Ostatni bohater...

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

Ostatni bohater...

Wiadomośćprzez Thail » N paź 31, 2004 5:07 pm

W związku z tym, że Powsinoga ma naprawdę dobry pomysł z pisaniem interkatywnych opowiadań (To się chyba tak nazywa) postanowiłem rozpoczać pierwsze takie opowiadanko, które mam nadzieję wspólnymi siłami uda Nam wszystkim się zakończyć.
Przypominam jeszcze raz o co chodzi. Każdy pisze jakiś rozdzialik do opowiadania według swojej wyobraźni (Oczywiście nie robiąc głupot i nie odchodząc zbytnio od klimatu <-takie wiadomości będę kasował skrzetnie i wielką dokładnością). Tu mają być tylko kolejne części opowiadania, komentarze do karczmy proszę słać!Dziękuję :grin:
Więc ja pierwszy zaczynam :grin:

OSTATNI BOHATER

W pomieszczeniu panowała zupełna ciemność, lecz on nie potrzebował światła, aby widzieć co się w nim znajduje. Na środku pokoju stało stare biurko pokryte kurzem i pleśnią. Na blacie dostrzegł leżącą książkę oprawioną w brązową skórę. Z wielką ostrożnością podniósł znalezisko i otworzył z ogromną czcią przerzucił kilka pożółkłych stron. Pod ścianą stało spróchniałe krzesło, ale on wolał nie ryzykować i usiadł na podłodze, która tak naprawdę nie wiele różniła się pod względem wytrzymałości od mebli znajdujących się w pokoju. Po chwili namysłu wydobył z woreczka przypiętego do szerokiego pasa krzesiwo i kawałek świeczki. Po krótkich zmaganiach udało mu się zapalić knot świecy i dostrzec litery na stronach dziwnej księgi. Rozsiadłszy się wygodnie zaczął czytać co się stało z jego zakonem...

...
Czas Wielkich Ciemności roku 102.
Nasz odział dostał się w zasadzkę, którą zastawiły na nas demony. Ja, ostatni mistrz zakonu paladynów, Nesers jako jeden z ostatnich walczę ze złem i choć wiem, że to moje ostatnie chwile, to nie pozwolę, aby nasz potężny artefakt dostał się w ręce sługusów ciemności...


(Tu następuje zamazanie obrazu :P i przenosimy się w miejsce, gdzie rozgrywa się akcja opisana w księdze – Dop. Thail.)

W małym pomieszczeniu przy dębowym biurku siedzi nachylona nad księgą postać w błękitnej zbroi. Jedna ręką pisze szybko i zamaszyście kolejne zdania na białych stronicach, a drugą zaciska na rękojeści potężnego paladyńskiego miecza. Na zewnątrz słychać wrzaski i szczęk broni. Zażarta bitwa tocząca się na zewnątrz zdaje się nie być w stanie rozproszyć głębokiego skupienia pisarza. Krzyki zabijanych z każdą chwilą zdają się przybliżać...
Nagle do pomieszczenia wbiega młody elf odziany w zieloną tunikę. Przez ramię przewieszony ma kołczan strzał. W prawej ręce trzyma zakrzywioną szablę, a w drugiej długi łuk precyzyjny. Na młodej twarzy elfa rysowało się przerażenie i zmęczenie.
- Mistrzu!!! – Krzyknął z trudem łapiąc oddech – Demony przedarły się przez nasze ostatnie umocnienia, północy mur padł, a wielki generał zakonny poległ broniąc zachodniej bramy zamku. Mistrzu, jeśli chcemy przeżyć powinniśmy coś zrobić teraz...
- Jak się zwiesz młodzieńcze? – Zapytała postać siedząca przy biurku. Mężczyzna miał twardy i stanowczy głos, lecz dało się w nim wyczuć spokój i zatroskanie.
Elf po usłyszeniu pytania uspokoił się i zaczął miarowo oddychać. Jego niepokój i wątpliwości nagle gdzieś znikły jakby głos mistrza zakonu mógł zapewnić mu zwycięstwo i wieczne szczęście.
- Zwą mnie Lerssy mistrzu... – Odparł pewnie i przyjrzał się uważnie siedzącej przy biurku postaci, gdyż wcześniej tego nie zrobił.
Mistrz zakonu paladynów był wysokim postawnym człowiekiem o czarnych jak węgiel włosach i oczach koloru złotego. Nosił na sobie wspaniałą zbroję płytową koloru błękitnego. Na napierśniku widniało godło przedstawiające złote słońce przez które przechodzi czerwony krzyż, symbol i herb zakonu paladynów. Na ramionach nosił złote ochraniacze wykonane przez krasnoludzkich kowali. Miecz, który skurczowo zaciskał w dłoni był podobno darem samego Lama, który miał pomóc Nesersowi w walce ze złem i niewiernymi. Z sylwetki człowieka zdawała się emanować złotawa poświata ledwo dostrzegalna w ciemnościach i niewidoczna w promieniach słońca.
Mężczyzna odłożył powoli pióro i odsunął krzesło. Przez chwilę spoglądał na grubą księgę oprawioną w brązową skórę i pakunek leżący przy niej.
- Lerssy – Rzekł człowiek i spojrzał swoimi niesamowitymi oczyma w stronę elfa.
- Tak mistrzu – Odparł młodzieniec.
- Widzisz ten pakunek i te księgę leżącą na biurku?
- Tak.
- Zabierz je ze sobą i ukryj według instrukcji, które zawarłem w kronice naszego wielkiego zakonu – Powiedział podając elfowi przedmioty – To pomoże Ci się wydostać z zamku.
Otworzył szufladkę w biurku i wydobył z niej dwie dziwnie świecące brukwie.
- To są brukwie kupione w Vergardzie – Tłumaczył podając je młodzieńcowi – Zawierają w sobie czar zwany przez mistyków teleportacją. To zaklęcie pozwoli Ci się wydostać z okrążenia, lecz jego wadą jest przypadkowość miejsc do jakich może Cię przenieść. Zostały mi już tylko dwie, resztę oddałem innym ważnym posłańcom i osobom, które dla dobra świata muszą przeżyć. Nim jednak udasz się w swoją podróż, aby wypełnić misję zesłaną ci przez opatrzność i zakon proszę cię o dokończenie tego co ja zacząłem.
- To znaczy? – Spytał niepewnie Lerssy.
- Proszę Cię, abyś opisał ostatnie godziny istnienia... naszego zakonu i moich... – To mówić powstał z krzesła i podszedł do łucznika. Położył dłoń na jego ramieniu i spojrzał mu głęboko w oczy.
Elf poczuł jak niewidzialna siła wlewa w jego serce odwagę i siłę wielu paladynów. Wyprostował się dumnie i otworzył księgę.
- Jestem gotowy mistrzu – Odpowiedział z trudem powstrzymując okrzyk.
- Dziękuję ci przyjacielu – Rzekł z wdzięcznością Nesers i uśmiechnął się szeroko – Czas pokazać temu pomiotowi zła co potrafi paladyn.
To mówiąc cofnął się na środek pokoju i podniósł miecz ostrzem ku niebu.
- Bogowie! Wspomóżcie mnie w walce z siłami zła i ciemności!
Znikąd na osobę mistrza spłynęło jasne jak promienie słońca światło. Elf zasłonił oczy dłonią i z trudem spoglądał na sylwetkę Nesersa, która rozmywała się w potężnej jasności. Nagle przy boku człowieka pojawiła się grupa archaniołów w złotych zbrojach. Szybko stworzyły szereg i otoczyły paladyna murem ognistych mieczy i złotych tarcz. Każdy archanioł był wysoki na dwa metry, dobrze zbudowany z długimi białymi włosami opadającymi na wspaniałe zbroje. Każda z tych wspaniałych i świętych istot zdawała się uśmiechać triumfalnie ciesząc się na samą myśl walki ze złem. Zginąć u boku tych istot był najwyższym zaszczytem dla paladyna, a zdolność do ich przywoływania posiadali tylko nieliczni i istoty o najczystszych sercach.
- Chodźmy – Powiedział cicho mistrz zakonu do swoich nowych towarzyszy broni i wyszedł z pokoju. Mijając elfa posłał mu radosny uśmiech jakby szedł nie na pewną śmierć, lecz po zwycięstwo. Jego cała sylwetka była przezroczysta i otoczona przedziwną złocistą aurą, która promieniowała ciepłem i dobrem.
Lerssy wyszedł na zewnątrz i zaczął opisywać walkę...

(Tu wracamy do czasu rzeczywistego – Dop. Thail :grin: )

... Ostatni mistrz zakonu paladynów, Nesers zginął śmiercią bohaterską o której marzy każdy paladyn. Niech jego poświecenie będzie przykładem i natchnieniem dla innych wojowników światłości, którzy walczą w tych ciężkich czasach z siłami ciemności. Ja wykonałem swoje zadanie i mimo wielkich trudności udało mi się ukryć tę księgę tam, gdzie jej miejsce, czyli w miejscu, gdzie zostały spisane jej ostatnie rozdziały...


