Februsowa Opowieść

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

Februsowa Opowieść

Wiadomośćprzez Februs » Wt paź 24, 2006 6:23 pm

Cóż... wypada coś powiedzieć, więc nie zamierzam wracać do Laca (może tylko pod tym nickiem), ale w każdym razie postanowiłem napisać ten temat. Czytając moje wcześniejsze [wiadomości?] zreflektowałem się jakim byłem głupcem, nie wykluczam, że teraz nie jestem, ale co prawda poprawiło mi się. W związku z tym chciałbym przeprosić wieeeelu forumowiczów za zaśmiecanie forum i obrażanie ich, jednak co się stało już się nie odstanie. Szkoda, że nie ma tu opcji usuwania własnych postów; chętnie bym skorzystał. Ale do rzeczy.

Postanowiłem przeczytać komentarze "Srebrnych Płomieni" i moich wcześniejszych "dzieł"... muszę przyznać, że niemal wszystkie były słuszne, a moje bluzgi nie, cóż, trudno, ale postanowiłem wrzucić swoje najnowsze opowiadanie tworzone na podstawie opowiadania Derthena - mojego fake konta ;], zrobiłem coś w stylu remake'a, ale z ciut zmienioną fabułą. Mam nadzieję, że się spodoba, liczy 11,2 stron, więc wątpię, by ktoś przeczytał całe, ale cóż. Miłej lektury.

Rozdział I

Ciężkie krople deszczu rozpryskiwały się na bruku i dachach domostw. Północny wicher hulał po okolicach, niczym potwór z pomocą grzmotów uderzających niemal co chwilę. Żywioły pokazywały swój gniew z potężną siłą. W przyrodzie toczyła się zażarta walka, która równała niebo z ziemią.
W mieście nazywanym Ennan niektórzy z ludzi skrytych w zacisznych domach modlili się o udobruchanie przyrody. Ulice ziały pustką, zdarzało się, że pędem przebiegł jakiś robotnik zmierzający do karczmy lub do domu, bądź sługa wysłany do rzeźnika, albo kowala z pilną sprawą. Nieważne, kto wyszedł ze schronienia – pędził przed siebie, aby umknąć sile żywiołów. Jedynie kilku bezdomnych żebraków siedziało na ulicach w żałosnym stanie. Nawet strażnicy przestali wypełniać swe obowiązki. Podróżnicy, którzy zawędrowali do Ennan pierwszym, co zrobili było znalezienie karczmy, która tego dnia była zapełniona zarówno mieszkańcami miasta, jak i wędrowcami. Gospoda składała się z dużej sali wypełnionej stolikami. Na prawo od wejścia znajdowała się lada, za którą stał zwykle właściciel karczmy. Z reguły miał do zaoferowania pełno trunków, a nawet jedzenie. W dalszej części pomieszczenia, przy lewej ścianie znajdował się buzujący ogniem kamienny kominek, na którym wisiała tarcza z godłem królestwa. Za podłogę służyły mocne, nienagannie czyste dębowe deski. Z drewna dębowego powstały również krzesła i stoły oraz beczki z najchętniej kupowanym napojem – piwem. Reszta rzeczy wskazywała na sosnę. Nieopodal kominka były schody prowadzące do wynajętych pokoi, kilka kroków dalej wisiał gobelin przedstawiający króla z nadworną służbą, a przy obrazie stał średniej wielkości stół, przy którym siedziało kilku zakapturzonych podróżników. Jeden, siedzący na brzegu wyraźnie coś mówił, a reszta starała się go słuchać. Był odziany w ciemny płaszcz, jednakże bez kaptura. Twarz nieznanego wskazywała na elfowe pochodzenie, ale zarost i długie, brudne włosy wręcz przeciwnie – wędrowiec musiał być półelfem. Górował nad kompanami, a szczególnie nad jednym, odzianym w brązową szatę i kaptur – prawdopodobnie mieszanki człowieka z niziołkiem. Pozostali musieli być ludźmi, ale stan ich ciemnego odzienia wskazywał na doświadczenie w bandyckim rzemiośle.
- Posłuchajcie. Takiej ilości drogocennych rzeczy, ani złota w życiu nie zaznaliście, otwiera się przed wami szansa, która się nie powtórzy, uwierzcie…
Jeden ze słuchaczy głośno prychnął
- Februs, czy ty naprawdę uważasz, że w ogóle się tam dostaniemy? – powiedział słuchacz
- Tak – odpowiedział ktoś nazwany Februsem – Tak, uważam, że umiemy przejść kilka bezpiecznych dróżek i zabić gada machnięciem ręki, Garlanie
- Naprawdę? Widocznie nie wiesz, co to znaczy wędrowanie po lasach wypełnionych wilkami i innymi bestiami – odrzekł Garlan – Poza tym, wojna nadal trwa, czyż wróg nie mógłby uznać nas za szpiegów i zabić?
Februs nie odpowiedział od razu. Odgarnął włosy z czoła, poprawił kaptur i odpiął zapinkę z podróżnego płaszcza rozejrzawszy się naokoło.
- Jestem magiem i to w dodatku bitewnym, a wy zapewne wiecie co nieco o wojaczce. Co prawda, nie magicznej, ale macie miecze, to wystarczy. Potwora zabijemy raz-dwa, mówiłem już, że mam do tego odpowiedni zwój magiczny. Jesteś złodziejem, więc żadna okazja nie jest dla ciebie nierealna…
- Złodziej wie, kiedy się wycofać – mężczyzna wyraźnie ściszył ton – A może chcesz zaprowadzić nas na śmierć i samemu uciec? To w twoim stylu. No i zanim zdążysz unicestwić smoka, on zetrze cię na pył!
- A mam cię kiedyś zetrzeć na pył w ciemnej uliczce?! – zdenerwował się mag – Ja wierzę w powodzenie, bo jestem bardziej doświadczony od ciebie, ale jeśli nie chcesz iść, to nie idź, proszę bardzo, ale nie będziesz miał udziału, a gdy się kiedyś spotkamy, nie miej mi za złe, że nie umrzesz śmiercią naturalną
Złodziej lekko się zmieszał
- Nie, chcę iść, po prostu mówiłem…
- Dobrze, więc milcz – przerwał półelf stalowym tonem i zwrócił się do reszty – Posłuchajcie. Jeśli nie chcecie iść, pozwalam, ale to się stanowczo nie opłaci. Więc powiedzcie teraz, jeśli nie chcecie wziąć udziału w akcji.
Zapanowała cisza.
- W porządku. Teraz czas na zaplanowanie drogi
Po wypowiedzeniu tych słów, Februs wyjął i rozłożył na stole mapę kontynentu. Wskazał palcem na krainę o owalnym kształcie opatrzoną napisem „Królestwo Neall”.
- Tutaj się znajdujemy. A tutaj – mówiąc to powiódł palcem przez kilka sąsiednich krain i zatrzymał się przy górach Pandok – musimy dojść.
Odezwał się milczący dotąd członek bandy.
- Cóż, na początku będzie łatwo, ten długi trakt prowadzi przez kilka miast Neallu, gdzie z reguły można się zatrzymać, ale tu… – wskazał ręką na kreskę oddzielającą królestwo od innej krainy - …jest granica ziem Orandów. Te cholerne szlachetnej krwi elfy mogą nas zabić za brzydki wygląd, a już na pewno nie przepuścić. Jak to sobie wyobrażasz, Februsie?
- Widzisz te lasy wiodące przez Orand? Przekroczymy przez nie granicę, a po tym zboczymy na brzegi, gdzie jest mniejsze prawdopodobieństwo spotkania leśnych zwierząt. Te elfia arystokracja jest wybitnie głupia, przez co z pewnością nie wpadnie im do tych szlachetnych łbów, że ktoś może się przekradać przez ich lasy – odrzekł mag podkreślając skrzywieniem ostatnie zdanie – Są jeszcze jakieś przeszkody, Dervand?
- Tak. Następne ziemie, które przemierzymy to egzotyczne lasy, w których czają się różne niebezpieczeństwa, zaczynając od lwów i mieczogłowów kończąc na tamtejszych plemieniach małpoludów. To nie będzie sielanka, nieprawdaż?
- Owszem, nie – powiedział Februs – Jednak nie będziemy urządzać sobie spacerku przez tą dżunglę. Pójdziemy terenami pustynnymi i skręcimy górskiego miasta Arnelouis. Uzupełnimy zapasy, opróżnimy kilka kieszeni tamtejszych obywateli i wybierzemy najkrótszą drogę do gór Pandok. Potem dostaniemy się do smoka, unicestwimy go, zabierzemy skarby i do końca życia będziemy pławić się w bogactwie. Na szczegóły przyjdzie pora w Arnelouis, na razie jesteśmy w tym miasteczku i musimy przeczekać noc. Zaczekajcie tutaj, kmioty.
- Zamknij mordę! – rzucił za nim Garlan.
Półelf odszedł od stołu i zaczął iść do lady. Nie razy kogoś potrącił i potknął się o upuszczone kufle piwa, lub tobołki. Zagadał do karczmarza i dowiedział się co nie co o pobliskich okolicach. Zamówił pokój na noc dla swojej bandy i skierował swe kroki ku schodom, wszedł do pokoju, po czym omiótł go wzrokiem. Pomieszczenie miało przyjemny wygląd, kolor mebli z ciemnobrązowego przechodził łagodny kolor mahoniu. Łóżka wyglądały na względnie wygodne, wręcz zachęcały by się na nich położyć. Februs jednak nie zamierzał udać się na spoczynek. Podszedł do okna i zaczął zeń spoglądać na rozżarzone przez błyskawice niebo, które, mimo iż nie było jeszcze wieczoru, nabierało powoli coraz ciemniejszych odcieni koloru niebieskiego. Burza ucichła, zaczął padać rzęsisty deszcz łagodząc ból świata po burzy…

- Zbudźcie się! – zawołał mag do śpiących towarzyszy
- Co u licha?... – mruknął wyraźnie rozdrażniony Dervand
- Nie szczędziłeś sobie piwa, co? – powiedział Februs kręcąc głową – Dzisiaj czeka nas wyjątkowa ciężka droga. No dalej, wstawajcie, bo podniosę was kopniakami
Zaspani i dręczeni przez alkoholowego kaca bandyci musieli wstać w wyjątkowo złym humorze.
- Ej, Menah – zwrócił się Garlan do rosłego kompana – Mamy wszystko?
- Czekaj, sprawdzę – odpowiedział basem Menah i jął przeszukiwać tobołek – Hmm… nie ma tej srebrnej statuetki wilka, ale to chyba nic ważnego…
- Cóż, jedna statuetka nie jest problemem zważając na to, jakie bogactwa uwolnimy z jarzma smoka! – rzekł Februs
- JEŚLI uwolnimy – powiedział cicho Garlan ze złowrogim błyskiem w oku.
Kiedy zamierzali już wyjść, karczmarz zatrzymał ich z pretensjonalnym tonem.
- Panowie, panowie, gdzie złoto za pokoje i napitek?! – krzyknął
Jeden z bandytów rozejrzał się, błyskawicznym i niezauważalnym ruchem wyjął sztylet, po czym przyłożył go mężczyźnie do gardła.
- Posłuchaj – powiedział – Jeśli chcesz należycie długo pożyć, musisz udawać, żeś nas na oczy nie widział… - po tych słowach, Arvan wykonał lekki ruch dłonią, przez który na szyi gospodarza powstała niewielka rana, z której zaczęła sączyć się krew.
- Daj spokój, Arvanie, to da się załatwić szybciej – rzekł Februs i odepchnął kompana. Mruknął coś w niezrozumiałym języku w efekcie czego, na jego dłoni poczęły się wytwarzać niewielkie wyładowania elektryczne rozjaśnione niebieskim światłem. Mag skierował rękę w kierunku karczmarza i wykonał taki ruch, jakby chciał czymś w niego rzucić. Wyładowania elektryczne zbiły się w kulę i odłączyły od półelfa. Zaklęcie skierowało się ku ofierze i ugodziło ją prosto w twarz. Gospodarz zachwiał się pod wpływem czaru i opadł na stolik patrząc przed siebie błędnym wzrokiem.
- Tak, o to mi chodziło, idziemy – po wypowiedzeniu tych słów, Februs wyszedł z budynku. Spojrzawszy na tabliczkę dowiedział się, że karczma nosi nazwę „Pod Złotą Grzywą”. Rozmokły grunt wręcz uginał się pod ich nogami, a na śliskim bruku kroki stawiał każdy niepewnie.
- Posłuchajcie, musimy się rozdzielić, ja, Menah i Garlan pójdziemy uzupełnić zapasy, a Februs i Arvan… opróżnijcie kilka sakiewek, dobra? Ale uważajcie, aby nie wpaść w łapy strażników – odezwał się Dervand
- W porządku, spotykamy się przy ratuszu… a raczej przy największym raju złodziei – uśmiechnął się ironicznie Februs.
Półelf rozejrzał się; przed ratuszem był plac pełen bogatych i nieco mniej obywateli, z których większość była ludźmi, jednakże chadzało też tam kilku krasnoludów i elfów. Na środku umieszczona była fontanna rzeźbiona ze stali, sprawiała miłe wrażenie błyszcząc na słońcu. Dookoła niej rosły barwne kwiaty, wyglądały na sprowadzone z Południowych Krain i pielęgnowane przez wytrawnych ogrodników. Gdzieniegdzie stały rzeźby i ławki. Plac sprawiał wrażenie bardzo zamożnego miejsca w porównaniu do niektórych części miasta.
- Usiądźmy na jakiejś ławce, może znajdziemy wzrokiem jakiegoś bogacza… - powiedział Arvan z błyskiem w oku; to miejsce było rajem dla złodzieja. Februs odparł mu skinieniem głowy i usiadł, czujnie wypatrując ofiary. Miejscowa ludność nosiła ubrania dość skromne przez brak materiału, jednakże ich wypchane po brzegi sakwy rzucały się w oczy. Spojrzenie maga spotkało się z wylęknionym wzrokiem jakiegoś niskiego i tęgiego człowieka z wodnistymi oczami.
- Poczekaj, zaraz wrócę – szepnął cicho Arvanowi, ledwo poruszając ustami
Wstał z ławki i zaczął wodzić wzrokiem za ofiarą, jednocześnie wypatrując bocznych uliczek, do których można by zepchnąć grubasa. Kilkanaście minut podążania za tłustym obywatelem dało efekty, mężczyzna niepewnym krokiem zszedł do obskurnej uliczki. Februs unikał jego spojrzenia, starał się iść w cieniu, ale gdy dojrzał szansę powodzenia, rozejrzał się wokół i wepchnął grubasa między stare, niszczejące budynki. Wepchnął mu knebel do ust, przyłożył sztylet do gardła i syknął:
- Dawaj całe złoto!
Nie czekając na reakcję obywatela, oderwał mu z pasa kilka ciężkich sakiewek. Przeszukał go, po czym silnym uderzył kolanem w brzuch mężczyzny. Grubas zgiął się i przyjął silne uderzenie w twarz, osuwając się na ziemię. Mag usatysfakcjonowany wyszedł z ciemnej ulicy na jasny plac.

