strony nie boicie się, jak my, światła słonecznego, żywicie się wszystkim, oczywiście preferując mięso... - Nakadja pogłaskała Arhalę po włosach. - Jesteście ghulami, a jednak macie nadal swoją wolę, zachowaliście wspomnienia i inteligencję. Związani na zawsze z Wratslavem więzami krwi stanowicie jego idealną gwardię - księżna skrzywiła się z obrzydzeniem. - Gwardię chamską, prostacką i nad wyraz grubiańską. Nie pozwolę, żebyś stała się taką swołoczą jak reszta tej bandy.
- Nie lubisz ich... Nas…
- Ich, Arhalo, ich. I owszem, nie lubię. Za ich arogancję, za przekonanie, że mogą być nieposłuszni mej woli. Nie wykonywać moich poleceń, poleceń księżnej Nakadji matr Jihablut! - wampirzyca o mało nie wstała, uniesiona własnymi słowami, po chwili jednak opadła z powrotem na fotel. - Ciebie, na szczęście, moja antypatia nie dotyczy. No, dość się nagadałyśmy, wracajmy do zajęć.

***

Aversor wyjął z pochwy szablę Arhali i świsnął nią z rozmachem. Nefrati patrzyła z fascynacją na ogień, którym rozbłysła klinga.
- Twoja szabelka, Arhalo, została nasycona potężnymi zaklęciami. Wygląda na pokrytą rdzą, ale to efekt uboczny. Jest ostrzejsza, niż brzytwa, nie martw się. Możesz nią bez problemu przeciąć każdy pancerz, zranić wampira czy demona - nefrat podał dziewczynie szablę.
- Widziałam, że miecz Yakoba ma podobne właściwości.
- Tak, wszyscy mamy taki oręż. Można powiedzieć, że to nasz cechowy fetysz - Aversor uśmiechnął się upiornie, jego łysa głowa odbijała światło pochodni.
-Starczy tej dyskusji - Aversor wyjął własny miecz. - Przyjmij pozycję do walki.
Arhala stanęła w rozkroku i podniosła szablę, wolną rękę chowając za siebie.
- Co to ma być, pojedynek dwóch szlachciców? - nefrat machnął zamaszyście mieczem i wybił nefrati szablę. - Podnieś.
- Ta ręka - kontynuował Aversor, wskazując wolną dłoń Arhali - luźno przy biodrze, w razie czego możesz złapać za rękojeść i uderzyć dwoma rękami, by nadać ciosowi większą siłę. Nie patrz mi w oczy, bo nic tam nie zobaczysz. Na mój miecz też nie patrz, mogę cię nim zwodzić… - nefrat zawinął ostrzem kółeczko i znowu wytrącił szablę dziewczynie.
- Podnieś. Twoja szabla nie sparuje uderzenia mojego miecza, jest od niego o wiele lżejsza. Chcesz, żeby pękła przy parowaniu, czy co? Uderzaj z boku, by zmienić tor ciosu - Aversor wzniósł miecz markując cios, a Arhala pacnęła w jego ostrze, odsuwając je nieco w prawo, odsłaniając pierś nefrata.
- Widzisz? Masz lekką szablę, jest zakrzywiona. Możesz teraz chlasnąć mnie w szyję, nie zdążę nic zrobić. Jeśli nie musisz krzyżować ostrzy, nie czyń tego. Unikaj ciosu, rób piruet i uderzaj w plecy. To nie ma być honorowa walka, ty masz zabić przeciwnika. Jeszcze raz.
Nefrat odsunął się kilka kroków, a potem zaszarżował na Arhalę, zamierzając uderzyć na odlew. Arhala zgrabnie uchyliła się przed ciosem, zawinęła jak fryga i chlasnęła Aversora w biodro.
- Ha! - krzyknęła zadowolona z siebie.
- O, to-to - mruknął Aversor. - A teraz przepraszam, idę pozbierać flaki. W czasie treningu, moja droga, nie tniemy nauczycieli na kotlety!

***

Aversor i Yakob siedzieli przy stole, popijali piwo i grali w kości. Pierwszy potrząsnął energicznie kubkiem i trzasnął nim o stół.
- Szlag, wygrałeś o jedno oczko - syknął Yakob na widok kostek.
- Wisisz mi kolejkę u Wulfana - mruknął Aversor. Yakob powoli wrzucał kostki do kubka.
- Jak tam nasza uczennica? Robi postępy?
- A jakże, robi. Od tych jej postępów dalej rwie mnie w żywocie. Dziewczyna ma talent do miecza, że hej!
- Słyszałem, że Nakadja wzięła ją ostro w obroty.
Aversor upił łyk piwa.
- To, co z nią wyprawia księżna przechodzi wszelkie wyobrażenie. Kto by się spodziewał, że Nakadja zechce ją uczyć magii? Uczyć nefrati? Przecież gardzi nami jak łajnem, a ciebie, zdaje się, nienawidzi jak zarazy. Pewnie babska solidarność. Uważasz, wyuczyła gówniarę wzywania opętanego szkieletora w czasie nie dłuższym, niż tydzień. W jeden tydzień, pojmujesz? Ech… Nas, starych psów, nowych sztuczek uczyć nie chcą… W każdym razie, jak tak dalej pójdzie, wkrótce wyślą ją na szlak. O, a skoro o tym mowa, Shu, Terheal i Mirvid wyjechali z Vrakenborgu tuż po zmierzchu.
- Gdzie?
- Shu, jak zwykle, pojechał do stolicy odprawiać te śmieszne coroczne rytuały na cześć księcia Wratslava, a potem, jak sądzę, przyprowadzi kolejną partię mięsa. Terheal udał się z poselstwem do hrabiego Gireno vatr Cariblut… Trzeba coś w końcu zrobić z tą całą Siriną, którą żeś przytargał za uszy pół roku temu…
- A Mirvid?
- A kto go tam wie. Co się tak bezmyślnie gapisz, Yakob? Nie zapomniałeś aby o czymś? Rzucaj, do diabła! Liczysz na to, że ulegnę mumifikacji? Tu się gra w kości!
Kości zostały rzucone.

***

Dogoniła go, gdy nefrat wracał korytarzem do swojej celi. Yakob odwrócił się i obdarzył podbiegającą Arhalę serdecznym uśmiechem.
- Yakobie...
- Tak?
- Dziękuję. Miałeś rację. Teraz... Teraz jestem ci wdzięczna - szepnęła nefrati i podała Yakobowi dłoń. Ten uścisnął ją bez wahania.
- Wszystko to zawdzięczasz wyłącznie sobie. Sobie i naszemu księciu. Możesz być z siebie naprawdę dumna.
Emblemat użytkownika
Tzeentch
książę wampirów
 
Wiadomości: 1278
Dołączył(a): Śr maja 08, 2002 2:00 am
Lokalizacja: Szczecin

Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron