(Tytułu jeszcze brak...)

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

(Tytułu jeszcze brak...)

Wiadomośćprzez Gerino » Cz wrz 16, 2004 10:12 pm

Prolog

Piorun uderzył w drzewo, które stanęło w ogniu. Grom przetoczył się po okolicy, zagłuszając na chwilę tętent kopyt. Deszcz nie padał zbyt gęsto, jednak droga zmieniła się w bagno już kilka godzin temu. Czarna klacz wypuszczała kłęby pary z nozdrzy, jednak jeździec co i raz poganiał ją do szybszej jazdy. Za plecami słyszał coraz bliższe okrzyki ścigających go ludzi. Spod końskich kopyt bryzgała woda, ochlapując i tak mokre spodnie mężczyzny. Chwilę potem przez kałużę przegalopowało pięć kolejnych koni, każdy noszący na grzbiecie jeźdźca.
-Szybciej, do cholery! – wrzeszczał mężczyzna jadący przodem – Nie może nam uciec!
Wierzchowce jeźdźców były silniejsze niż młoda klacz uciekiniera, jednak ten miał ciągle nad nimi przewagę. Kolejna błyskawica przecięła niebo, uciekający mężczyzna obejrzał się za siebie, pogoń była nie więcej jak dwa stajania za nim. Ostro ściągnął wodze i skręcił w wąską, leśną dróżkę. Mężczyzna przywarł do końskiej szyi, w obawie o zahaczenie którejś z gałęzi. Klucząc wśród lasów, których nazwy nie ma na żadnej ludzkiej mapie, uciekał. Stopniowo odgłos pogoni wydawał się cichnąć, by w końcu umilknąć zupełnie. Jeździec zwolnił tempo i spokojnym kłusem jechał na północ. Ponad lasem zaczęły wyłaniać się ośnieżone szczyty gór.

Wschodnie niebo nabierało już krwistoczerwonej barwy, gdy wyczerpany koń doczłapał się do małej chaty, zbudowanej z grubych bali. Mężczyzna zeskoczył, czy raczej spadł z kulbaki i odprowadził konia do malutkiej stajenki. Sam udał się do chaty i rozpalił ogień w kominku. Nie czuł zimna, jak zresztą wielu innych rzeczy, ale nie chciał, by ubranie zamarzło na nim. Mokre i lodowato zimne łachy powiesił tak, by wyschły ogrzewane ogniem, udał się na strych i natychmiast zasnął na twardym i wąskim łóżku.

Minęło kilka dni; mężczyzna jak co wieczór zszedł na dół. Z zaspy na zewnątrz wyjął kawał mięsa, następnie upiekł je nad ogniem.
-Kurwa, jak ci ludzie mogą to jeść – mruknął żując mięso – jak tak dalej pójdzie, to po mnie.
Z obrzydzeniem mężczyzna rzucił niedojedzoną porcję w ogień i podszedł do niewielkiej skórzanej torby, która stała na stole. Wyrzucił zawartość na ziemię i zaczął ją przeglądać. Wśród niezliczonej ilości flaszek, pudełek i podróżnej aparatury alchemicznej znalazł małą buteleczkę z ciemnozielonego szkła. Nie miała żadnej etykiety, ale mężczyzna wiedział co zawiera. Alchemik nie kłamał – pomyślał mężczyzna – a przynajmniej mam nadzieję. Powoli otworzył buteleczkę i powąchał zawartość.
-Rumianek i mięta… Cholera, nawet nie wiem, z czego to draństwo jest. – mruczał pod nosem sięgając po złoty puchar. Wlał do niego zawartość buteleczki i dopełnił czerwoną cieczą z innej. Zamieszał patrząc, jak ciecze łączą się z sykiem. Podniósł puchar na wysokość ust i powiedział:
-Kurwa, co ja robię? – spytał sam siebie i wychylił całą zawartość kielicha. Przed oczami zobaczył czerwone plamy, czuł jakgdyby wypił ogień, paliły go usta, gardło i wszystko inne wewnątrz. Każdą komórką ciała czuł palący ból, gdy magia eliksiru rozchodziła się po jego ciele. Potem stracił przytomność. I dobrze, gdyż nikt nie chciałby oglądać tego, co działo się z jego ciałem.

Trzy razy słońce wstawało i trzy razy zachodziło, zanim czar się dokonał. Mężczyzna wstał z widocznym wysiłkiem. W ustach czuł suchość, a w żołądku nieznośne i dawno zapomniane uczucie głodu. Wstał opierając się o ścianę i zrobił krok do przodu. Przewrócił się, gdyż nogawki jego spodni były za długie o kilkanaście centymetrów. Ze stołu zdjął nóż i odciął zbyt długie rękawy i nogawki. Ciągle czuł się, jak w ubraniu po starszym bracie, ale mógł już podejść do stołu. Z karafki nalał sobie wody i wychylił ją, pijąc łapczywie. Nie wiedział, że woda tak cudownie smakuje. Dawno wyparte wspomnienie powróciło, uderzając go z siła huraganu. Obok leżał bochenek czerstwego chleba, ale i on smakował lepiej niż najlepsza krew.
- Gerino umarł – rzekł mężczyzna – niech żyje Gerino!


* * *

Dzień pierwszy(nie pamiętam, który mamy rok, tym bardziej dzień…)
Kim ja kurwa jestem? Człowiekiem nie…za niski. Krasnolud? Też nie, za szczupły. Pal to licho, będzie co ma być. Pora opuścić tę norę, nie znoszę tego zimna. Ha, zimno. Znów coś nowego. A raczej coś tak starego…Nie dziwię się ludziom, że zwykle są źli i smutni. Tyle fizycznych i bezsensownych problemów. Cóż, będę się musiał przyzwyczaić…

* * *

Jechał wąską ścieżką, prowadzącą ku Leanderowi. – Przeklęta kraina, skurwiel na skurwielu i skurwielem pogania. A Midgaard – co za cuchnąca dziura, Ankh Morpork to przy tym gównie kwiecista łąka – ponury jeździec mamrotał kiwając się rytmicznie. W dole widział lasy, dalej niskie góry. Nikt tu nie zaglądał, była to zapomniana kraina. Nikt, oprócz kilku osób. – Ciekawe, czy ci durnie dalej mnie szukają. Hmm… ciebie mogą poznać – mężczyzna zwrócił się do swej klaczy – ale nie sądzę. W nocy nie mogli ci się dobrze przyjrzeć. – jeździec wiedział, że on sam jest nie do poznania. Ciało było inne. Inne było ubranie. Skórzaną, ćwiekowaną kurtkę, szyte na zamówienie spodnie, z wszytymi paskami mithrillu, nawet ukochaną pelerynę spalił za chatą, a popiół zakopał pod śniegiem.

Podróż przebiegała spokojnie, w okolicy nie było żywej duszy. Wśród koron drzew śpiewały ptaki, czasem, spłoszony stukotem kopyt umykał w las jakiś szarak. Mężczyzna jechał, rozkoszując się promieniami słońca. Czuł miłe ciepło, choć wiedział, że nawet dla istot o dziennym trybie życia jest szkodliwe. Niechętnie wspominał ostatnie spotkanie ze słońcem. Dwa miesiące kurował oparzenia, a i tak jeszcze cztery dni temu jego twarz szpeciły blizny. Mężczyzna dotknął twarzy i zdziwił się. Potem dotknął jeszcze raz, i zdziwił się znowu. Blizny znikły, a pojawił się zarost.

Słońce chyliło się ku zachodowi, a góry były jeszcze daleko. Gerino zeskoczył z konia i zarzucił lejce na gałąź. Niedługo potem ogień wesoło trzaskał, pożerając kolejne polano. Od północy wiał zimny wiatr; podróżnik okrył się starym kocem, który znalazł w chatce. Noc mijała powoli niosąc sen i odpoczynek.

* * *

Dzień drugi
Ledwie dwie ćwierci doby minęły, jak jechałem, a już zmęczenie mnie ogarnęło. Dziwne, naprawdę dziwne. Teraz muszę dotrzeć do gór, jeszcze jedna noc w takich warunkach a nie dojadę, kończą mi się zapasy. Cholera, mogłem zadbać o jakiś łuk… ale nie było czasu. Czas… tak, cały czas go czuję. Jak upływa, jak przelatuje mi przez palce. Jak go tracę. Wszystko dzieje się tak szybko – ale dlaczego?

* * *

Poranne promienie słońca wyrwały go ze snu. Szybko pozbierał swoje rzeczy i wyruszył w dalszą drogę. Mimo całego pośpiechu, słońce stało już w zenicie, gdy dotarł do przełęczy prowadzącej przez góry. Gdzieś tam, czekało go nowe życie. Dodawszy sobie otuchy tą myślą uderzył klacz piętami i spokojnym kłusem ruszył na południe.

Słońce schowało się już za horyzontem, gdy oczom jeźdźca ukazał się niezwykle piękny widok. U stóp gór widział dachówkę klasztoru, dalej częściowo skryte w lesie zabudowania Ofcoolu. A dalej był Leander.

Pomimo iż noc już zapadła dawno temu, Gerino nie ustawał w podróży. Zbyt mało dzieliło go od celu, by nocować w tej głuszy. Światełka w ciemności nocy poinformowały go, że jest już w Nowym Ofcoolu. Nawet najstarsi jego mieszkańcy nie pamiętają jednak, gdzie jest Stary Ofcool – widać nie było to interesujące miejsce. Z mroku na południu wyłaniały się kolejne budynki, jeździec próbował przebić wzrokiem ciemność, patrząc po futrynach domów. Odnalazł wreszcie szyld gospody, światło niewielkiej latarni oświetlało rysunek czegoś, co przy dobrych chęciach mogło być niedożywioną wiwerną – oczywiście karczma zwała się „Pod Królewskim Smokiem”. Wszedł do wnętrza, zionącego zapachem piwa, potu, dymu, i co niezmiernie ucieszyło Gerino – pieczystego. Podszedł do kontuaru, za którym karczmarz – wysoki i barczysty mężczyzna – właśnie otwierał kolejną beczkę piwa. Gerino wyjął z pękatej sakiewki dużą, złotą monetę i rzucając ją na blat mówiąc
-Dajcie mi karczmarzu… coś do zjedzenia, i… taką beczułkę – wciąż nie mógł przyzwyczaić do swego nowego głosu. Nawet gdy nie chciał, mówił głośno głębokim basem. Od lat trenowany szept, tak donośny i jednocześnie gwarantujący dyskrecję gdzieś się ulotnił. Karczmarz wziął monetę i obejrzał ją dokładnie.
-Dziwnym pieniądzem płacicie panie, dziwnym. A skąd go macie, jeżeli można wiedzieć? – spytał karczmarz, wciąż oglądając monetę. Była duża jak na złoty pieniądz, miała cztery centymetry średnicy; na awersie widniała duża, zdobiona litera F, otoczona ciernistymi gałązkami. Rewers zaś przedstawiał gwiazdę.
-Niestety, bardzo mi przykro, ale nie można wiedzieć – Gerino przeklął się w myśli, że nie wymienił złota na coś bardziej pospolitego, choćby grosze Vergardzkie. Wiedział, iż jego monetami płaciło się tylko w dwóch miejscach. I żadne z nich nie sugerowało porządnej przeszłości posiadacza takich pieniędzy. Miał jednak nadzieję, że karczmarz nie rozpozna jej pochodzenia.
-Cóż, złoto to złoto – rzekł karczmarz chowając monetę do kieszeni – proszę siadać, za chwilę podam jadło.

Gerino jadł powoli, by nacieszyć się smakiem dziczyzny. Sam się sobie dziwił, że z takim apetytem zajada coś tak obrzydliwego. Ochłap mięsa poddany obróbce termicznej, skąpany we własnym cuchnącym tłuszczu. Gdy najadł się już, i popił solidnie, poszedł znowu do karczmarza i spytał
-A pokoje to macie jakieś wolne?
-Tak, oczywiście na piętrze, ja zaprowadzę –odrzekł karczmarz.
Poszli więc na górę, i gdy tylko Gerino zamknął drzwi za gospodarzem, rzucił się na łóżko i spał jak zabity.

Rano zbudziło go dudnienie do drzwi. Zaspany otworzył drzwi, za którymi ujrzał człowieka w kolczudze.
-Dzień dobry – przybysz zasalutował niedbale – tuż obok wydarzyło się coś.. ekhm.. nie miłego. Czy słyszał pan coś w nocy?
-Nie, spałem jak zabity… - odpowiedział zaspany
-Tak, to dobre określenie. No cóż, nie przeszkadzam, do widzenia. – na odchodnym rzucił mu niechętne spojrzenie. Gerino ubrał się szybko, zabrał swoje rzeczy i wyszedł na korytarz. Zajrzał do pomieszczenia obok. Drzwi były otwarte, a wewnątrz kręciło się wielu ludzi. Jeden z nich się nie kręcił, gdyż leżał na łóżku, które miało barwę głębokiej czerwieni. Na twarzy, od ust, biegła stróżka zakrzepniętej krwi. Gerino przyjrzał się całej scenie i wzruszywszy ramionami zszedł na dół.
-Co się tam stało, tam na górze? – spytał karczmarza
-Zabili, poderżnęli mu gardło.
-Kim on był? – spytał zaciekawiony. W sumie śmierć nie była czymś niezwykłym, ale przejęcie, z jakim karczmarz odpowiadał na pytania sugerowało coś poważnego.
-Syn hrabiego… zabili… - karczmarz wyglądał na nie do końca przytomnego, cały czas wpatrywał się w ścianę naprzeciwko. Gdy w czyjejś gospodzie ginie ktoś ważny, nigdy nie wróży to dobrze właścicielowi.
Gerino zrezygnował z dalszych pytań, gdyż widział, że za dużo się nie dowie. To i tak nie była jego sprawa. Chwycił za worek i poszedł do stajni. Kilkanaście minut później jechał już w stronę Midgaard, od którego dzieliło go tylko kilka godzin drogi. Był już bardzo blisko.
“Though I walk through the valley of the shadow of death, I will fear no evil,” yeah, because I’m the wickedest sonofabitch you’re gonna find down here.
Emblemat użytkownika
Gerino
 
Wiadomości: 2179
Dołączył(a): Wt wrz 24, 2002 6:23 pm

Wiadomośćprzez Gerino » N wrz 19, 2004 4:06 pm

Część I: Nowy, stary świat.

Dzień trzeci
Midgaard jest już w zasięgu wzroku. Za chwilę skończę obiad i ruszam dalej. Cały czas nurtuje mnie ten trup z gospody. Nic nie mówiłem temu strażnikowi, ale on nie zginął od jakiegoś bandyty. Ten, kto go zabił dobrze wiedział, co robi. Na moje oko, to sztylet przebił płuco, odciął arterie i tętnice, w końcu wbił się w serce. Na coś takiego, nawet najlepsi klerycy nie pomogą. Syn hrabiego? Dla jakiegoś chłoptasia wystarczyłoby dwóch rębajłów, których na traktach pełno. Nie, starczy, nie będę się tym interesował. Nie mogę zwracać na siebie uwagi.

* * *

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, jednak było wciąż bardzo jasno i bardzo gorąco. Strażnicy przy zachodniej bramie Midgaard pocili się niemiłosiernie, po ciężkimi kolczugami, skórzanymi kaftanami, okryci płaszczami z herbem miasta. Stolica świata, jak nazywano tę największą metropolię, leżało na niebezpiecznym terytorium. Ze wszech stron otoczone było nieprzyjaznymi istotami, często też stanowiło punkt podróży wszelakich podejrzanych typów – od magów – samotników aż po pospolitych barbarzyńców. Na każdym kroku można było spotkać różnych nieludzi, hobbity z pobliskiego Shire, długouche elfy z Elfiej Doliny na zachodzie aż po różne mieszanki rasowe. Miasto nie było miejscem bezpiecznym, większą cywilizowaną mordownią w tej części kontynentu było tylko Ankh – Morpork. Dlatego też strażnicy miejscy byli w ciągłym niebezpieczeństwie, dziesiątki ich ginęły w obronie prawa i porządku, każdej nocy było słychać szczęk mieczy i toporów o puklerze, bełty aż po lotki wbijały się w ciała strażników, gdy znaleźli się nie w tym miejscu co trzeba. Mimo wszystko burmistrz miasta ciągle utrzymuje Straż Miejską, nie biorąc przykładu z patrycjusza Ankh – Morpork, lorda Vetinari, który po prostu rozkazał strażnikom nie mieszać się, i patrzeć jak bandyci sami się eksterminują. Jednakże ktokolwiek by chciał siać zamęt i zniszczenie w tym wybranym przez bogów mieście, nie miałby długiego życia przed sobą. W północnej części miasta, tuż przed wielką świątynią, stał Kat. O przeszłości tego mężczyzny nie wiadomo praktycznie nic. Któregoś dnia, jak wspominają stare kroniki, pojawił się po prostu w snopie niebiańskiego światła, a był to czas, w którym wiele zła się działo, Trolle z południa rabowały miasto, mieszkańcy szabrowali co się dało. Jednak przybysz kilkoma cięciami swych toporów zaprowadził ład. Nie był prawdziwym katem, gdyż taka instytucja nie istniała – tak samo jak nie było sądów. Przydomek kata nadali mu strażnicy, którzy widzieli, jak rozprawia się z naprawdę potężnymi najeźdźcami. Egzekucja – tak można nazwać to, co się wtedy działo. Kat jednak nie chodził po ulicach i nie ścigał nikogo. Jak powiedział po swym przybyciu, gdy już wysłał w otchłań całe zło, jest tu, by bronić najświętszego miejsca – świątyni. Od tego czasu nikt nie próbuje choćby zbliżyć się do bram świątynnych z bronią w ręku, ha, nawet z myślą o szerzeniu chaosu. Wielu próbowało, i niewielu uszło z życiem.

Strażnicy, senni od upału, oddychali ciężko powietrzem tak gęstym, że wydawało się, że można je kroić mieczem. Nagle ocknęli się, widząc jeźdźca, który powoli zbliżał się do nich. Wyprostowali się i oparli ręce na głowicach mieczy. Przybysz nie wyglądał na kupca, a każdy inny mógł być wrogiem.
-Stać, kto jedzie? – krzyknął pierwszy strażnik, gdy jeździec zbliżył się na odległość kilku kroków.
-Wędrowiec, do miasta jadę! – odpowiedział przybysz
-Czego tu szukasz? Skąd przybywasz? – strażnik oddychał powoli, rękę cały czas trzymając na przypiętym do pasa mieczu.
Gerino zamyślił się przez chwilę. Nie miał przeszłości.
-Zza morza przypłynąłem. Zmierzam do świątyni, chcę dziękować bogom za dobro jakie na mnie zesłali. Szukam także miejsca do zamieszkania.
-Broń jakąś masz?
-Nóż tylko, myśliwski – swój miecz złożył w skrzyni i ukrył w górach. Nie mógł go zniszczyć – po prostu było to niemożliwe.
-Dobrze, możesz wjechać – rzekł strażnik odsuwając się od przejścia.
Gerino zsiadł z kulbaki i wszedł do miasta, prowadząc konia za sobą. Jazda w takim tłoku była praktycznie niemożliwa. Doszedł do placu targowego, gdzie setki ludzi próbowało dojść do swego celu, a każdy szedł w inną stronę. Pomagając sobie łokciami i wyzwiskami dopchnął się do szerokiej ulicy, przy której stał zajazd. Przywiązał konia i wszedł do środka. Wewnątrz było ciemno, dym z kaganków mieszał się z dymem różnych ziół palonych przez przebywających tu ludzi i nieludzi. Ludzie i hobbity palili zwykle tytoń, elfy swoją jego odmianę. Ludzie jej nie próbowali, gdyż ostatni, który spróbował przez piętnaście lat uważał, że jest taboretem. I głośno to argumentował. Gerino przypomniał sobie wpadkę z poprzedniej karczmy i wyszedł natychmiast. Swoje kroki skierował w stronę rzeki, gdzie mieściła się filia krasnoludzkiego banku.
-Dzień dobry panu – powiedział krasnolud, odziany w bogate, szkarłatne szaty, który podszedł do niego, gdy tylko przekroczył próg – w czym mogę pomóc?
-Chciałbym otworzyć sobie konto.
-Oczywiście, zapraszam do mojego biura – odrzekł krasnolud i szybkim krokiem udał się w stronę drzwi, jednych z wielu. Każde z nich prowadziło do magicznie izolowanego pomieszczenia, w którym klienci mogli liczyć na poufność transakcji. Gerino poszedł za nim i zasiadł we wskazanym fotelu. Wnętrze urządzone było ze smakiem, ściany pokrywała boazeria, magiczny żyrandol oświetlał pomieszczenie.
-A więc, jaką kwotę chciałby pan wpłacić?
-Sporą, z czego część chciałbym wymienić na lokalną walutę. – Gerino odpiął sakiewkę i położył na stole. Z torby wyjął drugą, trochę większą i położył koło pierwszej. Krasnolud przysunął do siebie sakiewki, po czym wysypał zawartość jednej z nich na blat. Gdy spostrzegł monety, otworzył szerzej oczy. Wziął jedną z nich do rąk i przyjrzał się dokładnie. Następnie przesunął wzrok na Gerino i spojrzał podejrzliwie. Po chwili potrząsnął głową, jakby odrzucając od siebie jakąś niedorzeczną myśl. Przeliczył monety i przeniósł je do pojemnika wbudowanego w biurko.
-Czterysta osiemdziesiąt trzy, razy trzydzieści tysięcy, minus prowizja, minus opłata… - krasnolud mamrotał pod nosem, palcami szybko przebierał na zdobionym liczydle. – To wychodzi półtora miliona koron Midgaardzkich – czy ta waluta panu odpowiada?
Gerino przyglądał się rachunkom z lekkim uśmiechem. Spodziewał się takiej, a nawet wyższej sumy. Niezwykły kurs wymiany jego monet wynikał z ich składu. Na pierwszy rzut oka było to złoto, nawet większość testów na autentyczność wskazałoby prawie stuprocentową zawartość złota. Jednakże ponad dwanaście procent tych monet była to mieszanka niezwykle rzadkich substancji, takich jak spaczen, etherium czy infinitum. Były to magiczne metale, które powstały w czasie stworzenia świata, jako ślad boskiej mocy. Po oddzieleniu tychże metali od monety, i sprzedaży ich, można było dostać jakieś czterdzieści tysięcy koron Midgaardzkich.
-Tak, korony mogą być. – rzekł po chwili. Odebrał od bankiera sakiewkę z częścią tej sumy oraz złoty medalion, dzięki któremu mógł odebrać swe pieniądze także w innych filiach banku. Wyszedł z pomieszczenia i udał się ponownie do baru. Chwilę po jego wyjściu bankier spojrzał na swoje ręce i dokładnie je umył. Spaczen był niezwykle silnie napromieniowany magicznie, i obcowanie z nim mogło się skończyć naprawdę tragicznie.

Gerino wszedł ponownie do zajazdu i podszedł do karczmarza. Gdy pieniądze i klucz do pokoju zmieniły właścicieli, Gerino udał się do swego pokoju. Po chwili jedna ze służących przyniosła jedzenie i dzban z winem. Gdy zjadł i popił udał się od razu spać. Kilka dni w siodle dawało mu się we znaki.

* * *
Dzień czwarty
I znów jestem w tej dziurze. No cóż, przynajmniej żyję – choć nie wiem, czy to powinno mnie cieszyć. No cóż, mam złoto, mogę się zacząć cieszyć życiem. Jutro pojadę na zakupy i zmienię te łachy na coś godnego mnie. I może poszukam jakiegoś zamtuzu. Tak, to jedyny powód, dla którego elfki istnieją…
* * *

Rankiem obudziło go dudnienie do drzwi.
-Kurwa, codziennie będą mnie tak budzić? – Pośpiesznie ubrał się i otworzył drzwi. Za drzwiami, tradycyjnie, stało kilku strażników.
-Dzień dobry, czy był pan wczoraj w banku, późnym popołudniem?
-Tak, byłem, ale co… - nie zdążył dokończyć, gdyż dwóch strażników złapało go pod ręce i zaczęło wynosić z pomieszczenia.
-Pan pójdzie z nami, mamy kilka pytań. – rzekł strażnik i udał się na dół. Gerino został na dół ściągnięty.

Kilka minut później siedział na twardym, dębowym krześle na posterunku straży.
-A więc mówisz, że w banku chciałeś założyć tylko konto?
-Tak do jasnej cholery, po raz setny powtarzam, że założyłem konto i poszedłem spać! Ale co się właściwie stało?
-Co się stało? – komendant straży walnął pięściami w stół. Komendant był starszym mężczyzną, prawdopodobnie pół albo ćwierć elfem, tak więc jego wiek biologiczny był nieodgadniony. Włosy miał przyprószone siwizną, jednak mogło to być spowodowane stresującą pracą. Twarz mężczyzny przecinała blizna, nie był on więc komendantem z układów.
-Ty się jeszcze pytasz kurwa, co się stało? Przyjeżdżasz do mojego miasta, idziesz od razu do banku, a po chwili ktoś wyżyna wszystkich bankierów i kradnie złoto!
-Całe złoto? To chyba trochę trudno…
-Gówno a nie trudno. Jeden z bankierów, który nie umarł od razu powiedział, że napastnik skondensował wszystkie pieniądze do poręcznej sztabki.
-A nie powiedział, jak wyglądał napastnik?
-Nie zdążył. Ale nikt oprócz ciebie wtedy tam nie wchodził – więc jesteś winny! No cóż, mamy tu przytulną celę – a potem ci coś wymyślimy. Może ochotniczą wyprawę eksploracji bagien? – komendant uśmiechnął się złośliwie, ukazując śnieżnobiałe zęby. W jego uzębieniu nie było kłów.
-Panie komendancie, niech pan spojrzy, kogo przyprowadziliśmy – Gerino usłyszał głos jednego ze strażników, dobiegający od strony drzwi. Po chwili pojawiło się w nich dwóch strażników prowadzących skutego mężczyznę. Posadzili go na krześle tuż obok Gerino i przywiązali kajdanki do uchwytu u dołu oparcia. Krzesło było przykręcone do podłogi. Mężczyzna ubrany był w spodnie bardzo podobne do tych, które Gerino zniszczył w górach – z tym że były czarne. Wyraźnie odznaczały się miejsca, w których wszyty był mithril. Na ramionach miał strzępy płaszcza, który teraz bardziej przypominał szmatę do podłogi, był porwany, utytłany w błocie i pyle ulic.
-Gdzie go znaleźliście? – Gerino usłyszał głos komendanta – chodź do mojego biura, zdasz mi raport.
Zostali sami – Gerino i skuty mężczyzna.
-To ty napadłeś na ten bank? – rzekł po chwili nowo przybyły, wykonując za plecami drobne ruchy rękoma.
-Przynajmniej według nich. – Gerino zauważył, że nikt ich nie pilnuje i spróbował wstać. Trzymały go jednak skórzane rzemienie.
-Więc to nie ty? Szkoda, przydałoby się trochę kasy. Ale w sumie to dobrze. Nawet nie wiesz kto trzymał w tym banku swoje oszczędności – na ustach mężczyzny Gerino dostrzegł złośliwy uśmiech.
-Na przykład ja… - rzekł smutno Gerino
-No dobra, nie możemy tak siedzieć, bo zaraz wrócą. Widzisz tamtą szafę? – mężczyzna wskazał brodą na solidną dębową szafę, zamkniętą na kłódkę – Udałoby ci się ją otworzyć?
-Czy ja wiem… ale jak widzisz nie mogę się ruszyć. Nie zerwę tych pasów.
-To ci je zdejmę. – Mężczyzna poruszył rękoma i kajdanki spadły na ziemię. Były otwarte. Mężczyzna wstał i uwolnił Gerino. Ten także wstał i przyjrzał się swoim rękom.
-W sumie nie zastanawiałem się, ile ja mam w tych łapach siły – pomyślał Gerino – ale chyba sporo. – Kiedyś nie musiał się o to martwić.
-Dobra, posłuchaj – rzekł mężczyzna – stąd jest jedno wyjście, stoi tam kilku strażników. Musimy przejść koło nich.
-Nie zauważą?
-Oczywiście, że zauważą. To ci coś przeszkadza? – Na twarzy mężczyzny malowało się udawane zdziwienie. Gerino mógł teraz dokładnie przyjrzeć się jego twarzy. Miał on krótkie czarne włosy i piwne oczy. Najbardziej jednak widocznym elementem był tatuaż, który pokrywał powieki, i niczym maska karnawałowa kończył się niedaleko uszu.
-Dobra, musimy otworzyć tę szafę, tam jest broń. – rzekł dziwny mężczyzna – ale pamiętaj, że jak usłyszą hałas, będziemy musieli już mieć broń w rękach.
-Nie ma obawy – rzekł Gerino i z pewnym wysiłkiem podniósł ciężkie, dębowe biurko. Następnie cisnął nim prosto w drzwi szafy, które pękły jak pierwszy lód na jeziorze, gdy nieopatrznie ktoś na niego wejdzie. Gerino szybko odrzucił połamane drewno, i ujrzał to czego szukali. W resztkach półek leżały miecze i noże. Szybo podał miecz towarzyszowi a sam biorąc dwa zważył je w rękach.
-Dość ciężkie, z czego to jest? – Gerino mimo kilku dawnych starć ze strażnikami nigdy nie miał ich broni w rękach. Były po prostu tandetne i produkowane seryjnie przez ludzkich kowali. Nie mogły się równać z krasnoludzkim brzeszczotem, ostrzonym w laboratoriach gnomów. Takie miecze były rzadkością, jednak żadna stal nie była dla nich przeszkodą.
-Nie obchodzi mnie z czego, mam nadzieję, że z czegoś twardszego niż ich hełmy.
W tym momencie do pomieszczeni wbiegło dwóch strażników z obnażonymi mieczami. Na widok niezwiązanych i uzbrojonych aresztantów rzucili się ku nim. Pierwszy strażnik dopadł do Gerino, ciął od góry, licząc na szybkie zakończenie sprawy. Gerino jednak stał spokojnie z opuszczoną bronią i w ostatnim momencie odskoczył przed ciosem, tnąc spokojnie od dołu w brzuch. Miecz strażnika trafił w ścianę, odbił się i wykonując kilka obrotów, wbił się w podłogę pół pomieszczenia dalej. Strażnik złapał się za brzuch i upadł, z niedowierzaniem patrząc na zakrwawione dłonie. Drugi strażnik widział co stało się z jego kolegą, więc nie ciął na siłę, zamiast tego wykręcił pół obrotu mieczem i ciął od dołu w bok. Atakowany mężczyzna nie miał gdzie uciec, z tyłu za plecami miał ścianę, z jednej strony resztkę szafy, z drugiej nadlatywała klinka strażnika. Mężczyzna zrobił jednak coś, co Gerino nie widział jeszcze u ludzi, jedynie niektóre istoty, takie jak hobbity potrafiły coś takiego zrobić. Jednak nie z taką siłą. Mężczyzna podskoczył wysoko, tak, że ostrze przeleciało pod nim. Strażnik stracił równowagę, gdyż będąc przekonanym o trafieniu włożył w cios całą siłę. Mężczyzna odbił się jedną nogą od ściany, drugą zaś kopnął strażnika prosto w twarz, gdzie nie chronił go hełm. Strażnik zatoczył się, i oślepiony przez krew, która lała się z rozwalonego łuku brwiowego spróbował się czegoś złapać. Nie zdążył jednak, gdyż mężczyzna wylądowawszy po ciosie na ziemi pchnął go mieczem prosto w gardło. Krew buchnęła mu z rozciętej tętnicy, rzężąc i krztusząc się, strażnik upadł na ziemię. Z boku nadbiegało kilku kolejnych strażników, więc porozumiawszy się szybko wzrokiem, bez słów, obaj uciekinierzy ruszyli biegiem ku niepilnowanemu już wyjściu. Biegli szybko, w stronę biednej części miasta, słysząc za sobą okrzyki goniących.
-Biegnij za mną! – krzyknął mężczyzna i skręcił w wąską, brudną uliczkę, która kończyła się ciężkimi, okutymi metalem drzwiami.
-Stąd nie ma wyjścia – krzyknął Gerino, jednak mężczyzna udał, że nie słyszał. Dopadł do okutych drzwi i krzyknął coś niezrozumiale. Drzwi natychmiast uchyliły się, i mężczyzna wbiegł do środka, ciągnąc za sobą Gerino. Drzwi zatrzasnęły się natychmiast, tuż przed tym jak w uliczkę wbiegli strażnicy.
“Though I walk through the valley of the shadow of death, I will fear no evil,” yeah, because I’m the wickedest sonofabitch you’re gonna find down here.
Emblemat użytkownika
Gerino
 
Wiadomości: 2179
Dołączył(a): Wt wrz 24, 2002 6:23 pm

Wiadomośćprzez Gerino » So paź 02, 2004 12:25 am

* * *
Dzień piąty
Co za koszmar. W jedną chwilę tracę nową tożsamość, oszczędności i o mały włos życie. Pamiętam, gdy strażnicy byli tylko drobną niewygodą, dziś jednak przez własną arogancję mogło być kiepsko. Muszę zapamiętać, rany mi się nie zagoją… Okropnie się zaniedbałem, miecz źle leży mi w ręku, jest taki… ciężki? I ja, jak ja się poruszam? Jak jedna z tych bestii, które żyją w górach. Muszę coś wymyślić…

* * *
Korytarz którym szli był całkowicie ciemny, co jednak najwyraźniej nie przeszkadzało prowadzącego Gerino mężczyźnie. Zręcznie lawirował w labiryncie tuneli, które wpierw prowadziły w dół, następnie prosto. Prosto, gdyż Gerino stracił orientacje kierunku przy osiemnastym zakręcie. W końcu przy kolejnej zmianie kierunku ujrzeli przed sobą dwie płonące pochodnie. Ich światło padało na zdobione, ale wyraźnie mocne drzwi. Były zbite z potężnych dębowych desek, w poprzek przytwierdzono stalowe sztaby, które kończyły się we framudze. Mężczyzna podszedł bliżej, lecz nie do drzwi, a do pochodni. Sięgnął ręką do mocowania w ścianie, i przez chwilę przy nim manipulował. W całkowitej ciszy rozległ się cichy klik i dopiero wtedy mężczyzna zbliżył się do drzwi. Wsunął klucz do zamka i kręcił nim w obie strony. Dopiero po dłuższej chwili przejście stanęło otworem. Gdy drzwi się za nimi zamknęły, a oczy Gerino przywykły do mroku ujrzał coś, czego się nie spodziewał. Były to zwykłe drewniane stopnie, prowadzące do klapy w suficie pomieszczenia, w którym się znajdowali. Było bardzo małe, większość przestrzeni zajmowały owe schody. Weszli na górę, do czegoś w rodzaju holu. Przypominało to połączenie gospody z bankiem. Na obu ścianach były drzwi, wszystkie identyczne, jednak z różnymi emblematami. Wystrój jak wspomniałem przywodził na myśl bank – było elegancko, jednak każdy element, czy to rodzaj drzwi, czy ściany, czy nawet oświetlenie projektowane było z maksymalną troską o bezpieczeństwo i znaczne ograniczenie możliwości wejścia i wyjścia. Prowadzący mężczyzna zatrzymał się i obrócił ku Gerino.
- Wiesz gdzie się znajdujesz? – powiedział patrząc na Gerino swymi niezwykłymi oczami. Oprócz tatuażu, który nadawał mu pewną grozę, jego oczy nie były zwykłymi ludzkimi oczami. Były lekko zwężone, i miały niezwykłą barwę.
Gerino miał pewne przypuszczenia, jednak przez cały czas myśl ta wydawała się zbyt niedorzeczna.
- Nie do końca – odrzekł zgodnie z prawdą po dłuższej chwili. Cały czas bacznie obserwował otoczenia, chodź dużą uwagę skupiał na ruchach nieznajomego, z którym los chcąc nie chcąc go złączył.
- I co ja mam z tobą zrobić… - po tonie tejże wypowiedzi każdy zorientowałby się, że wypowiadający te słowa człowiek doskonale wie co robić, i to od bardzo dawna – cóż, pomogłeś mi. Po za tym nie mam pojęcia kim jesteś, więc nie mogę liczyć na jakąkolwiek korzyść. – Przypuszczenia Gerino z każdą chwilą stawały się coraz mocniejsze.
- Diabelski dom, prawda? – Potwierdzenie nie było konieczne. Diabelskim domem nazywano starą rezydencję jednego ze starych wojowników, który postanowił osiedlić się na stałe. Kupił duży fragment lasu nieopodal Midgaardu, następnie kazał wybudować tam dla siebie dom. Jako, że miał wielu wrogów, a po za tym był niezwykle staroświecki, dom ten był prawdziwą twierdzą. A że w czasie swych wypraw sporą fortunę tenże wojownik uzbierał, to i rezydencja była iście królewska. Z czterech stron otoczona lasem, pełnym dzikich zwierząt. Całą posiadłość otaczał niewysoki, metrowy mur. Nie musiał być wyższy, nikt nie próbował nawet do niego podchodzić. Wojownik, którego imienia się nie pamięta umarł w kilka tygodni po zakończeniu prac, ponoć pułapka jego pomysłu okazała się niezwykle czuła i skuteczna.
Wiele osób miało chęć kupić posiadłość, która z racji nie posiadania przez wojownika potomstwa, a przynajmniej z prawego łoża, przeszła w ręce Midgaardu. Na początku planowano urządzić tam garnizon dla jednostek specjalnych, które miały specjalne życzenia co do poziomu zakwaterowania, jednak po kilku latach prób rozbrojenia pułapek, śmierci dwóch kompanii żołnierzy oraz niezliczonej ilości saperów i inżynierów, dano sobie spokój. W trosce o zdrowie potencjalnych kupców posiadłość została w rękach Midgaardu, jednocześnie ogłoszono, że wchodzenie jest tam niewskazane.
Ciekawskich było bardzo dużo, jednak tylko na początku. Ponoć największym poszukiwaczom przygód nie udało się nawet wejść do hollu. O Diabelskim domu krążyły różne plotki, a to o demonach które tam mieszkają, a to o tajnej jednostce wojskowej. Niektórzy twierdzili, że nekromanci mają tam swoją siedzibę, ale ta plotka szybko okazała się nieprawdą, gdy pewien grabarz z rozpędu dokopał się za głęboko. Ponoć Magowie Śmierci byli naprawdę wściekli, a nieszczęsny grabarz kopie po dziś dzień.
Osoby lepiej poinformowane, do których Gerino się zaliczał, słyszały różne plotki, jednak oprócz ściśle mechanicznych zabezpieczeń, dom okazał się być zabezpieczony magicznie. Także niezwykle skutecznie.
- Heh, a jednak coś wiesz – mężczyzna uśmiechnął się – tak, to Diabelski dom, a wiesz może także, kto tu mieszka?
- Odwrotni nekromanci? – żart ten, choć według niektórych bardzo dobry, był mało popularny. W sumie najczęściej słyszeli go sami nekromanci, gdy ożywiali kolejne trupy, zszywszy im najpierw gardła.
- Tak, skrytobójcy – rzekł mężczyzna – Chodź, pójdziemy do Serafa. Może coś wymyślimy.
Szli korytarzem, mijając kolejne drzwi. Każde z nich miało własny emblemat, przypominający tarcze herbowe, niektóre były naprawdę dziwne, jednak mimo dobrej znajomości heraldyki Gerino nie mógł rozpoznać tych znaków. Niektóre miały znajome elementy, gdyż podobne widział w domu. Nowym domu; znaczenie tychże składowych było podobne, i odnosiło się do śmierci. W złożeniu z innymi znakami z tarcz, dawało to naprawdę nieprzyjemny efekt.
Doszli do schodów, nieśpiesznym krokiem. Weszli na wyższe piętro, które było prawie identyczne z poprzednim. Tu jednak drzwi były czyste, prawdopodobnie ktoś, kto tędy chodził i tak doskonale wiedział dokąd idzie. Doszli do końca korytarza, w którym znajdowały się trzy pary drzwi, jedne z nich, środkowe, były dwuskrzydłowe. Mężczyzna podszedł do drzwi po prawej stronie i zapukał. Czekali dłuższą chwilę, jednak mężczyzna ani nie ponowił pukania, ani nie okazywał zniecierpliwienia. Po pięciu minutach drzwi uchyliły się lekko. Mężczyzna wszedł do środka, gestem nakazując Gerino iść za sobą. Pokój był spory, na ścianach tak jak na korytarzach do połowy widniała mahoniowa boazeria, wyższa połowa była pokryta ciemnozielonym materiałem. Pod przeciwległą ściana stało duże dębowe biurko, za którymi znajdowały się drzwi. Okna przysłonięte były grubymi, pluszowymi kotarami, nie było na nich jednak pyłka kurzu. Za biurkiem na dużym obitym skórą fotelu siedział mężczyzna ubrany w czarny strój wizytowy, jaki był ostatnimi czasy niezwykle w Midgaardzie popularny. Przez chwilę siedzący mężczyzna kontynuował pisanie czegoś na pergaminie, potem spokojnie zwinął go i spiął złotą klamrą. Ułożył rulon na małym stosie w pojemniku na biurku,. Każdy z rulonów był identyczny. Dokładnie w tym samym miejscu znajdowały się klamry, dokładnie pod tym samym kątem leżały rulony. Całe wnętrze było idealne, wręcz pedantyczne. Mężczyzna za biurkiem wytarł pióro i schował je do złotego etui, zakręcił kałamarz i postawił go w rogu biurka. Popatrzył na niego przez chwilę, podniósł, i postawił ponownie, w inną stronę kierując etykietę. Zbędny papier schował do szuflady; poprawił mankiety i wygładził kaftan. Dopiero wtedy podniósł wzrok na nowoprzybyłych.
-Witajcie – powiedział, a raczej wyszeptał. Szept ten był zimny, tak jak zimna jest płyta nagrobna, był tak powolny, że każda głoska zdawała się trwać w nieskończoność, był tak smutny, jak tylko to możliwe. Zdawał się zawierać całe cierpienie, bóle i smutki wszystkich żywych na świecie. Takim szeptem mówił kiedyś Gerino. Takim szeptem dysponowało tylko kilka osób. I wszyscy byli bardzo do siebie podobni.
“Though I walk through the valley of the shadow of death, I will fear no evil,” yeah, because I’m the wickedest sonofabitch you’re gonna find down here.
Emblemat użytkownika
Gerino
 
Wiadomości: 2179
Dołączył(a): Wt wrz 24, 2002 6:23 pm

Wiadomośćprzez Gerino » N paź 03, 2004 11:01 pm

- Czekałem na was. Proszę, siadajcie. – istota za biurkiem patrzyła na Gerino świdrującym wzrokiem. Gdy mówił, rozchylał lekko wargi, gdy artykułował głoski ruszał wargami, tak że złudzenie mowy ludzkiej było niemal idealne.. Gerino wiedział z kim ma do czynienia, jednak nie chciał się ujawniać. Wampir za biurkiem idealnie udawał istotę żywą. Jego klatka piersiowa unosiła się rytmicznie, ktoś o nadludzkim słuchu mógłby nawet usłyszeć bicie serca. Gerino wiedział, ile wysiłku go to kosztowało.
- Diego zapewne powiedział ci już, gdzie jesteś. Wiesz też zapewne, co mam ci do powiedzenia.
- Jednak chętnie wysłucham waszej propozycji..
- Propozycji.. tak. Po pierwsze pozwól, że się przedstawię, mów mi André.
- To nie brzmiało jak przedstawienie się – Gerino starał się skryć złośliwy uśmiech. André spojrzał mu prosto w oczy i bez śladu jakichkolwiek emocji odrzekł
- Nie bądźmy formalistami, zostawmy tytuły, rody i herby na boku.
- Dobrze, przejdźmy więc do rzeczy.
- Diego powiedział mi, że nieźle poradziłeś sobie ze strażnikiem. – Gerino nie przypominał sobie, by Diego i André zamienili chociaż słowo. – Po za tym, rzecz jasna, złota z banku wciąż nie odnaleziono. Część z tej sumy należała do nas. Rzecz jasna bank wypłaci nam odszkodowanie, jednak dopiero wtedy, gdy śledztwo zostanie zamknięte. Rozumiem, że złodziej ukrył łup dobrze – na twarzy wampira pojawiło się coś podobnego do uśmiechu – więc nie spodziewam się, by ktoś go znalazł.
- Ale czego chcecie ode mnie?
- Cóż, nie spodziewam się, by przyszedł pan tu za chwilę z worem złota, jednak może pan nam pomóc odzyskać nasze złoto. A dokładniej – szybko zakończyć śledztwo. Szybko i definitywnie. – No tak, pomyślał Gerino, ci durnie też myślą, że to ja ukradłem to złoto!
- A czy nie macie od tego odpowiednich… ludzi?
- Oczywiście, że mamy, jednak większość z nich ma bardzo napięte terminy, po za tym za zlecenia wewnętrzne gildia musi im płacić. A nie możemy pozwolić sobie na kolejne straty finansowe. Ale zainwestujemy w pana. Zainwestujemy czas. Przejdzie pan ekhm… szkolenie, a następnie pomoże nam pan odzyskać nasze pieniądze. Co będzie później, to już pańska decyzja.
- A jaką decyzję mam podjąć teraz? – Gerino rozumiał. Wiedział, jaką ma alternatywę, i nie była to zbyt miła perspektywa.
- Żadną. Po prostu Diego zaprowadzi pana do pokoju, następnie dołączy pan do grupy rekrutów i przejdzie szkolenie. Może się pan uznawać za szczęśliwego, nie musi pan przechodzić selekcji.
- Selekcji? – Regulaminy, tradycje i zwyczaje skrytobójców były znane tylko i wyłącznie skrytobójcom. Nikomu przez wiele lat nie udało się przekraść do wnętrza tej organizacji. Nawet najlepsi szpiedzy na całym świecie dali się zwieść, i przez ostatnie lata twierdzili, iż gildia taka przestała istnieć.
- Och, to nie ważne. Może się pan tego dowiedzieć później. Dobrze, to tyle. Proszę się dobrze wyspać. – Wampir wyjął pergamin, piórko oraz atrament, i pogrążył się w pisaniu. Rozmowa była skończona. Diego wstał i ruszył do drzwi, Gerino poszedł za nim. Dopiero gdy wyszli na korytarz i udali się na niższe poziomy Diego odezwał się:
- Masz szczęście. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że wyjdziesz z tamtego pokoju.
- To czemu mnie w ogóle tu przyprowadziłeś, zamiast wydać na pastwę strażnikom?
- Wszyscy, którzy byli w okolicy, dostali wyraźny rozkaz by cię przyprowadzić, trafiłeś się mi. Nie wiem czy wiesz, ale podobne rozkazy mieli członkowie innych gildii. Złodzieje na przykład. Oj ci to nie lubią, gdy ktoś podkrada im robotę.
- Nie wątpię. – Nie miał ochoty na rozmowę. Wiedział, co go czeka. Choć André użył słowa „kurs” oraz „szkolenie”, to nie były najlepsze określenia dla tego, co na niego czekało. Wiele ksiąg wspominało o skrytobójcach, i choć wszystkie twierdziły co innego, to do jednego były zgodne. „Szkolenie” przeżywała nie więcej niż połowa rekrutów.
Schodami zeszli na drugi poziom pod ziemię, gdzie od klatki schodowej prowadziły cztery korytarze. Każdy z nich oznaczony był innym znakiem, jednak drzwi w każdym z korytarzy były numerowane. Nie były to rzecz jasna cyfry i liczby powszechnie stosowane na świecie, ale kolejne znaki starożytnego alfabetu, który dziś można spotkać już tylko w magicznych księgach i artefaktach. Diego prowadził Gerino przez korytarz oznaczony smokiem. Po mniej więcej minucie doszli do skrzyżowania w kształcie litery T, z którego odchodziły kolejne dwie odnogi, identyczne jak reszta. Skręcili w lewo, i po kilku krokach stanęli przy drzwiach oznaczonych „Yntres Signi Xardia”, co w wolnym przekładzie znaczyło „Ogień”, „Księżyc” i „Koniec”. Prawdziwe jednak znaczenie tych znaków nie było jednak jasne, nawet dla najstarszych z magów, wiadomo było tylko, że razem tworzyły całość i nie można ich było interpretować oddzielnie. Znaków tych było niesamowicie wręcz dużo, dlatego więc dużo osób używało ich do numerowania, gdy chciano zachować dyskrecję.
-To tu – rzekł Diego – W środku znajdziesz wszystko, czego ci trzeba. Jutro o ósmej staw się w głównym holu, jest na parterze, trafisz na pewno. Bywaj!
Gdy kroki Diega na schodach przestały być słyszalne, Gerino wszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi. Był w nich solidny zamek oraz stalowa sztaba. Cóż, w takim towarzystwie mało kto mógłby usnąć przy otwartych drzwiach. Wnętrze pokoju było urządzone skromnie, jednak nie były to spartańskie warunki. Sosnowe łóżko z cienkim materacem, duża, wyglądająca na starą szafa, szafka nocna i toaletka. Po drugiej stronie łóżka stał niewielki sekretarzyk, zaopatrzony w duży zapas pergaminu, piór i inkaustu. Gerino podszedł do niego, wyjął jedną kartkę. W prawym górnym rogu wytłoczony był symbol Xardia. Gerino zmoczył pióro w atramencie i zaczął pisać.

* * *
Dzień szósty
Co za koszmar. Chcąc nie chcąc muszę powrócić do zabijania. Ha, żeby to jeszcze było takie proste – prawie nic nie potrafię! Cóż, może „szkolenie” mi pomoże, o ile oczywiście przeżyję. Nie wiem, co mnie dokładnie czeka, wiem jednak, że nie będzie to miłe i przyjemne.
Diego – tak ma na imię człowiek, przez którego tu jestem. Ale czy w łapach strażników czekałby mnie lepszy los? Za chwilę będzie ósma – muszę iść do holu. Czy to się nigdy nie skończy?
* * *
“Though I walk through the valley of the shadow of death, I will fear no evil,” yeah, because I’m the wickedest sonofabitch you’re gonna find down here.
Emblemat użytkownika
Gerino
 
Wiadomości: 2179
Dołączył(a): Wt wrz 24, 2002 6:23 pm

Wiadomośćprzez Gość » Pn lis 01, 2004 12:39 am

Gerino wszedł spokojnym krokiem do głównego holu. Było to duże pomieszczenie, na którego końcu stał szeroki stół, za którym zasiadało pięciu mężczyzn. Jednym z nich był André, reszty Gerino nigdy nie widział. Przed stołem, w czterech rzędach stało dwadzieścia krzeseł. Część była już, inne siedzenia były zajmowane przez nowo przybyłych. Byli tu przedstawiciele wielu ras i obu płci. W niektórych przypadkach płeć była trudna do określenia, zwłaszcza w pierwszych rzędach, zajmowanych przez krasnoludy. Kilka minut później, gdy wszystkie miejsca były już zajęte, mężczyzna siedzący pośrodku wstał. W jednej chwili umilkły szepty, na sali zaległa całkowita cisza. Ten, który wstał, omiótł salę spojrzeniem. Miał szpakowate, dość długie włosy zaczesane za uszy. Ubrany był, jak wszyscy za stołem, w czarny strój. Materiał wydawał się być idealnie czarny, tak, że nie było widać gdzie kończy się koszula, a gdzie zaczyna peleryna.
- Witajcie. Mam zaszczyt powitać was w najbardziej elitarnej akademii na świecie. Już na wstępie chcę wam pogratulować, jesteście najlepszymi z najlepszych, gdyż krzeseł jest dwadzieścia, a kandydatów były setki. Przez ostatnie pięć lat obserwowaliśmy was, i mamy pewność, że czas, jaki wam poświęcimy, nie pójdzie na marne. Najbliższy rok spędzicie tutaj, w akademii. W kolejnym udowodnicie, że jesteście godni przynależeć do naszej organizacji. To wszystko, co miałem wam do powiedzenia, żegnajcie.- mężczyzna wstał i wyszedł z pomieszczenia. Wstała kolejna osoba, tym razem był to wysoki człowiek, o muskularnej budowie ciała. Miał krótkie czarne włosy i takiego koloru strój, jednak nie tak elegancki jak poprzedni przemawiający – ten był raczej uszyty z myślą o maksymalnej swobodzie ruchów.
- Nazywam się Kenu, i będę przez najbliższy rok was trenował, razem z lordem André i hrabią Aquier. – Drugi z wymienionych mężczyzn był elfem, o długich blond włosach i niebieskich oczach. Wyglądał na dorosłego mężczyznę, więc miał zapewne ponad trzysta lat.
- Zajęcia trwają od szóstej rano do dwunastej. Później macie godzinę przerwy, i idziecie na wykłady, do dziewiętnastej. Później macie czas wolny. Dzisiaj macie szczęście, idziecie od razu na wykłady. Zobaczymy się jutro. - Wszyscy trzej wstali i wszyli z pomieszczenia. Po chwili rozeszli się wszyscy.
* * *