Rozdział II

- Argh! Żebym to ja go zauważył, wycisnąłbym z niego dwa razy tyle złota. No, ale cóż… masz pewność, że przeżył? – powiedział Arvan, po wysłuchaniu Februsa
- Nie wiem. I szczerze mówiąc nie obchodzi mnie to, ważne, że…
- Ależ to powinno cię obchodzić, miej nadzieję, że przeżył, bo tutejsi magowie wiele potrafią…
- Dobra, dobra – mruknął rozdrażniony półelf – Załóżmy, że przeżył, od dwóch marnych uderzeń się nie umiera, zwłaszcza z takim sadłem…
W tej chwili nadeszli pozostali, Menah niósł tobołek i dużą torbę, Garlan taszczył na sobie pokaźny pancerz, zaś Dervand kroczył dumnie na przedzie z przypasanym długim, błyszczącym i pełnym ozdób mieczem, ukradzionym jakiemuś wojowniczemu arystokracie.
- Co tak długo? – zapytał Arvan oglądając z pewną zazdrością łupy kompanów
Dervand w odpowiedzi chwycił bogato zdobiony miecz i pogładził jego ostrze ze słowami:
- Patrz na to cacko… tego nie robi się w kilka chwil, a Garlan zdobył niezłą zbroję. Tego dnia jakiś mężny wojownik zostanie pozbawiony męstwa, hihihi.
- O jedzeniu rzecz jasna, zapomnieliście, tak? – spytał kręcąc głową Februs
- Nie… kupiliśmy zapasy na jakiś czas, ale będziemy musieli nadrabiać polowaniem. Na szczęście lasy Neallu są zapełnione zwierzyną – odparł Dervand
Zapadła cisza, podczas której Februs przeglądał chwilę zawartość podręcznego plecaka. Wyjął jakąś kartkę, otrzepał ją pieszczotliwie z kurzu, uśmiechnął się sam do siebie i schował ją.
- Czas ruszać w drogę – powiedział Menah.

Nie musieli długo błądzić po mieście; plac był położony niedaleko bramy miasta. Gdy przechodzili, strażnik zaczepił ich.
- Uważajcie, idąc Kamiennym Traktem możecie dojść do wiosek pogan i niewiernych! – ostrzegł
Mag uśmiechnął się kpiąco i odszedł bez słowa. Towarzysze poszli za nim.