Mokra łza spadła na pożółkłą stronę księgi i zamazała stary atrament.
- Więc tak zginął mój mistrz – Szepnął ocierając łzy po czym dodał – Odnajdę artefakt mój mistrzu, mimo, iż upłynęło tyle wieków odkąd zostałem uwięziony! Obiecuję!
...
Ciąg dalszy sami dopiszecie :wink:
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1850
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Februs » N paź 31, 2004 6:19 pm

Wyruszył w drogę wyznaczając kierunek na zachód gdzie znajdowały się wysokie, zielone pagórki. Na nogach miał buty okute mithrilem jednak nie były one potrzebne na gładkiej i miękkiej trawie. Szedł tą samą drogą około dwóch godzin póki nie zobaczył w oddali miasta. Postanowił odpocząć. Ułożył się wygodnie na trawie wyjmując z podpachy księgę. Otworzył ją na ostatniej stronie i zobaczył dopisek

<i>...po czym udałem się do Edgarlon</i>

Edgarlon... Ruszył w stronę miasta mając wielką nadzieję, że to będzie akurat Edgarlon, lecz zawiódł się. Zobaczył wielką tablicę na której były wyryte słowa: Opuno. Wszedł do miasta przez bramę i rozejrzał się - miasto było tętniące życiem. "Może ktoś będzie znał drogę do Edgarlon" pomyślał. Podjął decyzję, że zapyta kogoś o drogę. Podszedł do jakiegoś niskiego człowieka i spytał:
- Nie znasz przypadkiem drogi do Edgarlon?
- Jo, znam, ze dwustu uzbrojonych chłopa na nie poszło
- Jaka jest do niego droga?
- Ze sto mil na południe... za znakami się podąża!
- Dzięki - odpowiedział i pośpiesznie ruszył ku bramie miasta...
Emblemat użytkownika
Februs
 
Wiadomości: 411
Dołączył(a): Wt lip 20, 2004 6:11 pm

Wiadomośćprzez Powsinoga » Pn lis 01, 2004 7:07 pm

Trakt prowadzący do Edgarlon był brukowany, aczkolwiek bruk był tak zmurszały i zniszczony,że niewiele ułatwiał drogę. Po bokach drogi ktoś wiele lat temu posadził drzewa, teraz spróchniałe, przygięte do ziemi, o poskręcanych konarach. Wiatr wył w gałęziach owych drzew z wielką siłą, strącając z ich koron liście i jakby próbójąc odstraszyć ewentualnych podróżnych od dalszej drogi. Po zaledwie pięciu stajaniach drogi wędrowiec zobaczył duży, omszały kamień na którego stosunkowo gładkiej części wyryto starymi drimithiańskimi runami napis "Edgarlon". "To te znaki o których wspominał ów niewysoki człowieczek w Opuno" - pomyślał. Dalej trakt prowadził przez falujące pod wpływem wiatru morze wrzosów. Trakt teraz prowadził pod górkę , teren ostro piął się pod górę. Gdy dotarł na szczyt wzgórza, zmęczony marszem parł się plecami o jakieś drzewo i wyjął z chlebaka kilka sucharów które popił wodą se skórzanej manierki. Zamierzał poczekać aż słońce pocznie się chylić ku zachodowi, lecz ze wzgórza dojrzał leżący jakiś kawałek drogi z tamtąd cmentarzyk. "Zapuszczony cmentarzyk w takiej okolicy nie wróży niczego dobrego. Chyba jednak dam sobie spokój z dalszym popasem i zostawię te groby daleko za sobą przed zmrokiem." Niechętnie podniósł się z ziemi, strzepnął z siebie okruch sucharów i ruszył w dalszą drogę. Słońce już powoli układało się ku zachodowi gdy dotarł do brzegu rwącego, mającego koryto w głębokiej szczelinie skalnej potoku. Przez strumień przerzucony był stary, rozwalający się mostek, który samym wyglądem nie wróżył niczego dobrego. Elf ostrożnie stawiał kroki, most zaś trzeszczał jakby chciał powiedzieć "Ani kroku dalej bo się zawalę!" Dotarł w końcu do połowy mostku, zrobił krok naprzód i... most zapadł się pod jego nogą. Nie było czasu na ostrożne stąpanie, musiał zabrać sięz mostu najszybciej jak tylko potrafił. Ciężko dysząc dobiegł na drugi brzeg, a most zwalił się z hukiem do potoku. Lerssa otaczała gęsta, wilgotna mgła wzbijana przez rwący strumień. Szedł teraz powoli i ostrożnie bowiem zapadł zmrok i szukał miejsca dobrego by przespać noc. Na południu zamajaczyły sylwetki budynków, księżyc jednak skrył się za całunem chmur więc nie było dobrze widać cóż to za budowle. Wiatr zyskał na sile, teraz smagając strudzonego wędrowca batem zimna. Wokół falowały wrzosy. Dochodząc coraz bliżej budynków serce Leressa poczęły napełniać ponure obawy. Nie bez powodu. Mury były zniszczone , nosiły na sobie ślady ognia. Wokół walały się kości ludzi, koni i elfów oraz powyginane zbroje i miecze. Miasto było ruiną zniszczoną na wskutek jakiejś wielkiej bitwy która rozegała się wiele zim temu. Przy wejściu miasta ziała ciena dziura przejścia do podmiejskich katakumb. Koło przejścia dogorewało niedawno zgaszone ognisko. "To pewnie są ślady tych dwóch centurii zbrojnych... ale dlaczego tamten pokurcz nic nie wspomniał o tych ruinach? Nocą po tym przeklętym miejscu będą się włoczyć watachy nieumarłych. Zupełnie jakby świadomie chciał bym tu skończył żywot..." Teraz stały przed nim trzy możliwe drogi: Na zachód przez bezkresne wrzosowiska, przez katakumby w których oprócz nieumarłych mógł spotkać także jakieś przyjazne twarze, oraz spróbować przejść przez ruiny mista na południe.
Nudes nis'a pudes!
Emblemat użytkownika
Powsinoga
 
Wiadomości: 640
Dołączył(a): Pn paź 18, 2004 8:58 pm
Lokalizacja: Z sinej dali...

Wiadomośćprzez Februs » Wt lis 02, 2004 2:07 pm

Jego nadzieja na spotkanie kogoś przyjacielsko nastawionego zanikła. Cała niemal droga była zapełniona starymi, pożułkłymi kościami. Szedł tak chropocąc butami na kościach i podpierając się cienkim kijkiem. "Niech to" pomyślał, "Te chropocenie może zbawić jakieś świństwa". I miał rację. Gdy przeszedł około pięćset jardów usłyszał wycie wilków i hałas nadchodzącego stada. Stał nieruchomo około minuty do póki zobaczył małe stado wików zbiegające ku niemu ze stromej góry. Zaczął się powoli cofać, lecz potknął się o jakieś spróchniałe żebro i upadł na ostre kości kalecząc się. Bestie były coraz bliżej. Wstał i zaczął uciekać, robiąc ogromny hałas który zwabił pozostałe wilki które również pognały na niego. Elf uciekał ile sił w nogach i zauważył w oddali jaskinię. Zmusił resztki swojej woli i siły... i w końcu wskoczył do jaskini gnając jej krętymi i wąskimi korytarzami.
- No więc w końcu przybyłeś - odezwał się jakiś głos. Po chwili pochodnie się zapaliły i zobaczył długi stół przy którym siedziały... demony. Na podłodze był wyryty pentergram, ściany pulsowały gorącem, a w szczelinach przepływała lawa. "Jestem w wulkanie..." pomyślał.
- Ujawnię twoje prawdziwe imię... - odezwał się chrapliwie diabeł - Masz na imię... Rithis.
- Przecież wiem - powiedział elf
- Lecz dla świata jest ono nieznane! Gdy je zdradzisz komukolwiek to zginiesz! Xymelia idasonia ysfag!
Demon pomacał stół swoimi pazurami. Uśmiechnął się po czym dotknął Rithisa w czoło. Elf natychmiast zniknął i pojawił się przed jaskinią która była pełna martwych wilków. "Dziwne", pomyślał Rithis.
Emblemat użytkownika
Februs
 
Wiadomości: 411
Dołączył(a): Wt lip 20, 2004 6:11 pm

Wiadomośćprzez Powsinoga » Pt lis 12, 2004 5:43 pm

Na Lama... gdzie ja jestem... w ruinach... w pradawnej nekropolii... razem z mymi braćmi którzy dawno temu tu polegli i ich demonicznymi władcami... nie... demony. „Xymelia idasonia ysfag „ , przeklęta klątwa... nie... błogosławieństwo naszych panów... ich moc niszczyć może całe miasta... imię od demonów które mi dano... glejt... potęga... Nie! Mym przeznaczeniem jest z nimi walczyć! Nie po to...

