Zagubiony Szlak

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

Co sądzisz o tym opowiadaniu?

Ankieta wygasła So paź 07, 2006 12:00 am

Dobre.
5
71%
W sumie może być, choć mogłoby być dużo lepsze.
1
14%
Kiepskie.
1
14%
 
Liczba głosów : 7

Zagubiony Szlak

Wiadomośćprzez Aerion » Śr wrz 06, 2006 12:09 am

Był spokojny, letni wieczór, zapadał zmierzch. Midgaard powoli ogarniały ciemności. Ludzie spokojnie rozchodzili się do domów, przekupki składały swe stragany, mieszkańcy przygotowywali się do snu. Sprzątacze kończyli już powoli zamiatanie ulic, straż miejska za niedługo miała zmienić się z nocnymi patrolami. Tymczasem w świątyni grupka podróżników dyskutowała roześmianym tonem:
- Santero, naprawdę nie musisz być taka niemiła - powiedział z uśmiechem półelf odziany w habit mnicha.
Młoda elfka odwróciła się i obrzuciła go nieprzychylnym spojrzeniem.
Elf w niebieskiej szacie wstał od stołu, na którym leżały resztki warzyw i pieczonego skrzydła smokowca.
- Oj, przestańcie już - powiedział rozbawiony. - Lepiej zjedzcie jeszcze, przed nami długa droga.
Mówiąc to wypowiedział słowa zaklęcia, a na stole natychmiast pojawiło się pięć gofrów w obfitej czekoladowej polewie.
- Aerion, skosztuj. Domowa robota - powiedział z uśmiechem mag.
Półelf zjadł trochę i popił, po czym wstał od stołu.
- W porządku, dosyć tego jedzenia. Jeśli chcemy dotrzeć do Zamku Skadara przed świtem, musimy się sprężać.
To mówiąc zawołał na leżącego w kącie sali rycerza:
- BOFUR! Wstawaj, leniu! Wyruszamy w drogę!
Wojownik powoli podniósł się z ziemi, przecierając zaspane oczy.
- Azazel, to już wszyscy? - Półelf zapytał maga.
- Tak... chyba wszyscy. A więc ruszamy!
Gdy opuścili świątynię, było już całkiem ciemno.
Elfka zapaliła pochodnię, która zaświeciła jasnym płomieniem.
Szli tak przez wyludnione ulice miasta, gdy ich uwagę przykuła ciemna postać, zmierzająca szybkim krokiem w kierunku zachodniej bramy.
- Aerion... widziałeś... on przez nią przeniknął! - powiedział wojownik.
Półelf spojrzał na niego z tuszowanym niepokojem.
- Nie... zdawało ci się. Idziemy dalej.
Strażnik bez słowa otworzył bramę, sprawiał wrażenie, jakby nic się nie stało, co nieco uspokoiło grupkę. Wędrowcy wkroczyli w prastary, ciemny las, zwany Haon Dorem. Drzewa rosły blisko siebie, gdzieś w oddali zabrzmiało głuche wycie. Santera wzdrygnęła się mimowolnie.
- Spokojnie, Sanciu. To... to był tylko wilk - uspokajał ją mag.
- Wilk... tutejsze wilki są podobno całkiem spore. - mruknął Aerion.
Skręcili w boczną odnogę, kamienie chrzęściły im pod stopami.
Gdzieś daleko słychać było szmer jakiegoś strumienia, co utwierdziło ich w przekonaniu, że znajdują się niedaleko gór. Podniesieni tym faktem na duchu przyspieszyli kroku, nie zważając na wystające korzenie ani kamienie, co raniły nogi. Nagle elfka potknęła się i przewróciła, prawie staczając się ze stoku.
- Santero! Daj mi rękę! - Aerion pomógł jej wstać.
Spojrzeli w dół, zobaczywszy tam małą jaskinię w skale, a przed wyjściem rozsypane kości małych zwierząt. Wszyscy czterej ostrożnie zaczęli posuwać się w górę, potem jednak ścieżka zboczyła nieco w dół i na lewo. Skręcili w tym kierunku, nie widząc innej drogi. Stopniowo teren zaczął się zmieniać: lasy były teraz jaśniejsze i bardziej przejrzyste, było też znacznie mniej kamieni. Po pewnym czasie wyszli na małą polankę, na której postanowili chwilkę odpocząć.

[koniec odcinka pierwszego]
Ostatnio edytowano Cz wrz 07, 2006 12:01 am przez Aerion, łącznie edytowano 4 razy
Emblemat użytkownika
Aerion
 
Wiadomości: 90
Dołączył(a): So maja 06, 2006 7:46 pm

Wiadomośćprzez Aerion » Śr wrz 06, 2006 7:39 pm

***
Siedzieli jakiś czas na polance, wypoczywając. Bofur rozpalił ognisko, na którym upiekli kiełbaski, zakupione na rynku w Midgaardzie. Polanka była otoczona gęstym borem, w którym pobrzmiewały różne dziwne odgłosy.
Aerion chrząknął zdenerwowany:
- Azazel, przytłum nieco ogień. Kto wie, co może przyciągnąć ognisko w tej okolicy...
Gdy już odpoczęli, zaczęli rozglądać się wokoło. Mimo ciemności odnaleźli stromą ścieżkę prowadzącą na dół. Noc była ciemna, bezksiężycowa. Na niebie nie było też widać żadnych gwiazd, jedynym w miarę dobrze widocznym punktem orientacyjnym były oddalone, słabe światła Midgaardu, po chwili jednak i one znikły przysłonięte lasem. Schodzili dość szybko, nie zbaczając z wijącej się serpentynami ścieżki. Gdzieś w oddali zabrzmiał nagle głuchy pomruk, zwiastujący nadchodzącą nawałnicę. Aerion spojrzał z niepokojem w niebo.
- Nadciąga burza. Azazel, mógłbyś jakoś wpłynąć na pogodę? Nie chciałbym przywitać Skadara mokry i w podartym ubraniu.
Mag podrapał się w zamyśleniu po czuprynie.
- Mmm... nie za bardzo. To wymagało by dużo czasu i mocy, a ja jestem osłabiony wędrówką.
- No cóż... w takim razie, lepiej byśmy szybko poszukali sobie schronienia.
Zaczęli szybko schodzić w dół, na czele szedł Aerion, podpierając się na swej magicznej lasce. Reszta z trudem nadążała, wytężali jednak wszystkie siły - perspektywa nocy w lesie, w czasie szalejącej burzy, nie była zbyt kusząca. Mimo ich wysiłków, nawałnica była coraz bliżej, na świat spadły już pierwsze krople deszczu. Nagle Aerion przewrócił się, i zaczął zjeżdżać w dół po śliskiej ścieżce. Reszta podążyła jego śladem, i wszyscy czworo upadli na miękkie poszycie, będące niemal jedyną wysepką zieleni wśród ciemnych granitowych skał. Bofur powstał pierwszy, jako że był najzwinniejszy i najbardziej wysportowany. Po nim podniósł się Aerion, dalej Azazel i Santera.
Mnich złapał się za obolałą głowę.
- No, wspaniale... w co myśmy się wpakowali...
Że jednak siedzenie na odkrytym terenie nic by nie dało, postanowili wejść do znajdującej się obok jaskini. Z jej wnętrza ziało niesamowitym chłodem, a ciemności były tak gęste, jakby można było je kroić nożem.
- Santero, tu będzie potrzebna nam twoja pomoc. Bez światła nie mamy szans na jakiekolwiek poruszanie się w tej grocie, czy co to tam jest.
Santera wypowiedziała kilka słów zaklęcia, po czym wzięła do rąk oczyszczający ogień, który rozjaśnił mrok jaskini. Zobaczyli teraz, że jest ona zbudowana z wszechobecnych granitów, jej wnętrze zdobi wiele stalaktytów i stalagmitów. Tym razem pierwsza szła Santera, niosąc światło. Wąskie tunele jaskini rozwidlały się we wszystkich kierunkach, ze sklepienia kapała woda.
- Nooo... to teraz... ence pence... dobra, chodźmy w lewo - Aerion próbował zażartować, choć widać było wyraźnie, że jest zdenerwowany i sobie nie radzi. Skręcili w prawo i szli tym tunelem kilkadziesiąt minut. Nagle zza zakrętu wyłonił się siwobrody, niski starzec, po którym widać było krańcowe wyczerpanie.
- Nie idźcie dalej... zawróćcie... też kiedyś przybyłem tu tak jak wy... zbłądzicie w tunelach lub Oni was zabiją...!
To mówiąc starzec zwiesił głowę na kolanach, i skonał.
- Oni? Jacy oni? - próbował się dopytywać roztrzęsiony Aerion.
- Daj spokój, Aer. On nie żyje - powiedział spokojnym głosem Azazel.
Aerion próbował jeszcze potrząsać ciałem, w końcu jednak sobie odpuścił.
- Oni... o kim on mówił... nie rozumiem...
- Aerion, chodźmy już. Schroniliśmy się tu przed burzą, sam widzisz jednak, że tu się nie da siedzieć, a co dopiero odpoczywać. Musimy iść tym tunelem aż do jakiegoś poszerzenia jaskini - Bofur przeszukał ciało i wyjął z niego mały, srebrny sztylet.
- Może się przyda... - mruknął.
Zaczęli dalej iść korytarzem, który zakręcał, to w górę, to w dół, to w prawo bądź lewo. Strop był coraz niżej, tak że wysoki Azazel o mało nie uderzył się głową. Po pewnym czasie musieli już iść w zgarbionej pozycji.
Nagle, jakby za podmuchem silnego wiatru, płomień zgasł.
- Wiatr? W podziemiach? Dziwne rzeczy się dzieją... boję się... - powiedziała ściszonym głosem Santera.
- Spokojnie, to na pewno da się logicznie wytłumaczyć. Zobaczysz, wszystko będzie dob...
W tym momencie usłyszeli mrożący krew w żyłach wrzask, który przypominał ryk tygrysicy, rzucającej się na ofiarę.
- Aerion! - krzyknęła Santera - Ja chcę już wracać, proszę, pozwólcie mi wrócić!
- A wracaj... jeśli masz ochotę na podróż sama, w ciemnościach...
Szli dalej, ich źródło światło nie było w stanie w pełni rozproszyć ogarniającego ich mroku... Nagle świat zawirował i z ciemności wyłonił się trakt. Ich oczom ukazały się monumentalne budynki, wybudowane w jakimś makabrycznym stylu. Na środku "miasta" znajdowało się wzgórze, na którym wznosiła się potężna, mroczna twierdza.
- Na Lama... Miasto Duchów! - wyjąkała Santera i padła zemdlona na ziemię.
Emblemat użytkownika
Aerion
 
Wiadomości: 90
Dołączył(a): So maja 06, 2006 7:46 pm

Wiadomośćprzez Aerion » Cz wrz 07, 2006 9:42 pm

***
Bofur wyszedł w poszukiwaniu wody, i znalazł trochę w podziemnym źródle. Wkrótce Aerion i Azazel ujrzeli go nadchodzącego z małym wiaderkiem napełnionym wodą. Aerion odciął mieczem kawałek materiału od swej szaty, po czym zwilżył go wodą z wiadra. Azazel przetarł nim czoło Santera, która wkrótce zaczęła odzyskiwać przytomność.
- Gdzie... gdzie jesteśmy? Ach, to to okropne miejsce... pomóżcie mi wstać. Mag podał jej rękę, i wkrótce wszyscy trzej skręcili w wąską ścieżkę okalającą miasto. Aerion szedł z przodu z Azazelem, pośrodku Santera, a Bofur osłaniał tyły. Obdarzony tak niewdzięcznym zadaniem wojownik ciągle oglądał się za siebie. Doszli tak do niewielkiego wzgórza, z którego był dobry widok na całe Miasto Duchów. Tylu potworności wędrowcy nie widzieli nigdy. Na środku miasta było ogromne skrzyżowanie, na którym dostrzegli jakiś wirujący biały obłok, Aerion powiedział, że to Widmo - strażnik miasta, postawiony tu przez moce
piekielne. Mniejsze punkty na ulicach to byli prawdopodobnie nieumarli mieszkańcy miasta, jednak z tej odległości nie było widać ich wyraźnie. Nagle ujrzeli błyszczącą w ciemnościach parę czerwonych oczu, i po chwili z mroku wyłonił się wampir - wartownik. Długie, białe kły wystawały mu z ust, cała jego twarz była śmiertelnie blada. Wampir rzucił się do ataku, próbując przebić pazurami zbroję Bofura. Mithrilowa kamizelka była jednak nad wyraz wytrzymała, i przez moment tarzali się po ziemi, próbując zabić drugiego. Azazel wypowiedział kilka słów i wampir wyleciał nieco w powietrze, opadając z głuchym łomotem na skałę, gdzie Aerion dobił go magią lodu. Ciało krwiopijcy rozpadło się w proch.
- No tak... idąc przez te okolicy możemy się spodziewać wielu jego braci... - powiedział Bofur.
Reszta w ponurym milczenia potrząsnęła głowami.
Szli teraz dalej skryci pod czarem niewidzialności.
- Musimy znaleźć jakieś wyjście stąd, inaczej będziemy błądzić tu przez wieczność i dołączymy do zjaw, które zamieszkują to miasto - powiedział Aerion.
- Taak, gadać to każdy może... - zamruczał pod nosem Azazel.
Po jakichś piętnastu minutach marszu ujrzeli przed sobą marmurowe schodki, prowadzące w dół jakby do jakiegoś tunelu.
- Jeśli się nie mylę, ten szyb, tunel, czy co to tam jest, przebiega tuż pod Miastem Duchów. Wygląda na nie używany. Przejście nim daje nam szansę w miarę bezpiecznego ominięcia Miasta i być może znalezienia jakiejś drogi... być może - powiedział Aerion.
- Ech... zważywszy że nie mamy innego wyboru, pomysł całkiem niezły - uśmiechnęła się Santera.
Weszli do ciemnego, zakurzonego tunelu. Wejście było zakurzony i pokryte pajęczynami, widać, nikt tu dawno nie zaglądał. Azazel szedł na przedzie, trzymając promyk światła, i jednocześnie czujnie się rozglądając. Tunel biegł monotonnie w głąb ziemi, ciągle w tym samym kierunku. Ściany były spękane i gruz walał się po podłodze. Panująca tam cisza była wręcz uciążliwa. Pod sufitem zawieszonych było pełno nietoperzy. Santera zwróciła uwagę na jednego z nich, który powoli sfrunął na ziemię przed nimi. W tym momencie oślepił ich niesamowity błysk, a gdy z powrotem otworzyli oczy, mieli przed sobą półnagą wampirzycę. Jej strój składał się tylko ze spodni uszytych z jakiegoś dziwnego, nieznanego materiału. W ręku trzymała mały sztylet.
- Kim jesteś?! - wykrzyknął zdenerwowany Aerion.
- Sss... Nikt poza mymi braćmi i siostrami nie zna mego prawdziwego imienia. A teraz słuchajcie: Wtargnęliście tam, gdzie nie powinno was być. To nie jest miejsce dla śmiertelników. Zawróćcie, albo zginiecie w męczarniach. Każdy zostanie pozbawiony życiodajnego płynu i zawiśnie w próżni, zawieszony pomiędzy życiem, a śmiercią. Staniecie się jednymi z mieszkańców tego miasta - bezrozumnymi gulami, nie wiedzącymi co z sobą począć. Zawróćcie, albo zemsta wampirów was nie minie!
To powiedziawszy, wampirzyca znikła w białym obłoku. Aerion spojrzał na drużynę. Wszyscy byli bladzi jak ściana, nie mogli wykrztusić ani słowa.
- Cóż... nie damy się zastraszyć. Obiecaliśmy, że się zjawimy u Skadara i dotrzymamy słowa. A teraz, drodzy przyjaciele, naprzód! Nie straszny nam mrok, nie straszna nam śmierć. Nic sobie nie robimy z gróźb dzieci nocy. Za mną!
Emblemat użytkownika
Aerion
 
Wiadomości: 90
Dołączył(a): So maja 06, 2006 7:46 pm

Wiadomośćprzez Aerion » Śr sty 10, 2007 11:40 pm

Łatwo ci mówić... - powiedział z wątłym uśmiechem Azazel, ale poszedł za mnichem. Pozostali udali się ich śladem. Miejsce, w którym byli, raczej nie nadawało się na wiosenny piknik. Czarne, jakby wypolerowane ściany sprawiały nieludzkie wrażenie, które potęgowały jeszcze padające na nie cienie przedmiotów. Po jakimś czasie zauważyli pod ścianą zbielały szkielet jakiejś istoty. Bofur podszedł bliżej i obejrzał go, zbielały.
- Ten szkielet... ma na sobie pelerynę z jakimś znakiem... Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że gdzieś już widziałem podobny...
- Pokaż, obejrzę to - odpowiedział Azazel.
Mag podniósł rąbek peleryny i wyszeptał, jakby się namyślając:
- To runy... starodawne znaki, nie widziano takich w Leanderze od czasów pojawienia się kata... Tu jest napisane... TZM, specjalny wysłannik.
Wszyscy umilkli. Pierwszy podniósł głos Aerion.
- Cóż... to okropne i w ogóle, ale miało miejsce wiele lat temu. Zdaje się, że lepiej będzie, jeśli stąd pójdziemy.
Azazel zaoponował.
- Czekaj, wydaje mi się, że coś jeszcze widzę. Tak... to mapa! Pokruszona i zmurszała, ale mapa Miasta Duchów, sporządzona przed wielkimi zmianami w Midgaardzie. Przy odrobinie wprawy uda mi się ją odcyfrować.
Wszyscy od razu nabrali ducha. Posługując się mapą znalezioną przy szkielecie podchodzili powoli w górę tunelu. Nagle zrobiło się ciutkę widniej. Rozejrzeli się i zobaczyli podziemne góry, poprzecinane wąskimi kanonami. Za sobą zostawili teraz Miasto Duchów, skąpane w upiornym blasku latarni. Z miejsca, gdzie stali, rozchodziły się trzy drogi:
mroczny trakt do miasta za nimi, droga na wschód, oraz wąska ścieżka prowadząca na wzniesienia. Po chwili zastanowienia wybrali ścieżkę w góry, jako że na mapie biegła w pobliżu wyjścia na wolną przestrzeń.
Po kilku minutach marszu byli już porządkie zmęczeni, ostre kamyczki wrzynały im się w obute lekkimi chodakami stopy, a na dźwięk upiornych krzyków, dochodzących z oddali, włosy stawały im dębem na głowie. Ścieżka zakręcała odrobinę na wschód, a po jej bokach pojawiły się duże, ciemne kamienie.
- Uch... kręci mi się w głowie, a na dodatek nie wpływa na mnie zbyt dobrze atmosfera tego miejsca - rzekł Bofur. - Napiłbym się nieco wody...
- Wody? Obawiam się, że w tym miejscu może być skażona. Ale po co ja jestem magiem? - mówiąc to Azazel ruchem ręki wyczarował magiczna źródło, które pozostało przez chwilę w powietrzu, a potem z głośnym chlupotem opadło na skały. Bofur zaczął łapczywie pić wodę, która okazała się równie smaczna jak te z najlepszych rzek, płynących wśród zielonych łąk Vergardu.
Po krótkim odpoczynku znów zaczęli piąć się w górę. Aerion, idący na przedzie, pierwszy dostrzegł wielkie rumowisko kamieni.
- Hm... Azazel, sprawdź na mapie... tak, to jest to miejsce. Obawiam się, że nasze wyjście zostało ZASYPANE!
- Tak, i to chyba dosyć dawno temu - odpowiedziała Santera, badając kamienie.
Bofur nie mógł się pogodzić z brakiem wyjścia. On to jako najbardziej przywykł do zielonych łąk i lasów, a ich brak wpływał na niego miażdżąco.
- Musi... musi być... to niemożliwe...
- Obawiam się, że jednak - rzekł ściszonym głosem Aerion. - I lepiej nie lamentuj tak głośno, Bofurze, bo wydawało mi się, że coś słyszałem.
Teraz słyszeli już wszyscy. Cichy, miarowy szelest oraz lekki stukot, jak buty na wysokiej podeszwie uderzające w coś twardego. Odgłosy nasiliły się, a po pewnym czasie zza zakrętu wyłoniła się wysoka postać, od której biła aura grozy. Wampir podszedł bliżej, po czym bez ostrzeżenia wypowiedział kilka słów i wyciągnął przed siebie ręce. Bofur zachwiał się, po czym upadł. Aerion natychmiast wyciągnął miecz i krzyknął:
Waopumia habrapuma!
Ostrze rozjarzyło się, a z jego czubka poszybowały ku wampirowi jasne płomienie. Azazel skoczył do upiora i dobił go, wbijając mu kołek w serce.
- Bofur, ocknij się, nie ma czasu! - Santera mówiąc to oblała twarz nieprzytomnego strumieniem wody.
- Nic mi nie zrobił... tylko mnie trochę zamroczyło - odpowiedział wojownik.
Zebrali się i cała czwórka pobiegła ścieżką na spotkanie z nieznanym.
Wszyscy dostrzegli przed sobą czarne wrota, które wyglądały tak, jakby żadna śmiertelna broń nie mogła ich w najmniejszym stopniu uszkodzić.
Znajdowali się przed znienawidzoną fortecą wampirów, Barad Noss.
Wysoko w górze, pod jej wieżami, krążyły dwa ożywione smoki, powołane do życia przez najpotężniejszych czarnoksiężników. Postąpili kilka kroków, pragnąć ominąć to miejsce, ale wtedy brama nagle się otworzyła, a na zewnątrz wybiegło kilka zakapturzonych postaci z obnażonymi mieczami.
- Nie chcieliście słuchać.... teraz... zginiecie... - rozległ się upiorny, porażający do głębi kości głos.
Aerion, Azazel, Bofur i Santera ustawili się i wyciągnęli broń, gotowi do odparcia ataku. Dowódca grupy wampirów zaatakował Aeriona mrocznym płomieniem, a ten zablokował atak tarczą z lodu, po czym sam zaatakował, rzucając wampirem o wielką bramę budynku. Obok Azazel walczył z wampirzym czarnoksiężnikiem, którego wkrótce pokonał, a Bofur z dwoma agresywnymi wampirami. Jednego z nich wkrótce ciął mieczem w serce, drugi natomiast rzucił się na rycerza całym ciężarem ciała. Azazel wypowiedział kilka słów, po czym wampira odrzuciło, ale Bofur doznał ciężkich obrażeń ciała. Santera walczyła z jakimś potężnie zbudowanym upiorem, który, nie mogąc wygrać, rzucił się jej na szyję.
- SANTERA!! - krzyknął Aerion. - Nie!
Ściana ognia obróciła wampira w popiół. Santera leżała na ziemi bez zmysłów.
- Ugryzienie wampira... zostało nam niewiele czasu - stwierdził trupioblady Aerion.
- Z tego co wiem, około dziesięciu godzin na dotarcie do Skadara... - powiedział Bofur.
- Śpieszmy się więc. Wyjście jest zablokowane... ale warstwa kamieni nie wygląda na głęboką. Gdyby udało nam się wytężyć wszystkie siły...
Udali się pod gruzowisko kamieni, przesłaniające wyjście, niosąc nieprzytomną Santerę.
- Dobrze... to ciężkie zaklęcie... ale powinno się udać - rzekł Azazel. - Na moje słowa... ravander wail...
- Ravander wail!
Potężny strumień światła rozjaśnił na krótką chwilę mrok podziemia. Okolicą wstrząsnął ogromny huk, który rozniósł się aż do bram Miasta Duchów.
Wielkie kamienie zadrgały i posypały się, a białe światło dzienne wdarło się do tej zapomnianej krainy. Bofur wybiegł z okrzykiem radości na górę po głazach, pozostali poszli jego śladem. Aerion szedł na końcu, niosąc ranną Santerę. Rozejrzeli się, mrugając oczami. Przed nimi znajdował się jakiś ogromny masyw, daleko na horyzoncie widzieli Midgaard, a na północ od nich, częściowo ukryty za górą, leżał Zamek Skadara.
- Nareszcie! I pogoda nam dopisuje, spójrzcie, jakie słońce! - powiedział Azazel.
- Musimy teraz dostarczyć Santerę do uzdrowicieli, a potem będziemy mogli nareszcie odpocząć w przytulnych zamkowych komnatach - Aerion uśmiechnął się.
Pełni nowych sił szli pod górę. Po upływie pół godziny byli przed bramami zamku. Skadar przyjął ich bardzo serdecznie, wbrew pogłoskom o jego porywczej naturze, wysłuchał wszystkiego, co mają do powiedzenia, a swym klerykom nakazał zająć się Santerą, która wkrótce wróciła do zdrowia i tylko czasami zachowuje się trochę dziwnie, patrząc na przykład na krwisty stek...
Emblemat użytkownika
Aerion
 
Wiadomości: 90
Dołączył(a): So maja 06, 2006 7:46 pm


Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

cron