- Droga nazwana przez strażnika Kamiennym Traktem powstała z głazów i kamieni ułożonych w nadzwyczaj gładką powierzchnię. Przewodziła ona przez złociste pola, które niemal błyszczały w słońcu – był środek lata. Na horyzoncie, gdzie kończyły się pola, zaczynały się wrzosowiska i nieużytki zapełnione przez pienie i suche kawałki drewna. W okolicy mieściło się kilka spróchniałych lasów, jednakże i one miały niedługo zakończyć swoje żywoty. Idąc Traktem można było ujrzeć także małe grody i fortyfikacje należące najpewniej do pogan i wygnańców. Każdy kupiec omijał je z daleka. Kamienny Trakt kończył się dopiero w fortecy nazywanej Zamkiem Senorph, gdzie zmierzamy. Podróż tam nie jest zbyt urozmaicona; fortecę otaczały łyse wrzosowiska, łąki i nieużytki. Gdzieniegdzie wznosiły się dymy z ludzkich osad, czasami wznosiły się dachy nieco większych budynków, jednak większość okolicznych terenów była pusta. Tak się to przedstawiało, przynajmniej, kiedy ja ostatnio tam byłem – opowiedział Arvan towarzyszom, gdy wypoczywali przy rzece po kilku godzinach znojnego marszu
- Czeka nas naprawdę SUCHA wędrówka – podsumował Dervand.
- Nie ma po co głupio tkwić w miejscu, dziś musimy przejść kawałek drogi – rzekł Februs i sprawdziwszy stan ekwipunku wstał, po czym ruszył w kierunku Traktu.
Gdy rozpoczęli wędrówkę Kamiennym Traktem, zaczęło zachodzić słońce. Zaczęła panować wieczorna cisza, każdy krok na drodze rozlegał się echem, wręcz niepokojącym. Krajobraz malujący się przed podróżnikami bił monotonnością, niemalże cały czas rysowały się nieliczne drzewa, puste wrzosowiska, łąki, lub dalekie, małe lasy. Niebo miało niesamowity kolor ciemnej pomarańczy przechodzącej w jasną czerwień. Februs z natury uwielbiał takie widoki, więc zwolnił nieco kroku, by wchłonąć oczami te codzienne zjawisko. Po kilku kwadransach podróży zapadł mrok, księżyc i gwiazdy zagościły na wieczornym niebie. Ziąb opanował ciała wędrowców.
- Dobrze byłoby rozpalić niedaleko Traktu jakieś ognisko… - powiedział Menah
Zeszli z drogi i znaleźli dogodne miejsce. Wyjęli okrycia, przygotowali miejsce na rozpalenie ognia. Gdy Februs postanowił użyć do tego celu magii, Arvan zauważył:
- Mamy mało drewna… zbyt mało by utrzymać płomienie kilka godzin.
- Pójdę trochę przynieść, może przy okazji jakieś kamienie dla bezpieczeństwa – odparł Dervand i ruszył w ciemne wrzosowisko. Po chwili jednak przybiegł i zziajany zgiął się w pół, opierając ręce na kolanach. Po kilku pospiesznych oddechach, wydusił:
- Gonił mnie potwór…
Gdy Februs dobył miecza, a inni poszli za jego śladem, półelf rzekł stanowczo:
- Prowadź.
Ruszyli truchtem przez pole, aż ich oczom ukazała się drewniana chata i jakieś stworzenie. Poruszało się na czterech nogach, z jej karku wyrastały kolce, pysk był dziwnie spłaszczony. Pazury na łapach były niesamowicie długie i wyglądały na ostre. Kreatura miała posturę wielkiego wilka. Na ich widok wydała dziwny jęk połączony z warczeniem. Zgięła tylne kończyny i skoczyła prosto na Dervanda, który wykazał się refleksem i uskoczył na bok.
Arvan kilkoma susami znalazł się przy bestii i natarł na nią sztyletem. Siła ataku okazała się niedostateczna, złodziej nie wyrządził potworowi większej krzywdy. Februs stanął naprzeciw zwierza i machnął ostrzem zza głowy, ale stwór zdążył wykonać unik. Półelf odważnie ponowił atak; kopnął zwierzę prosto w pysk. Menah wykorzystał dezorientację potwora i z dużym impetem ugodził go. Siła uderzenia była duża, więc zwierz zachwiał się i próbował uciec, jednak Dervand z zamachu obciął głowę przeciwnikowi i zwycięsko wbił miecz w ziemię. Mag podniósł łeb kreatury, obejrzał go.
- To amd, dosyć groźna bestia. Amdy są jadalne, ich skóry mają sporą wartość – stwierdził – Mieliśmy szczęście, że nic nam się nie stało, podobno dużo myśliwych legło u łap tego ludożercy. Ale…
Urwał mu gwałtowny huk otwieranych drzwi. Z chaty wyszedł staruszek niosąc pochodnię i siekierę. Z rykiem skoczył przed siebie i zaczął wymachiwać toporkiem. Widocznie wiedział, że przed jego domem grasował potwór, ale miał zamknięte oczy. Februs skoczył ku niemu i zabrał mu broń. Nieznajomy nadal nie otwierał oczu. Zaczął się przeraźliwie wierzgać.
- Oddawaj mi mój oręż, bestio! – wrzasnął
- Uspokój się, starcze – rzekł półelf rzucając siekierę na dalekie wrzosowiska
Starzec przez chwilę znieruchomiał, ale potem znowu zaczął krzyczeć
- BANDYCI! Oddaj mi moją broń! Walczmy jak mężczyźni!
Wszyscy zaczęli się śmiać
- Uspokój się, staruszku! Jesteśmy zmęczonymi podróżnikami i szukamy dachu nad głową. Dlaczego nie otworzysz na nas oczu?
- Jestem nazywany Ślepym Pustelnikiem, utrzymuję się z ziół, z których robię leki i sprzedaję je w Senorph, jestem elementem przyrody i władcą wrzosowisk, to wszystko, co jest istotne, by wiedzieć o mnie wszystko, jednakże ja o was nic nie wiem, przedstawcie się…
- Mówiłem już, jesteśmy podróżnikami – żachnął się mag – Ale cóż, nazywam się Februs, a to są moi kompani, wędrujemy w nieznane, ku spełnieniu, aby…
- Milcz! – przerwał starzec – Wiem, że łżesz, ale pozwolę tobie i twym towarzyszom przenocować pod moim dachem. Wejdźcie i nie wychodźcie w nocy, bo zapewne będzie ulewa. Odwdzięczyć się będziecie mogli jutro.
Dom Ślepego Pustelnika okazał się mały, ale suchy i zaciszny. Podróżnicy spędzili tam noc, rankiem starzec obudził ich. Wyraz jego twarzy jawnie objawiał lekką zgryźliwość.
- Pomogłem wam – rzekł – Więc wy pomożecie mi. Zbierzcie kilka łodyg lenoasu, tuzin kwiatów renhalii i worek liści aphemy. Musicie zdążyć zanim dzień objawi się w pełnej krasie, wtedy matka ziemia skryje te rośliny… ruszajcie
Arvan wstał bez słowa i ruszył ku wyjściu, jego podręczna sakiewka ze złotem wydawała się nieco cięższa, najwyraźniej ograbił dom z dóbr. Reszta kompanii nieco się ociągała.
- Przecież nawet świtać nie zaczęło… a my mamy się wyrywać ze snu i szukać jakiegoś zielska?!
- Ku sprawiedliwości powinniście tak zrobić! – zagrzmiał Ślepy Pustelnik
- Ku sprawiedliwości, niech piorun w ciebie strzeli, żmijo – powiedział z ironicznym uśmiechem Dervand.
Po krótkiej chwili rozległ się głuchy dźwięk uderzenia pięści, staruszek upadł nieprzytomny na podłogę. Po jego upadku, ukazał się stojący za nim Garlan. Zaciskał pięść, na jego ustach tlił się lekki śmiech. Zgiął palce, kostki strzeliły tak głośno, że dźwięk tego rozległ się złowrogo po całym pomieszczeniu. Februs, widząc to, zmrużył lekko oczy i pokręcił głową.
- Musimy ruszać, przed nami jeszcze długa wędrówka Traktem – mruknął.
Świat powitał ich wschodzącym słońcem i śpiewem ptaków. Byli zaprawionymi bandytami, więc niegodziwe czyny nie ciążyły im serca, więc widok budzącej się ziemi dodał im otuchy. Zaczęli podróżować wzdłuż traktu, dom Ślepego Pustelnika stawał się coraz mniejszym punktem w oddali. Gdy zniknął zupełnie, zauważyli, że słońce zaczynają przysłaniać chmury, ciemne, ponure i deszczowe. Mimo to, postanowili iść dalej. Doszli do spokojnej, acz bardzo szerokiej rzeki. Kamienny Trakt nie urywał się przy niej, wręcz przeciwnie, uniósł się nieco w górę tworząc most.
- Co to za rzeka? Nigdy nie słyszałem o takich barierach w okolicy – powiedział zdziwiony Dervand.
- Tutejsi nazywają tą rzekę Wodą Zwycięstwa, dlatego że, podczas wojny z barbarzyńcami z południa, których armia wielokrotnie przewyższała liczebnością wojsko legendarnego Adjesa rzeka była o wiele potężniejsza – Adjes wykorzystał to i ustawił swe siły tak, aby zepchnąć przeciwnika do rzeki. Ta strategia doprowadziła do śmierci najlepszych wodzów barbarzyńców przez niezbyt liczną i mało znaczącą armię. Podobno wodne stwory wyłoniły się z głębin i zabrały parszywców ze sobą do wodnych komnat na wieczne tortury, ale to legendy wpajane ludziom przez szarlatanów… - rzekł Dervand
- W każdej legendzie jest coś z prawdy, dlatego lepiej jak najszybciej stąd iść – odparł Menah i przeszedł przez most
- „Każdy most jest szczęśliwy” jak to mówią w Senorph – mruknął Februs i ruszył za towarzyszem.

Rozdział III

Jeśli na początku Kamienny Trakt był szeroki, stopniowo, wraz z dystansem zaczął się zwężać. Na początku nie było to zauważalne, jednakże po pewnym czasie kompani nie mogli iść w równej linii, droga zmuszała ich do przerwania tego szyku. Po pokonaniu kilkunastu mil, Trakt stał się pospolitą ścieżką, nadal jednak pięknie wykonaną. Wędrówka mogłaby przebiegać szybko, gdyby nie rażące słońce, które kaleczyło swymi promieniami wszystko, co żywe. Ciemne ubrania bandytów skupiały na sobie uwagę gorąca, dlatego też wartki dotychczas marsz stał się powolnym człapaniem Trakcie niczym przemierzanie pustyni. Dervand, któremu wszystko doskwierało podwójnie, przystanął i usiadł pośrodku drogi.
- Nie mogę iść dalej – wysapał – Pragnienie i zmęczenie zbyt daje się mi we znaki… wy także niedługo poczujecie śmiertelność w waszych ciałach… nie mogę iść… dalej…
- Głupcze – rzekł Februs kręcąc głową – Wykrzesz z siebie, choć odrobinę męstwa, a zostaniesz nagrodzony odpoczynkiem. Nikt z nas na ciebie nie poczeka, to nie jest zabawa, lecz długa podróż najeżona niebezpieczeństwami.
Garlan prychnął.
- Mówiłem to wcześniej, ale nikt jakoś nie chciał mnie słuchać – powiedział cicho pod nosem. Nikt nie usłyszał.
- Pokrzep się kilkoma łykami wody, ale uważaj, bo nie jest jej dużo – półelf wyjął z tobołka bukłak i rzucił go w stronę Dervanda. Ten złapał i pociągnął z niego tęgi łyk, po czym wstał napełniony nową energią.
Po dwóch godzinach podróży, wszyscy zaczęli się słaniać ze zmęczenia i pragnienia. Przed oczami majaczyły się im złociste, lecz suche pola. Krople potu rozmazywały wzrok, złowieszczo błękitnie niebo ze słońcem w zenicie stanowiło w tych chwilach wroga wszystkiego, co żywe. Równina ciągnęła się wręcz w nieskończoność ku czystemu horyzontowi rozżarzonego do białości.
- Parę bezpiecznych dróżek… - zakpił Garlan potykając się o kamienie
- W jakim kierunku idziemy, do diabła?! – zirytował się Arvan – Chyba nie na Południową Pustynię?!
- Spokojnie. Zmierzamy na wschód, na górskie szczyty Pandok – odparł Februs
- Skoro idziemy w stronę gór to powinno być coraz chłodniej, nieprawdaż?! A ja się czuję jakbym płonął żywcem! – krzyknął złodziej – Garlan miał rację, mogliśmy zostać w Ennan i odciążać z sakiewek tamtejszych bogaczy! A teraz smażymy się tutaj i nie wiemy czy będzie z tego jakiś zysk, czy w ogóle przeżyjemy. Spójrz przed siebie; nic więcej niż jakieś zboże niebo – a Trakt ciągnie się dalej. Śladu żywej duszy tutaj nie ma, zapewne na ziemia skrywa szkielety nieszczęśników takich jak my, musimy…
- Zamilcz – przerwał mag i wspiął się na wysoki, wystający z ziemi kamień. Owionął wzrokiem okolicę. Na jego facjacie przebywał wyraz skupienia, po chwili zaś zagościł lekki uśmiech.
- Chwalcie czujne oczy elfie. Kilka mil stąd zaczyna się cienisty las… oraz źródło, rzeka. Musimy tam dojść przed zmrokiem, zdaje mi się, że stamtąd nie jest już daleko do Senorph. Ruszajmy, w imię śmierci króla – dodał ironicznym tonem.
Dobre nowiny napełniły ich ciała nową energię, szli różnie, jeden szybko, drugi truchtem, jednak każdy do jednego celu. Otoczenie się zmieniało, pola były coraz rzadsze, teren łagodnie spadał w dół i na horyzoncie pojawiła się widoczna dla każdego sylwetka lasu. Zdążyli tam dojść przed zachodem słońca. Ku zdziwieniu wszystkich, kamienny trakt ciągnął się przez ściółkę, niezabrudzony, pozbawiony skazy. Wzdłuż niego rosło wiele sosen, które dawały kojący cień i schronienie podczas nocy. Stojąc na skalnej platformie, można było stwierdzić, że las położony jest między pagórkiem, a pagórkiem, niczym fontanna wciśnięta pomiędzy dwie ruiny. Na małej polance otoczonej drzewami pluskała czysta rzeka. Wędrowcy bez wahania pobiegli ku niej i zaspokoili pragnienie. Februs przemywając ogorzałą twarz wodą, zauważył na dnie niewielki kryształ. Schwycił go i pospiesznie włożył za pazuchę, po czym odszedł w drzewa szukając schronienia przed podejrzliwym wzrokiem Garlana, a także chciwymi spojrzeniami Arvana. Gdy znalazł się poza zasięgiem towarzyszy, postanowił obejrzeć diament. W świetle przenikającym zmieniał barwy, to na kolor czerwony, fioletowy, niebieski, żaden jednak nie był żywy. Mieniący się w świetle klejnot wprawił półelfa wręcz w zdumienie, które przemknęło przez jego umysł jak wartki potok zamieniając się w myśl.
- Jeśli w Senorph położona jest gildia magów, to może będą coś o tej zabawce wiedzieli – powiedział uśmiechając się do siebie, podrzucając kryształem. Spoczął on w kieszeni Februsa, który postanowił wrócić do kompanów. Już z daleka mógł dostrzec czujne i podejrzliwe oczy Garlana, który wypatrywał maga od chwili, gdy on się oddalił. Dlatego też, gdy zauważył jego powrót, rzucił:
- Gdzieś był?
- Szukałem innego źródła – skłamał krótko
- Słuchajcie, musimy tutaj spędzić noc, nie ma sensu wędrować w ciemnościach, tym bardziej w zimnie rodem północy, musimy zregenerować struchlałe siły, podróż tymi terenami to ciężkie wyzwanie. Nie łudźcie się nadziejami, że gdy nasze nogi doprowadzą nas do Senorph, będzie to połowa wędrówki – przemawiał Menah – Przeciwnie, to tylko mały ułamek czekającej nas drogi, niedługo Kamienny Trakt się skończy, albowiem czujne oczy mogą dojrzeć stąd twierdzę, która jest blisko, ale Pandok nadal skrywa się przed nami, ciężko zliczyć mile, które nam do niego zostały, zatem nie możemy zwlekać. Tutaj spędzimy noc, bowiem te pustkowie mnie i was zapewne totalnie wykończyło
- Co do tego to nie mam nic przeciwko, znużenie też daje mi się we znaki – rzekł Dervand zdejmując ciężkie buty
Arvan już szukał sobie dogodnego miejsca do snu pomiędzy korzeniami drzew. Garlan opierał się o buk ignorując otoczenie i patrzył tępo w przestrzeń. Februs po raz kolejny wyszedł z gąszczu zieleni i otoczył wzrokiem najbliższe otoczenie. Śledził pojawianie się w mroku jasnych plam – gwiazd, które odganiały od siebie czerń jednocześnie się z nią bratając, kierując swe twarze ku Wielkiemu Ojcu – księżycu. Oświetlał on cały Neall, łącznie z małym lasem, śpiącą kompanią i czuwającemu magowi, stojącego niczym głaz, rzeźba zapomnianych królów imanych przez magiczne jasności. Februs, który wbrew pozorom był magiem wykorzystującym swe zdolności do niecnych celów, krył w sobie ziarno szlachetności i odwagi, które w chwilach samotności, napełnione radością chciało kwitnąć, jednakże zawsze zostawało stłumione przez bandyckie instynkty i ironiczny sposób bycia półelfa.

Następnego dnia pogoda przedstawiała się nieco lepiej, upał był mniej dotkliwszy, a od czasu do czasu zawiał lekki wiatr. Podróżnicy zjedli w pośpiechu posiłek i ruszyli ponownie w drogę. Nowe siły i lepsza pogoda podwoiła ich prędkość, więc po niedługim czasie Trakt zaczął podnosić się w górę, a niektórzy z lepszym wzrokiem widzieli zarys Senorph. Kiedy słońce uniosło się do zenitu, nawet Menah mógł spostrzec potężne wieże i mury fortecy, podczas gdy inni widzieli już bramy twierdzy. Wraz z dystansem roślinność szybko zmieniała się na górskie kosodrzewiny, kwitnące dellasy, a także karłowate jodły rosnące na podołkach skalnych półek. Uprawy i gładka ziemia się zakończyła, a zaczęło twarde, skaliste podłoże. Podróżnicy wspięli się na osłoniętą przed wiatrem i słońcem zimną skałę. Okazało się, że w ich butach grzechocze pełno kamieni, a obolałe stopy niosą ślady wielu kroków po wystających głazach. Zatrzymali się na niespełna dwa kwadranse zajmując się jedzeniem i odpoczynkiem.
- Czy w Senorph można nabyć kilka koni? – zwrócił się Februs do Arvana
- Cóż, jest to górskie miasto, a raczej forteca, więc łatwo o nie wierzchowce nie będzie – odparł złodziej – Ale niedorzecznością byłby brak ich. Tutaj występują najczęściej konie zimnokrwiste o różnym ubarwieniu, najczęściej szarym, czasami białym
- Owe kolor nam nie sprzyjają, ale te pożyteczne zwierzęta są nam na gwałt potrzebne. Taszczymy ze sobą dużo kosztowności, z pewnością nie odniesiemy wielkiego uszczerbku na zakupie koni, a nasza prędkość znacznie się zwiększy. Pamiętajcie, że nie jest niemożliwe to, że smoka spotkamy martwego, dużo grasuje „zacnych i szlachetnych rycerzy” – powiedział półelf, kończąc prychnięciem.
Zapadła cisza. Chwilę potem kompania była znowu w drodze. Gdy doszli do bram Senorph, zauważyli, że mury składają się z połączonych ze sobą głazów i kamieni tak ułożonych, że wyglądały niczym mur złożony przez samą naturę. Jedynie wieże i baszty przywodziły na myśl staranną pracę budowniczych, ale całość wyglądała tak solidnie, że nierozważnym wyczynem byłoby atakowaniem tej twierdzy. Brama posiadała mechanizm pozwalający w każdej chwili ją otwierać i zamykać. Kraty zrobione zostały z żelaza, prawdopodobnie wspomaganego magicznie. Przy wrotach stał okuty w pełną zbroję strażnik dzierżący halabardę, przy pasie wisiał mu miecz; na końcu jego rękojeści widniał okrągły diament z wygrawerowaną literą S. Wartownik spojrzał z pewną podejrzliwością na przybyszy.
- Arnen lann samond nalera?- wybełkotał groźnym tonem. Wędrowcy spojrzeli na niego ze zdumieniem, Dervand mruknął:
- Czyżby zaszła tutaj rebeliancka zmiana języka?
- Nie… co za ulga, naszły mnie myśli, że jesteście najemnikami z północy… czarnym odzieniem naszło mnie wspomnienie tych potworów, jednak do rzeczy, co was tu sprowadza? – spytał strażnik obowiązującym w Neall językiem
- Forteca ta stanęła nam na drodze, nijak nie mieliśmy jej ominąć, więc postanowiliśmy przez nią przejść, a przy okazji uzupełnić zapasy – wyjaśnił nieco kłamliwie Arvan
- Pamiętajcie jednak, że jeśli zostaniecie złapani na próbie jakiegoś rozboju, nie ominie was kara, niezależnie od intencji; tutaj panują twarde prawa, jak skały, które nas otaczają, a wy musicie się przystosować. Możecie wejść.
Przeszli próg Senorph czując wszechobecnie panującą stalową wolę. Twierdza, która stanowiła także miasto, składała się z dużego placu, wokół którego stały domy, czasami wybudowane, jak i wydrążone w murach. Naprzeciw bramy, po drugiej stronie dziedzińca z muru wyrastała wysoka baszta, której szczyt górował nad skalnymi szczytami nawet w odległości wielu mil. Z odpowiedniej perspektywy Senorph musiało wyglądać majestatycznie, przywodziło na myśl górskie gniazdo gryfa. Februsowi i jego towarzyszom nie było to jednak w głowie, bowiem szybkim krokiem przemierzał on plac mijając mnóstwo straganów i domów. W powietrzu unosił się zapach świeżego chleba, a górski wiatr sprawiał, że parzące słońce nie raziło, a wręcz sprawiało przyjemność. Wokół krążyło dużo ludzi o dobrej budowie i gęstych, długich włosach, byli usposobieniem naturalnej siły ludzkiej skupionej w ciałach, które zostały przystosowane do życia w owym klimacie. Februs czuł się nieswojo, niczym cherlawy, nic nie znaczący pachołek. Wprawdzie górował on nad wieloma wzrostem, jednakże jak na półelf przystało miał szczupłą budowę, która uwydatniła się w otoczeniu silnych i szerokich ludzi, ale nie to zaprzątało mu głowę – szukał karczmy, swoistego azylu dla wszelakich wędrowców. Szedł wzdłuż placu uważnie patrząc na każdą wskazówkę, aż ujrzał przybitą do muru deskę z napisem „Pod złamaną klingą”, co ewidentnie oznaczało karczmę. Gdy przekroczył jej próg, zapach momentalnie się zmienił, poczuł znajomy zapach piwa. Reszta kroczyła ku gospodzie dość niepewnie, jednak gdy do ich nozdrzy dotarła znajoma woń, przekroczyli próg bez zbędnego wahania.

Rozdział IV

W przeciwieństwie do karczmy w Ennan, gospoda w Senorph wystrój wnętrza posiadała kamienny, można rzec, że zimny i nieprzyjemny. Ciepły, brązowy kolor posiadały jedynie deski i stoły, za krzesła służyły niewielkie kamienne słupy, które przeszywały ciało chłodem, nawet gdy znajdowały się w pobliżu kominka; owy element każdej karczmy trzaskał gorącymi płomieniami w rogu pomieszczenia. Niewielki otwór w ścianie prowadził do ciemnego pomieszczenia, prawdopodobnie magazynu, a za kamienną ladą stał barman, który nie sprawiał przyjemnego wrażenia; jego głowa była łysa, jedynym zarostem stała się długa kozia bródka nonszalancko opadająca na ladę. Mężczyzna w przeciwieństwie do Senorphczyków nie miał silnej budowy, nie mógł pochodzić z tych stron – zdradzał to jego wysoki wzrost i wręcz emanujący z niego zimny charakter. Februs zmierzył wzrokiem karczmarza i zmrużył lekko oczy, po czym podszedł do wolnego stolika. Usadowił się na kamieniu, reszta wzięła z niego przykład, a po chwili gospodarz podszedł do nich.
- Czego sobie życzycie? – spytał. Przez chwilę nikt się nie odezwał, gdyż jego głos zmroził im krew w żyłach. Dervand zaczął nieco ciężej oddychać, tylko Arvan postanowił coś odrzec:
- A co waszmość oferuje?
- Piwo, miód, także jedzenie, oraz coś więcej – odpowiedział zbyt przesłodzonym głosem ze złowrogim błyskiem w oku kończąc wypowiedź
Spojrzenie złodzieja i karczmarza spotkało się na kilka sekund, ale podczas tej krótkiej chwili Arvan zdołał dowiedzieć się czegoś bardziej niecnego o gospodarzu aniżeli podejrzany wygląd i charakter. Spuścił głowę.
- Jak brzmi twe imię? – spytał
- Nazywają mnie Arnath, jednakże wszelkie skojarzenia, co do mego imienia są złudne i nieprawdziwe – odparł
Zapadła cisza, ale tylko chwilowa, gdyż głos zabrał Menah.
- Przynieś tu kilka piw, zapłacimy wtedy, gdy będziemy opuszczać to miejsce…
- Oczywiście… - zasyczał, patrząc na Februsa, który całkowicie go ingorował
Przez całą rozmowę, mag czuł przeszywające zimno, które niemal go paraliżowało i docierało do najgłębszych części świadomości, zamrażając je. W oczach Arnatha czuł zdradliwość, podłość, a to wszystko składało się w jeden ogólny element nazywany powszechnie „złem”, które występuje jako przeciwieństwo „dobra”, przeważnie w opowieściach; półelf, jako twór doskonalszy od człowieka rozumiał że nie ma dobra, ni zła, ale żadna istota żywa i martwa nie mogła nazwać tego, co jest siłą i mocą, którą rasa ludzka nazywa dobrem oraz złem. W Arnathu była wyraźnie widoczna moc, która nie budziła do życia, ani tworzyła, bowiem niszczyła i zabijała, jakoby miecz w rękach zabójcy. Mag odetchnął z wielką ulgą, gdy gospodarz odszedł, gdyż jego dłuższa obecność potrafiłaby wręcz zamrażać serca.
- Nie podoba mi się ten człowiek – rzekł swym basowym głosem Menah.
„Cóż, on i jego stopień wrażliwości jest żałosny, a może okrywany tarczą mięśni?” pomyślał Februs.
- Ja zaś mam wrażenie jakby zamarzły mi włosy – oznajmił Dervand tarmosząc swą kędzierzawą blond czuprynę.
- Po prostu zbój z okolic – zakpił Garlan – A wyście się go wystraszyli jak straszliwego potwora. Cóż, myślałem, że bandyta bandycie bratem… ale nie warto wierzyć w takie opowiastki
Arvan milczał. Siedział zadumany, zamglonym wzrokiem spoglądając przed siebie bez chciwości w spojrzeniu. To, co powiedziały mu oczy Arnatha, uświadomiło bandycie to, co każda istota mądrzejsza od ludzkiej wyczuwała. Stare siły rządzące równowagą słabły. Zamówione piwo przyniósł jakiś młody chłopak, najprawdopodobniej najęty za marne grosze. Trunek nie miał swojskiego smaku, mimo iż był zimny, zarazem był dziwny i metaliczny, niczym karczma, w której go serwowano. Po kilku chwilach sączenia napoju, Februs podniósł się.
- Cóż, trzeba ruszać w dalszą drogę, uprzednio kupując konie. Chodźcie.
Gdy wyszli, ich oczom ukazał się zachód słońca. Przyspieszyli kroku mając oczy szeroko otwarte na każdą wskazówkę. Nigdzie nie było śladu konia, ani dźwięku jego rżenia, jednak po kilku kwadransach dowiedzieli się, że na pograniczach miasta znajduje się spora jak na te okolice stajnia. Dotarli tam biegiem, podążając za charakterystycznym zapachem końskiego łajna. Potrącali ludzi, nie raz potykali się o kamienie i przewracali. Zaczęło się już ściemniać, gdy dobiegli do zbudowanego na uboczu, drewnianego budynku. Februs skoczył do jego wrót, kiedy drogę zastąpił mu silnie zbudowany mężczyzna w średnim wieku.
- A czego mość tu szukasz? Jeśli wierzchowca, to dobrze trafiłeś. Jam jest Tomer i hoduję konie z dziada pradziada. Moje zwierzęta są najlepszej rasy w okolicy. Tylko u mnie nabędziesz wiernego towarzysza! – zagrzmiał twardym głosem
- W rzeczy samej, chcę kupić pięć koni; ciemnej karnacji, jeśli waść masz takie – oświadczył mag
Tomer otworzył drzwi, a w powietrze wdało się głośne rżenie i stukot kopyt. W nikłym świetle zachodzącego słońca pojawiło się dobrze zadbane wnętrze stajni; było tam czysto, każdy koń pasł się w oddzielnej przegrodzie. Każdy wybrał wierzchowca dla siebie, Februsowi przypadł czarny ogier. Parsknął kilka razy, zaczął się wierzgać, jak każdy koń wyprowadzany z wygodnego miejsca przez nieznaną rękę, jednak cichy i spokojny szept półelf uspokoił go. Ostatecznie wyszedł niczym potulny baranek. Reszta kompani nie poradziła dała rady tak łatwo, zwierzęta po prostu ich nie słuchały, szczególnie Dervanda, którego cierpliwość bardzo łatwo się kończyła. Po dłuższym zmaganiu Tomer postanowił, że odprowadzi konie na kilka staj od stajni.
- To będzie was kosztować… hmm… - rzekł stajenny i pogrążył się w zadumie – Tak, musicie zapłacić dwadzieścia pięć sztuk złota.
Garlan obejrzał się na wszystkie strony i sięgnął za pazuchę po sztylet, ale Februs go uprzedził – rzucił ku właścicielowi stajni sakwę ze złotem, a towarzysza lekko uderzył w ramię.
- Głupcze – syknął – Chcesz zamordować szanowanego obywatela w środku zbrojnego miasta?
- Zyskalibyśmy pięć koni bez żadnej straty, gdybyś mi nie przeszkodził – odparł on patrząc magowi złowrogo w oczy, nie powstrzymując ręki, która swobodnie myszkowała przy sztylecie, tym samym uwydatniając swe mordercze cechy. Oddech Garlana stawał się coraz szybszy, a zarazem cięższy, krew zaczęła mu pulsować i niewiadomo jakby się to skończyło, gdyby nie ogon konia; uderzył niedoszłego zabójcę prosto w twarz, co go oszołomiło.
- Cóż, skoro nawet konie przywołują cię do porządku to ja sobie to daruję – zakpił Februs starając się osiodłać swego wierzchowca
Mężczyzna nie zareagował na zaczepkę, płonąc wręcz gniewem. Starał się utrzymać nerwy na wodzy, ale były one dzikie i wściekłe – co chwilę patrzyły z gniewem na maga i spluwały na ziemię.
Po uzupełnieniu zapasów i spędzeniu nocy w gospodzie wędrowcy postanowili opuścić Senorph i zacząć wędrówkę, jednak Arvan chciał koniecznie sprawdzić jak mają się sprawy w złodziejskiej twarzy tej twierdzy.
- Potrzebne są zyski i kontakty – powiedział zsiadając z konia
- Tak, tak, ale niby gdzie mamy szukać bandyckiej kryjówki? – spytał Menah, którego niespecjalnie paliło do odłożenia wyjazdu
Rzezimieszek drwiąco się uśmiechnął.
- A myślałem Menahu, że podczas przebywania w moim towarzystwie przestaniesz być bezmyślnym osiłkiem; myliłem się jednakże radziłbym ci mi towarzyszyć, możesz oferować bandytom swą siłę, która też ma wartość
- Nie. Śmiem wątpić, że tutejsza straż jest na tyle skuteczna, aby wyeliminować każdego złodzieja – odpowiedział stanowczo
Arvan zaśmiał się w głos, po chwili śmiech przeistoczył się w groźny syk.
- Ostatni raz pozwalam chodzić po ziemi komuś, kto perfidnie mi zaprzeczył, a moje względy masz tylko z tego powodu, że jesteśmy w jednej kompani, zatem od tego momentu pilnuj swego języka.
- Uspokójcie się! – fuknął Dervand – Nie musimy oglądać tutejszych bandytów, ale i nie powinniśmy na rzezimieszków złorzeczyć, w końcu sami nimi jesteśmy… Dla mnie najlepszym rozwiązaniem byłby wyjazd z miasta. Kto jest za?
- Ja – oznajmił Februs
- I ja – mruknął Menah
Emblemat użytkownika
Februs
 
Wiadomości: 411
Dołączył(a): Wt lip 20, 2004 6:11 pm

Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość

cron