Ocknął się. Po głowie kołatały mu się wspomnienia dawnych dni, jakieś dziwne wizje... ale w umyśle ich miejsce zaczęły zajmować zmysły, wzrok, zapach, słuch... Leżał na łóżku. Ściany pomieszczenia były z białego marmuru. „Świątynia w Midgaardzie. Przecież to kawał drogi z tego całego... Edgarlon.” Do pokoju wszedł odziany w biel uzdrowiciel oraz jakiś gnom o długim, szpiczastym nosie i cienkiej kresce wąsów nad wargami.
-Myślisz, że z tym będzie w porządku? – zapytał mimochodem gnom.
-Jak najbardziej. Cieszę się, żeście go zabrali z tamtej nekropolii w miarę szybko. Wiecie, trupie wyziewy... ooo obudził się nasz kuracjusz. – swe spostrzeżenie kapłan skwitował dobrodusznym uśmiechem.
„Na demony Ulryka... jak ja się nazywałem... Rithis? Nie... chyba Leress... ale lepiej nie przedstawiać się jako ten Rithis... coś mi mówi, że z tego wyniknęłyby kłopoty. Z klątwy jakiejś? Do diabła, nie pamiętam!”
Gdy uzdrowiciel i wąsaty wyszli ubrał się założył swój rynsztunek i pociągnął ze stojącej na szafce butelki łyk gardłogrzmotu na wzmocnienie. Przed świątynią spotkał gnoma siedzącego na schodach świątyni konsumującego z apetytem bułkę popijając to wodą z blaszanej, powyginanej manierki. Rithis postanowił mu podziękować za pomoc... a także dowiedzieć się co tak w zasadzie się z nim działo. Gnom przedstawił się jako Witteran Ira.
-Tak więc leżałeś waść na spalonej ziemi pośród ruin. Wokół ciebie walała się masa ubitych wilków. –Mówił Ira charakterystycznym dla siebie mimochodem. – Byłem tam wraz z moją rodziną a zarazem członkami mej firmy wielobranżowej. Najbliższe miasto było oddalone o setki mil więc...
- A Opuno? A Edgarlon? Przecież one...
- Co panie mówicie? Te miasta zostały zniszczone wieki temu przez armie demonów. Tylko ruiny i zgliszcza z Edgarlon i Opuno zostały, wiem bo moja praciotka stryjeczna tam mieszkała i...
„A więc to tak... kto miał cel by tworzyć przed mymi oczyma iluzje i pchać mnie przed oblicze demonów? I kim był ten kurdupel w Opuno? Iluzją, człowiekiem czy demonem pod zmienioną postacią? Muszę znaleźć rozwiązanie tej zagadki”
- Ciotka moja strasznie często się upijała tanim browcem, a przez jej alkocholizm i zamiłowanie do naigrywania się z magów... wyrosła jej długa broda! Cha! Pamiętam, że potem wszystkie tolariańskie krasnoludy się do niej zalecały!
„Tolaria... na tych ruinach wszystkie napisy były dopisane na starych runach elfich runami drimithiańskimi... Drimith jest domeną Ulryka... a to może wróżyć...
- Najlepiej było gdy taki jeden krasnolud nijaki Grubb...
- Więc jesteś Witteranie kupcem?
- Można by to tak nazwać. Niedawno zajmowałem się handlem lądowym, ale pewien bogaty Midgaardczyk któremu wmówiłem, że jestem kołodziejem bardzo... impulsywnie domagał się już zwrotu swych wozów. W związku z tym przeniosłem się na handel i transport morski. Po pierwsze – mała konkurencja, jest tylko „Przeklęta łajba Seasse”. I zamierzam stworzyć połączenie morskie do Valisandrii. Ale na razie zacznę od kursów do Tolarii...
-Mogę się zabrać twym okrętem do Tolari?
- Jak najbardziej! Na razie nikt niestety o tym połączeniu za specjalnie nie wie. Nie mam pieniędzy na reklamę.
„Nikt jeszcze o nim nie wie? Tym lepiej. Choć jeśli są w to zamieszane demony to może to niewiele pomóc.”

Okręt był krypą w straszliwie opłakanym stanie. Gnomy z rodziny i zarazem firmy Witterana Iry zwijały się jak w ukropie by pomimo swej marnej postury sprostać marynarskim obowiązkom. Pomimo silnej mgły rejs szedł w miarę pomyślnie. Nagle Rithis zauważył majaczącą na wschodzie, rozmytą sylwetkę okrętu. Dało się na nim ujrzeć płomienie... i słychać było jakby syk parującej wody.
-No nie! Mamy towarzystwo! – Zawołał któryś z gnomów.
-Bierzcie broń! – Rozkazał Ira samemu biorąc do ręki zaklęte berło. – Wolę nie ryzykować!
Nudes nis'a pudes!
Emblemat użytkownika
Powsinoga
 
Wiadomości: 640
Dołączył(a): Pn paź 18, 2004 8:58 pm
Lokalizacja: Z sinej dali...