Nim zegar przestał bić południe, za pulpitami szerokich ławek, wykonanych z mahoniu, siedzieli wszyscy „uczniowie”. Słowo to nienajlepiej oddaje grupę zarówno dwudziestoletnich ludzi, jak i dwustuletnich elfów. Do przestronnej sali, w której siedzieli wszedł hrabia Aquier. Bez pośpiechu zdjął pelerynę i powiesił ją na stojącym obok wejścia wieszaku. Sala dzieliła się wyraźnie na cztery części. Jedną z nich były regały z książkami w przedniej części sali. Przed nimi stało olbrzymie biurko, za którym właśnie zasiadał Aquire. Przyszli skrytobójcy siedzieli w ławkach ustawionych w lekkie łuki, tuż przed biurkiem ich nauczyciela. Z tyłu sali znajdowały się szafy i kredensy, a także kilka stołów laboratoryjnych i specjalistycznego, alchemicznego sprzętu. Przez matowe szkło szyb do sali wpadały promienie słońca, w których widać było tańczące drobinki kurzu.
- Witajcie – rozpoczął Aquier – to nasze pierwsze spotkanie, jednak wierzcie mi, nie ostatnie. Jak zapewne wiecie, w waszej przyszłej pracy wielokrotnie staniecie w sytuacji, gdzie nie pomoże wam najlepsza broń, ani mięśnie twarde jak stal. Wtedy będziecie musieli sięgnąć po waszą najgroźniejszą broń: wasze umysły – w tym momencie elf pochylił się do przodu, wskazując palcem swoją głowę – nie zdajecie sobie sprawy, jak wiele można zrobić, gdy przez chwile się pomyśli. Przez najbliższy rok spróbuję was nauczyć, jak radzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach, pokaże wam podstawy magii i alchemii, nauczę jak stworzyć coś z niczego. Rok, to naprawdę mało czasu… to jakby drobna chwila, więc proszę, nie marnujmy go. Zaczniemy od jednej z najważniejszych rzeczy – od waszych zmysłów. Wiem, że niektórzy z was widzą w ciemności, albo potrafią usłyszeć upadek pióra o sto metrów stąd. Ale kto z was zobaczy cokolwiek, gdy zrobię tak? – elf pstryknął palcami, i na sali zrobiło się całkowicie ciemno. Gerino, mimo iż w bezksiężycową noc potrafił dojrzeć każdy szczegół, nie widział nic. Wiedział jednak dla czego, znał to zaklęcie, rozpoznał je pomimo iż zostało rzucone bez słów czy gestów. Była to strefa mroku, czar często używany przez magów z kręgu nekromancji, gdy chcieli niezauważenie się poruszać.
-Ciemność… to was sprzymierzeniec. Nie pomoże wam jednak, jeżeli nie będziecie w stanie jej wykorzystać. Jak niektórzy z was słyszą, poruszam się po pomieszczeniu bez żadnego problemu. Mógłbym nawet czytać książkę. Wy też będziecie mogli, gdy nauczycie się prostego czaru. – mrok powoli się rozmywał – by go rzucać nie będziecie musieli wymawiać skomplikowanych formuł, gdyż będziecie pracować w ciszy. Wisząc głową w dół na linie, skomplikowane gesty byłyby równie niestosowne. Dlatego musicie nauczyć się myśleć. Pod waszymi ławkami znajdują się flakoniki. Znajduje się w nich specjalny eliksir, który pozwoli wam lepiej wykorzystać wasze zdolności.
- Ghyri’cae? Czy oni używają Ghyri’cae? – pomyślał Gerino zdumiony
-Tak, to Ghyri’cae – powiedział elf, patrząc na Gerino z lekkim uśmiechem. Niektórzy z was pewnie o nim słyszeli, i wiedzą, że receptura przepadła trzy wieki temu, a ostatnia buteleczka została użyta w czasie wielkiej wojny pięćdziesiąt lat temu. Jak widać, ktoś był na tyle sprytny, by sporządzić kopię receptury. Dalej, wypijcie!
Mikstura w małym, szklanym flakoniku, miała jasnozielony kolor. Był to więc jedynie roztwór prawdziwego Ghyri’cae. Nic dziwnego – myślał Gerino – czysty eliksir mogli spożywać jedynie najwięksi psionicy, i to po wieloletnich przygotowaniach. Pozwalał im jednak na zdumiewające czyny, takie jak całkowite oddzielenie jaźni od ciała. Jak okazało się w czasie jednej z bitew w ubiegłym stuleciu, pod postacią energii duchowej, żadnego problemu nie sprawiała walka. Wroga broń nie była jednak skuteczna przeciwko duchowym agresorom. Przerażeni żołnierze jeden po drugim umierali od niematerialnych ciosów, które zabijały ich dusze.
Gerino odkorkował buteleczkę i wychylił zawartość. W jednej chwili uderzyła go masa myśli, obrazów i dźwięków, jednak po ułamku sekundy wszystko się skończyło.
-Dobrze – podjął elf – taka dawka powinna wam pozwolić na korzystanie z podstawowej magii. Rzucanie zaklęcia za pomocą samej myśli nie jest wcale tak trudne, jak mogłoby się wydawać. Spójrzcie na tę sentencję – na tablicy zalśniły nagle runy – oto proste zaklęcie iluzoryczne. Tworzy małą świecącą kulę. Czasami jest to przydatne, ale nauczymy się go raczej dla treningu. Przynajmniej nie zrobicie sobie większej krzywdy. Spójrzcie, na czar ten składają się cztery runy – był to specyficzny typ run, stosowany między innymi na magicznych zwojach, pozwalał on wtedy zastąpić gesty dodatkową artykulacją głosek – Ihrit, Peripte, Aerie i Creaio. Przerysujcie je dokładnie. Dobrze – rzekł, gdy umilkły pióra – teraz skupcie się na pierwszej runie, postarajcie się myśleć o niej tak mocno, by płonęła ona w waszych umysłach.
Na sali dało się odczuć specyficzne zgęstnienie powietrza, wywołane uaktywnieniem magii.
-Teraz kolejna runa, Peripte. – powietrze gęstniało powoli… - teraz dokładnie skoncentrujcie się na Aerie.
Gdzieś w ławce po lewej stronie jeden z uczniów osunął się na ławkę. Gdzieś z tyłu dał się słyszeć stłumiony, gardłowy charkot.
-Teraz ostatnia runa, Creaio – powiedział skupionym głosem elf. W momencie, gdy ostatnia runa pojawiła się w umyśle Gerino, przed nim zapłonęła mała, jasno świecąca kula. Kilkanaście podobnych zawisło nad uczniami. Pojawiło się też kilka błysków i jeden nie duży wybuch.
- Dobrze, wiecie już chyba, o co chodzi? Wynieście tych dwóch nieprzytomnych, a tamtego zanieście do izby lekarskiej. Spotkamy się tu za dziesięć minut. Odpocznijcie.

* * *
Gość
 

Wiadomośćprzez g3rino » N lut 13, 2005 7:36 pm

Dziesięć minut minęło, i ławki znów się zapełniły. W jednym z ostatnich rzędów widać było krasnoluda z obandażowaną głową. Widać medycy szybko uporali się z jego drobną niedyspozycją.
-Tak więc teraz, gdy macie pojęcie, na czym polega ten rodzaj magii, możemy chyba przejść do kolejnego tematu – elf kontynuował wykład – proste czary ochronne…

Zegar wskazywał pięć minut po dziewiętnastej, gdy Gerino dotarł do swej komnaty. W ciągu kilku ostatnich godzin wyczarował z tuzin niewidzialnych barier, powietrzną tarczę, oraz małego, wyraźnie zdenerwowanego chochlika. To ostatnie nie było działaniem zamierzonym. Gerino położył się, i szybko zasnął. Jutro miało być o wiele ciężej.

* * *

Słońce schowało się już za horyzontem; karczma „Pod Królewskim Smokiem” zaczynała się zapełniać, gdy zmęczeni mieszkańcy Nowego Ofcoolu szukali odpoczynku przy kuflu zimnego piwa. Karczmarz zwijał się jak w ukropie, ledwo nadążając z realizacją zamówień. Tak więc gdy otworzyły się drzwi, a chłodny wieczorny wiatr wdarł się do pomieszczenia, nawet nie podniósł głowy, by zobaczyć kto przyszedł. Gdyby to jednak zrobił, to wiedziałby, iż przybysze nie przyszli tu na piwo. Stukot ciężkich skórzanych butów ginął w gwarze gawiedzi. Gdy trzech mężczyzn w płaszczach o barwie głębokiej purpury stanęło przy kontuarze, karczmarz wciąż patrzył w dół, spisując i wykreślając zamówienia co ważniejszych gości.
-Karczmarzu! – odezwał się przybysz stojący najbliżej baru
-Czego chce…. – głos uwiązł mu w gardle, gdy spojrzał z kim rozmawia. – To znaczy… eee… witam szanownych panów, życzą sobie panowie stolik, czy pokój może?
-Nie. Życzę sobie, byś mi odpowiedział na kilka pytań. – w głosie mężczyzny słychać było wyższość, z jaką traktował rozmówcę, przechodzącą wręcz w pogardę.
-Oczywiście, natychmiast – karczmarz oddychał ciężko, starając się zachować spokój. Ani wyraz twarzy przybysza, ani jego uzbrojenie nie poprawiały sytuacji. Wszyscy trzej mieli przypasane u boku miecze z wygrawerowanymi trzema literami.
-Zdarzyło się tu ostatnio coś niezwykłego?
-Nie! To znaczy… tak! Zabili, zabili takiego jednego, syn hrabiego czy coś takiego… Ale ja nic nie wiem!
-To mnie nie obchodzi. Ciągle ktoś umiera. Przejeżdżał tędy ktoś ostatnio? Ktoś… dziwny?
-Nie przypominam sobie, sporo ludzi tu bywa, wszelkich ras.
-Wszelkich powiadasz… Szukamy mężczyzny, wysokiego. Ubrany był w czarną, skórzaną kurtkę, takie też spodnie. Był uzbrojony. Widziałeś go może?
-Nie, niestety panie!
-Nie kłamiesz ty czasem? – najprostsze sztuczki, których uczono takich jak on, działały niemal zawsze, w odniesieniu do prostych ludzi.
-Nie! Nigdy! Jak mógłbym okłamać świętego rycerza, boskiego wybrańca!
Mężczyzna lekko się uśmiechnął. Słyszał to już tyle razy, i wciąż go to bawiło. W pewnym momencie dostrzegł coś niezwykłego.
-Co ci się stało w dłonie? – spytał karczmarza, widząc ślady magicznych oparzeń na jego rękach.
-A, to? Przeklęte złoto, tfu, tfu! Piekielne, fałszywe złoto! Bo wie pan, miałem taka monetę, jeden gość zapłacił, dziwna była, nigdy takiej nie widziałem, i nie miałem co z nią zrobić. Złoto to złoto, więc chciałem ja przetopić. Ale gdy tylko ją podgrzałem, zaczęła syczeć, wrzeć, pluć na wszystkie strony, tfu, tfu! Zły to był pieniądz, fałszywe jakie złoto!
-Jak wyglądała ta moneta? – na twarzy przybysza malowała się mieszanka zdziwienia i złości
-No mówię panom, duża była! I literę F po jednej stronie miała, a gwiazdę po drugiej! Nie widziałem takiej, i nie słyszałem, by gdzieś takie bili. A wieloma walutami płacili klienci…
-Skąd ją miałeś? Kto ci ją dał? – mężczyzna oddychał ciężko, wyrzucając z siebie słowa
-Taki jeden, chyba człowiek mi ją dał. Zapłacił za jedzenie i nocleg. Potem pojechał, chyba na południe.
-Kiedy to było?
-Nie dalej jak przed kilkoma dniami, niedawno! – Karczmarz nagle zapragnął być na drugim końcu świata, a pragnienie to rosło gdy tylko spoglądał na twarz przybysza. Ten zdawał się intensywnie myśleć, po czym wyszedł z karzmy, wraz z dwoma towarzyszami. Po chwili dało się słyszeć tętent kopyt.

* * *

Słońce dopiero wschodziło, gdy w dużej sali treningowej zebrało się dwadzieścia jeden osób. Dwudziestu studentów stało w rzędzie przez Kenu, ten zaś omiatał ich wzrokiem.
-Dobrze, wiem, że każdy z was jest sprawny fizycznie, ale uwierzcie mi – jak z wami skończę, zmienicie się nie do poznania. Zanim przejdziemy do treningu właściwego, musimy popracować nad waszą siła i zręcznością. Nie marnujmy więc czasu, do roboty.

Przez większą część przedpołudnia przyszli skrytobójcy wylewali z siebie siódme poty na wymyślnych urządzeniach, zaprojektowanych tak, by w jak najkrótszym czasie rozwinąć wszystkie mięśnie. Maszyn tych w sali było dużo, gdyż różne rasy miały różną anatomię, i potrzebowały zupełnie różnych form takiego treningu. Gdy wybiło południe, studenci ponownie ustawili się w szeregu, choć widać było, iż z pewnym trudem utrzymują pozycję wertykalną.
-Na dziś to by było wszystko. Jutro trochę pobiegamy. – Uśmiech Kenu nie wróżył nic dobrego.

W ciągu godziny czasu wolnego Gerino, tak jak i inni, wziął kąpiel oraz poszedł do jadalni, gdzie zjadł obiad. Potrawy były świetnie przyrządzone, jednak czuć było w nich delikatny posmak czegoś dziwnego.
-Hmm… to coś przypomina mi taką roślinę, która rosła nieopodal mego domu… miała takie długie liście. Pamiętam, że babka dodawała jej odrobinę do wina. – powiedział elf, siedzący przy stole nieopodal Gerino.
-Mówisz o smoczym języku. Ciekawi mnie, gdzie mieszkałeś, skoro ta roślina rosła sobie tak po prostu nieopodal domu – odezwał się Gerino nie przerywając posilania się – w tej części świata nie występuje w ogóle, a sam widziałem ją tylko dwa razy.
-Przybywam z wyspy – odrzekł elf.
-Tak, to by wiele tłumaczyło. Tak czy inaczej, nie wiem, skąd oni ją wzięli. Domyślam się, że twoja babka od dawna nie wytwarza już wina?
-Nie, to było dawno… Byłem bardzo, bardzo młody, więc było to jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. A co takiego ciekawego jest w tej roślinie?
-Jej miąższ zawiera pewną substancję, która jest niezwykle poszukiwana przez alchemików i magów, gdyż pozwala na wytworzenie eliksirów zwiększających zdolności bitewne. Pamiętam, jak ja… - Gerino upomniał się w duchu. Znowu za dużo gadam! – jak jakiś wojownik, którego kiedyś spotkałem, opowiadał o tym eliksirze. Mówił, że czuł, że może drzewa gołymi rękami wyrywać. Jeżeli to, co czujemy w tym jedzeniu to rzeczywiście ekstrakt ze smoczego języka, możemy się uważać za szczęśliwców.

* * *

Godzina upłynęła niezwykle szybko, i zanim się obejrzeli, już szli do sali, gdzie mieli się spotkać z lordem André. Sala była podobna do większości pomieszczeń, cała tylnią część zajmowały regały z książkami, resztę ławki i duże biurko lorda André. Ławki szybko zostały zapełnione, a lord André nadszedł z pomiędzy regałów. Odsunął krzesło, po czym usiadł na nim. Jego głos rozbrzmiał w sali, i tylko fakt, iż wszyscy obecni nie byli przypadkową zbieraniną sprawił, że nie okazali żadnych emocji, gdy do ich uszu dobiegł ten straszny szept.
-Witajcie. Jak wiecie, wasza przyszła praca nie będzie polegać tylko na bieganiu po dachach w środku nocy, jak jacyś pospolici włamywacze. Wasi przyszli… klienci będą zapewne świetnie chronieni, często będę posiadali prywatne małe armie…. A czasem całkiem duże armie. W takim wypadku nie możecie po prostu do nich podejść i zakończyć sprawy w prosty sposób. Nie, żeby to nie było kuszące, ale zapewne zostalibyście pokrojeni na małe kawałki, zanim zbliżylibyście się do celu na mniej niż dwieście kroków. Dlatego musicie nauczyć się planować każde wasze posunięcie, być gotowym na każdą sytuację, i to nie tylko, gdy przyłapią was gdzieś, w ciemnym kącie – bo jak z taką sytuacją sobie radzić nauczy was Kenu – ale na przykład w czasie przyjęcia, audiencji czy też zwykłej przechadzki po mieście. Nauczę was tego wszystkiego, a także więcej. Dowiecie się jak manipulować ludźmi, by sami was do siebie zaprosili. Ale wszystko w swoim czasie. – z jednej strony powolny sposób mówienia André połączony z długim monologiem mógłby wywoływać senność, ale ton głosu, a także przeszywający wzrok mówiącego działały lepiej na koncentrację niż najsilniejsza kawa.
-Zakładam, że wszyscy znacie podstawowe języki, to znaczy wspólny, starszą mowę, krasnoludzki i hobbici. Jeżeli ktoś z was nie zna któregoś z tego kompletu, niech się go jak najszybciej nauczy we własnym zakresie, pomożecie sobie nawzajem. Niestety, zdarzą się w waszym przyszłym życiu sytuacje, w których to nie wystarczy. Dlatego nauczę was innych języków. Będą to proste języki, jak goblini czy orczy, ale także o wiele trudniejsze i ciekawsze, jak czarna mowa. – Gerino znał wszystkie wymienione do tej pory języki, włącznie z czarną mową. Był to specyficzny język, będący odmianą języka ciemnych elfów. Językiem tym posługiwały się osoby w jakiś sposób związany ze strefą mroku, czyli od wspomnianych ciemnych elfów, przez nekromantów, po inteligentne rasy nieumarłych.
- To oczywiście nie wszystko, ale przyjdzie jeszcze czas na kolejne tematy. Zaczniemy więc od języków, na początek jeden z najprostszych, czyli orczy…

* * *
Dzień szósty
No cóż, mogło być gorzej. Przynajmniej odzyskam część dawnej siły i zręczności, a i nauka magii nie zaszkodzi. Ech… już zapomniałem, jak męczące jest życie śmiertelnika… Przynajmniej na razie będę mógł odpoczywać w czasie zajęć z André - przez te wszystkie lata miałem aż nadto czasu, by nauczyć się najdziwniejszych nawet języków. No, chyba ze znowu mnie zaskoczą. Niepokoi mnie tylko, kiedy nadejdzie cięższy czas. Pogłoski o pięćdziesięcio procentowej umieralności w czasie szkolenia nie wzięły się z nikąd…


* * *
...:::Vado mori:::...
Emblemat użytkownika
g3rino
 
Wiadomości: 127
Dołączył(a): Pt sty 14, 2005 5:47 pm


Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość

cron