Wiadomośćprzez Februs » Pt lis 12, 2004 7:13 pm

- Do diabła! Zbliżają się! - krzyknął Witteran - Do broni! Do broni!
Gnomy natychmiast pomknęły do armat. Jeden z nich wspiął się na bocianie gniazdo chwytając lunetę. Statek zbliżał się z zadziwiającą szybkością do nich. Armaty były już gotowe do wystrzału i Witteran to zauważył. Machnął ręką na pozwolenie ostrzału. Rozległ się dźwięk najbardziej przypominający wybuch, gdy z dużych metalowych rur wystrzeliły ciężkie metalowe pociski. Gdy były już 50 metrów od okrętu przeciwnika to... zatrzymały się i ku zdziwieniu całej załogi ruszyły w kierunku statku gnomów. Na ich wielkie szczęście pociski chybiły.
-, Co to było?! - zawołał piskliwym głosem jeden z goblinów.
- Patrz - powiedział Rithis wskazując dłonią na zarys jakiejś postaci na okręcie - to był najpewniej mag.
- Rithisie! Zrzuć na nich rój meteorów! - zawołał Witteran - Ten magik ich nie zatrzyma! - dodał.
- Dobry pomysł! - potwierdził paladyn. Wypowiedział parę słów i z nieba spadło kilkanaście meteorów. Z dużą szybkością leciały ku wrogiemu statkowi. Rozległ się głośny huk po którym rozpoznać można było że wrogi okręt nieźle oberwał.
- Dob...
Ale gnom nie dokończył, bo w statek uderzyła ogromna kula armatnia. Zrobiła wielką dziurę w podłodze na wylot, z której zaczęła tryskać woda. Statek powoli tonął.
- Aaaaa!!! Cholera jasna! Toniemy! Opuścić szalupy dodatkowe! - wykrzykiwał Ira. Wszyscy biegali po okręcie ze strachem tylko Rithis zachował zimną krew.
- Opuścić szalupy!!! - krzyczał
Ale już nic nie mógł poradzić, gdy w okręt uderzyła kolejna kula. Ten cios kończył sprawę. Statek złamał się na dwie części. Rithis nigdzie nie widział towarzyszy, więc rzucił na siebie czar, który pozwalał oddychać pod wodą, schwycił torbę z jedzeniem i wskoczył do wody z dużym pluskiem. Starał się płynąć szybko. Przepłynął mniej więcej 10 kilometrów i chciał się wynurzyć z wody jednak uderzył głową o coś. Była to mała łódka rybaka. Paladyna ogarnęła uciecha, bowiem skoro pływa tu sobie spokojnie rybak to ląd musi być blisko. Płynął dalej z pytaniem w głowie:, Co to był za okręt?
Emblemat użytkownika
Februs
 
Wiadomości: 411
Dołączył(a): Wt lip 20, 2004 6:11 pm

Wiadomośćprzez Arastroch. » Pt lis 12, 2004 7:36 pm

Nagle usłyszał w głowie ironiczny śmiech, po czym głos, który już znał:
- Uciekłeś... Teraz będziesz moją zwierzyną... Kapitan statku znał twoje imię i poniósł za to karę, Ty równierz musisz ponieść... Albo nie, pozwolę Ci przeżyc, ta zabawa coraz bardziej mi sie podoba...
Rithis miał coś odpowiedzieć, ale czar począł słabnąc, więc jak najszybciej dopłynął do brzegu, wyszedł z wody i zaczął wodzic wzrokiem, gdzież może się znajdowac ów statek gnomiej rodziny, a tym bardziej statek napastnika. Nie znalazł ani tego, ani tego, było to bardzo dziwne gdyż wszystko zaczeło się niedaleko od brzegu, a nie było ani mgły, ani innych okoliczności mogących wyjaśnić ten przebieg spraw.
Rithis stwierdził, że znajduje się na jednym z piaszczystych wybrzeży Leanderu, więc natychmiast odszedł gdzieś, skąd mógł się jak najszybciej dostać do Drimith. Stary kapitan sprzedający łodzie w porcie powiedział, że jest satek, który wypływa tam za piętneście minut, więc pobiegł we wskazana stronę i zastał tam statek i jednego z majtków, który sprzedawał bilety. Rithis kupił jeden i wszedł na niego nie patrząc na majtka. A ten, wręcz przeciwnie, wpatrywał sie w niego dziwnym wzrokiem, bacznie sledził jego kazdy ruch, kiedy kapitan zakrzyknął, aby wszyscy wsiedli do łodzi, ten też wbiegł i pojawił się na swoim stanowisku.

Rithis w końcu znalazł się w Drimith, chciał jak najszybciej działać, więc postanowił...


(chyba tyle wystarczy, nie chce mi sie dawac podglądu, ile tego jest)
Arastroch.
 
Wiadomości: 219
Dołączył(a): So lip 17, 2004 9:33 pm

Wiadomośćprzez Powsinoga » Pt maja 27, 2005 11:00 pm

...odpocząć, i namyślić się.
Zmęczony był tymi wszystkimi klątwami, nadwzyczajnymi wypadkami i nadprzyrodzonymi mocami z którymi przyszło mu się zmierzyć. Po zadaniu, którego się podjął spodziewał się raczej walki ze strażnikami grobowców, aniżeli z demonami, które, zdawałoby się, zostały przecież pokonane właśnie za sprawą artefaktu, którego poszukiwał. Spacerował powoli brzegami morza i wpatrywał się w zachodzącą, czerwoną tarczę słońca. Niezbyt wiedział, jak dalej zabrać się do dzieła. Co czynić dalej? Niewiele przychodziło mu do głowy. Jedynym rozsądnym na razie posunięciem wydawało mu się zatrzymać w miejscowej gildii paladynów, tam dopocząć, poszukać wsparcia i rady. Wielka szrama na udzie, która mu została po upadku z burty tonącej "Hogi" przez cały czas dawała piekącym bólem znać o sobie. Nie mógł sobie na dalsze działanie niczym jeździeć bez głowy.

Noc nad Tolarią była piękna - na nieboskłonie mrugały raźno gwiazdy, niemal każda z nich przynależąc do różnych gwiazdozbiorów i konstelacji o imionach bohaterów, bogów, bestii i przedmiotów. Jedna z nich nawet nie tylko mrugała jak opętana a nawet wirowała po ciemnym niebie, potrącając po drodze inne, była to "Gwiazda Albiego", którą można było zobaczyć tylko raz w roku. Gildia była o tyle łatwa do zauważenia, iż nie tylko posiadała znaki zakonne na ścianach i sztandarach, ale i była urządzona o wiele skromniej niż inne, postawne, zdobne gotyckie budowle miasta. Paladynów nazbyt wielu w Drimith nie było - była to kraina sprytnych gnomich magów i kraasnoludzkich wojowników. I to też odbijało się na przepychu, a raczej jego braku, budyku gildii, który urządzony był nader skromnie. Rithis załomotał do drzwi. Otworzył mu krasnolud w prostej, jasnoszarej tunice, z opaską na oczach. Slepiec zdawał się być jednak o wiele lepszym strażnikiem, niżby mogło się zdawać, od razu zdał się usłyszeć, że nadchodzący jest albo półelfem, elfem lub też hobbitem. Zapytany, po czym to poznał, odpowiedział:
- Jakby człowiek się skradał, to bym cokolwiek usłyszał, zanimby zapukał.
Rithisowi stary krasnolud przydzielił w gildii pokój, i obiecał, iż z rana będzie już mógł zasięgnąć wiedzy i wszelkiej pomocy jego towarzyszy, a na razie niech wypocznie. Znaczna część ekwipunku Rithisa nadawała się do wyrzucenia. Buty i odzież były podarte. W kołczanie brakowało strzał, zresztą cięciwa pękła i trzeba było założyć nową. Nie wspominając już o plecaku który diabli wzięli, i Rithis dziękował w duchu bogom, że miał na tyle rozumu, by schować tak ważną dla siebie księgę w osobnej sakwie, którą przymocował do paska dodatkowym rzemieniem. Następnego dnia zamierzał skorzystać z pomocy krasnoludzkich kowali, których umiejętnościami szczyciła się Tolaria.

Mistrz gildii paladynów w Drimith był półkrasnalem nad wyraz sędziwym, o długiej, srebrnej brodzie spływającej mu kaskadami na pierś. W oczach malowała się odwaga, mądrość i pokora. Paladyni z Drimith zdawali się Rithisowi jacyś dziwni, jacyś inni. Nie dumni, nie odziani w złote, szamerowane zbroje, nie składający po świętych wendetach wielkich, spektakularnych ofiar bogom w najwspanialszych świątyniach. Wielu z nich miało za sobą ciężkie przeżycia, wielkie cierpienia, porażki życiowe i upokorzenia. Okazało się, że ślepy strażnik nie stracił bynajmniej źrenic w jakiejś walnej bitwie - była to kara wymierzona mu za zbrodnie. Zbrodnie, które teraz postanowił odpokutować jako paladyn w Drimith. Mistrz zaś słuchał w uważnym milczeniu wszystkigo, co młody paladyn miał mu do powiedzenia. Ten zaś wspomniał o dziwnej klątwie, o swych poszukiwaniach i kłopotach w nich, nie wspomniał jednak nawet słowem o tym, co miał wspólnego z mrocznymi siłami. Obawiał się, że jednak nerwowi krasnoludowie i ludzie z wyspy zaraz za takie coś buchnęliby go na stos. Mistrz odrzekł ze spokojem:
- Dawno nie mieliśmy kontaktów z towarzyszami broni z Leanderu. Ale z chęcią ci pomożemy. Wiem, czego szukasz, i wiem jak konkretnie ci pomóc. Miejsce gdzie miała miejsce bitwa nie jest znane, i znane być nie może. Ale w sprawie wielkich wyładowań mocy wśród piekieł można się poradzić... a raczej wykraść wiedzę, choć tego określenia nie lubię od... tak, przyjacielu, tą wiedzę można zdobyć w Wieży Demonologa!
- Że też o tym nie pomyślałem... ale Edgarlon, i inne iluzje i zwidy...
- Demony być może nie zostały całkowicie. My tutaj, w Drimith mamy aż za często do czynienia z Baatezu, ot choćby tymi służącymi naszemu bogu. Jeśli wtedy poniosły klęskę, będą lizać rany i czekać na możliwość powrotu. Jeżeli odzyskasz ów artefakt, który umożliwił Nesersowi zwycięstwo, nawet kosztem własnego życia... będziemy być może w stanie zniszczyć zło ostatecznie.
- To niemożliwe! - Warknął niewidomy krasnolud - Zresztą dopóki żyje cokolwiek, czy to ludzie, czy krasnoludy, zawsze będzie istnieć też z nimi zło. To nieuniknione.
- Nie bluźnij, krasnoludzie.
- Ma on trochę racji, mistrzu. Zresztą... nie jestem jeszcze rycerzem! Nie jestem gotów na aż tak odpowiedzialną misję, miałem jedynie odzyskać artefakt z powrotem dla Zakonu.
- Nie żądam nieczego ponad twoje siły. Zaopatrzymy cię w broń, damy towarzyszy, w grupie na pewno lepiej sobie poradzicie. Niestety, jesteśmy nieliczni. Jedyny, który na razie może cię wesprzeć w wyprawie to nasz przyjaciel.
- Zdaj się na mnie, Leanderczyku. Zobaczysz, że osądzając mnie po czymś więcej, niż po wyglądzie i wzroku...
Tolerancja i szacunek. Rithis miał nadzieję, że jednak nie za cenę własnego życia.

Rithis spiął siwka na którym przyszło mu jechać ostrogami. Za nim w siodle siedział nie nadający się na jeźdźca krasnolud, nie utyskujący jednak jak większość krasnoludów, lecz z pokorą przyjmując niewygody podróży. Paladyni mieli na sobie hartowane pancerze, młoty przedniej krasnoludzkiej roboty, które w ich rękach miały być też świętymi gromami przeciw złu. Na białych płaszczach jeźdźców widniały złote słońca i czerwone krzyże. Nie posiadali do tych prostych białych odzień i pancerza żadnych więcej ozdób. Krasnolud, którego Rithis zwał w myslach "niewiludem", bowiem jego imienia nie było mu dane poznać miał też na plecach dwa ognistomiedziano-czarne puklerze, które "miał wykorzystać, gdy na to przyjdzie pora".
- Widzę, że spotkają nas wielkie niebezpieczeństwa, przyjacielu. I wyjdą one z serca rozdartego między dobrem, a złem.
- Wybacz, krasnoludzie, ale jak mogłeś to ujrzeć, skoro nie masz oczu? Czyżbyś był...
- Tak. Widzę to czego inni zobaczyć nie mogą, choć za to nie ujrzę na oczy tego, co mogą ujrzeć inni. Dlatego mam ci towarzyszyc w tej wyprawie w poszukiwaniu bram piekieł.
Jechali dalej, niebo było bezchmurne, a słońce przygrzewało raźno, pomimo groźby i niebezpieczeństwa do serca Rithisa znów weszła paladyńska odwaga.
Nudes nis'a pudes!
Emblemat użytkownika
Powsinoga
 
Wiadomości: 640
Dołączył(a): Pn paź 18, 2004 8:58 pm
Lokalizacja: Z sinej dali...


Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron