Satyrka na maksa z miłości rodzinnej;)

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

Satyrka na maksa z miłości rodzinnej;)

Wiadomośćprzez Orin » Śr mar 16, 2005 8:11 pm

Na początku chciałbym zaznaczyć, że wszystkie zdarzenia, nazwy i imiona inne niż dwójki głównych bohaterów są czysto fikcyjne. Oraz to, że
do publikacji tego opowiadania zmusiła mnie Aliani więc nie miejcie do mnie pretensji, ponieważ powstało ono na użytek własny i nie miało być udostępnione innym osobom.
Miłego czytania i mam nadzieje, że nie będe musiał zmieniać imienia postaci na LACu jeśli coś wam sie nie spodoba.



Satyrka na maksa z miłości rodzinnej;)

Rzecz zaczyna się w ciemnej, ale dość przyjemnej karczmie. Pogoda jak zawsze w Wals jest deszczowa, ale to już nikomu nie przeszkadza. Orin siedzi sobie przy stole w rogu sali i popija ciemny sok z winogron. Jest to dość przystojny elf o ciemnych krótko ściętych włosach. Jest tak pogrążony w swoich myślach, że nie zauważa kiedy do karczmy wchodzi Ailani.
– Cześć kuzynku. – Mówi i wymierza mu pięścią cios w plecy uśmiechając się przy tym niewinnie i słodko, po czym siada po drugiej stronie stołu.
– Jak się masz Ailani. – Odpowiedział Orin i kopnął ją pod stołem w piszczel, jak tylko policzył wszystkie gwiazdy, które pokazały mu się przed oczami. Ailani wzdrygnęła się, ale zachowała kamienną twarz. I na tym zakończyli ckliwe rodzinne powitanie. – Mam pewne i dobrze płatne zadanie do wykonania. Wchodzisz w to?
– A co mamy zrobić? Zamienić kogoś w ropuchę? Czy może pomóc ci dać się ogłuszyć trzydziesty raz pod rząd?
– Nie, nie będziemy bawić się w dziecinadę. Mamy dostarczyć pewien przedmiot o dużej wartości do Malis. Ot taka mała błyskotka, która może ci łeb urwać jak ją założysz, więc nie próbuj jej nawet przymierzać.
– Łe, a mi tak by się przydała nowa błyskotka. – Ailani zrobiła zawiedzioną mnie. – No, ale gadaj ile płacą.
– Jakieś dwieście tysięcy, jeśli dowieziemy przedmiot na czas i w dodatku cały.
– To całkiem sporo. No to kiedy wyruszamy?
– Najlepiej jutro, jak tylko otworzą bramy. Powinniśmy zdążyć, jeśli nie przydarzy się nam nic nieprzewidzianego.
– No to jutro rano tutaj, tak? I dzielimy się jak zawsze po połowie? – Upewniła się Ailani.
– No tak jak zawsze. Tylko się nie spóźnij. – odpowiedział Orin.
– Dobra, jak sprawy załatwione, to pogadajmy o czymś miłym. Ile poziomów zrobiłeś od naszego ostatniego spotkania? – Mówiąc to Ailani uśmiechnęła się złośliwie. Doskonale wiedziała, że ile by nie zrobił i tak nie ma szans, aby w najbliższym czasie ją dogonić.
– Tylko pięć. – Odpowiedział Orin i przygotował się na porcje ostrych docinków. – Ale do mojej bransolety dodałem dwadzieścia nowych elementów i klejnot kleryka, a ty nie masz żadnych nowych – dodał w myślach.
– Tylko pięć? Jeny! To jesteś dopiero na dwudziestym poziomie. Ale się wleczesz. Ja mam już czterdziesty piąty. No, ale nie każdy jest tak dobry, jak inni. Wiesz co, może jak byś tyle nie siedział w bibliotece i szkole, to byś miał więcej.
– Dasz ty sobie kiedyś spokój?! Ja staram się stąd wydostać po swojemu, a ty po swojemu. – Mówiąc to uśmiechnął się szyderczo.
Tego wieczoru jeszcze długo rozmawiali i przedrzeźniali się, zresztą jak zawsze, kiedy się spotykali. Na koniec pożegnali się tradycyjnie. Czyli Ailani nazwała go wredną małpą i kopnęła w piszczel pod stołem. Orin zaś stwierdził, że jak już Ailani się zakocha, to on da jej wybrankowi osikowy kołek i krzyżyk, bo będą mu bardzo potrzebne.

***
Rankiem następnego dnia Orin czekał na Ailani przed gospodą, już całkowicie przygotowany do drogi. Zobaczył ją, jak wyprowadzała konia i stwierdził, że to dobry moment na mały żarcik. Szybko wypowiedział słowa zaklęcia przerażenia i skierował je na konia. Momentalnie koń Ailani stanął dęba i zaczął się rzucać na wszystkie strony próbując uciec.
– Ailani, czyś byś zapomniała o makijażu? – Powiedział Orin do wciąż starającej się uspokoić konia kuzynki, uśmiechając się przy tym złośliwie.
– Nie, po prostu mu powiedziałam, że to z tobą wybieram się zarobić i jakoś tak się trochę spłoszył. – Odpowiedziała mu Ailani już całkowicie uspokajając konia. – A tak a propo to którędy masz zamiar jechać, co??
– A takim małym traktem za północną bramą. – Powiedział Orin i uśmiechnął się znacząco.
– Co?! Północnym traktem?! Czyś, tyś zwariował? We łbie ci się poprzewracało! Nawet na 60 poziomie nie są ludzie w stanie się tamtędy przedostać do Malis. – Elfka zrobiła taką minę, jakby właśnie patrzyła na totalnego wariata. A Orin się jedynie uśmiechnął.
– Spokojnie, już tamtędy szedłem. Nie jest aż tak źle. Jak się zna odpowiednie zaklęcia, to można bez obaw uniknąć wszystkich zagrożeń. Naprawdę.
– Ale czy nie możemy pojechać jakąś inną drogą? W końcu do Malis nie jest aż tak daleko, raptem siedem dni drogi. – Ailani dalej patrzyła się na niego jak na idiotę.
– A przez ten trakt trzy, a mamy jedynie cztery na dostarczenie przesyłki. Poza tym oprócz mobków nikt inny nie będzie tam na nas czyhał, a na innych będą wynajęte zbiry i możliwe, że to inni tacy jak my. No dalej zaufaj mi choć ten jeden raz, nie będzie aż tak źle. – Orin zrobił minę, w stylu: „ty nigdy mi nie ufasz, a ja tak się staram”.
– No dobra, ale jak mi się coś stanie, to zrobię ci z mózgu sieczkę, dobra?
– No, jak nie ma innego sposobu, aby cię przekonać, to dobra. Ale i tak się do mojego mózgu nie dobierzesz. Nie dam. – Orin uśmiechnął się złośliwie. Ailani podczas tej rozmowy zdążyła już wsiąść na konia i nie omieszkała tego wykorzystać na jakąś złośliwą uwagę.
– No dalej, co się tak wleczesz? Jak tak dalej pójdzie, to nawet za miesiąc nie dojedziemy do Malis, a mamy na to tylko 4 dni. – Orin tylko uśmiechnął się pod nosem i wsiadł na swojego konia. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały.
***

Trakt za północną bramą, prowadził przez gęsty i mroczny las, widać było że jest bardzo rzadko używany. Ailani i Orin jechali już od kilku godzin. Było spokojnie i nic nie wskazywało na to aby to miało się zmienić, ale mimo to zachowywali ostrożność, bo nigdy nic nie wiadomo.
– Całkiem tu przyjemnie, nie sądzisz? A ty tak bałaś się tej małej przejażdżki. – Orin po godzinie pokoju rozpoczął kolejną wojnę słowną, z zawadiackim uśmiechem na twarzy. – Chyba mój móżdżek jest bezpieczny jak w szwajcarskim banku.
– Nie była bym tego taka pewna, droga jeszcze daleka. Kto wie może znowu będziesz ogłuszony 30 razy pod rząd. – Ailani podjęła wyzwanie z braku lepszych zajęć w tej chwili.
– Nie masz lepszych, docinków że ciągle tego starego używasz. – Udał obrażonego.
– No dobra przepraszam, ale naprawdę to tak fajnie wyglądało, jak jeszcze dobrze przytomności nie odzyskałeś, a już ktoś cię z powrotem ogłuszał. – Ailani wybuchła śmiechem na wspomnienie wydarzenia sprzed kilku miesięcy. Orin próbował coś wykombinować, ale na ten docinek nigdy nie miał odpowiedzi i trzeba to przyznać, tym razem wojnę prowadził z przegranej pozycji.
Kiedy tak jechali, Ailani bezlitośnie wykorzystywała przewagę, jaką zdobyła na początku potyczki i bez litości znęcała się nad chłopakiem. Dobiegł ich z całkiem niedaleka głośny i przeraźliwy skowyt, a po nim odgłos walki. Jedno spojrzenie wystarczyło i już wiedzieli, co będą robić. Ailani rzuciła na nich zaklęcie tarczy, a Orin trzymał w pogotowiu kule ognia i oboje powoli zaczęli zbliżać się do źródła odgłosów. Kiedy weszli na dość obszerną polanę, zobaczyli kilkadziesiąt zwierzołaków i kilku graczy wycofujących się w gęstwinę po drugiej stronie polany. Na polanie zostało tylko jakieś ciało.
– Uciekają i zostawiają jednego ze swoich, tchórze. – Oburzył się Orin – No dobra sprawdźmy czy jeszcze oddycha zanim te bestie wrócą.
– W porządku, ja dalej trzymam na nas tarcze, a ty sprawdzasz co z nim.
Orin podszedł do ciała, popatrzył na obrażenia, sprawdził puls, ale kiedy obrócił ciało odskoczył jak oparzony.
– Co ci jest, ciała się aż tak boisz. Strachliwy się robisz na stare lata.
– Ale, to... to Anewra. – Elfka w tym momencie wybuchła nie pohamowanym śmiechem. – To wcale nie jest śmieszne, to jest tragiczne.
– Właśnie że twoja mina jest jak najbardziej śmieszna. – Mówiąc to Ailani nie przestawała się śmiać. – No dobra, ale przecież mimo wszystko trzeba jej pomóc. W jakim jest stanie?
– No w dosyć ciężkim, bez uleczenia się nie obejdzie. No i raczej to powinno być zaklęcie.
– Ale przecież to jedno z zaklęć kleryka, a nie magika, więc jak chcesz ty to zrobić? – Ailani była szczerze zdziwiona.
– Jak to jak? Tylko popatrz. – Powiedział Orin, uśmiechając się przy tym zawadiacko. Złożył ręce, wypowiedział zaklęcie, a potem przeciągnął obiema dłońmi nad ciałem rannej. Anewra na chwilę otworzyła oczy, ale była jeszcze zbyt słaba, by wstać. Potrzebowała kilku minut, aby dojść do siebie.
– Jak... jak ty to zrobiłeś ? – Elfka aż otworzyła usta ze zdziwienia. – Przecież... przecież to niemożliwe! Nie możemy znać zaklęć ani umiejętności innych profesji.
– Później ci powiem. I wiedz, że właśnie po to tyle przesiaduję w bibliotece i szkole, a nie włóczę się z jakimiś drabami po okolicy. Wiem jeszcze nie jedno.- Orin pokazał jej język, a na twarzy pojawił mu się wyraz triumfu. W tym czasie Anewra doszła do siebie i zanim biedny chłopak zdążył zareagować, rzuciła mu się na szyje.
– Orin, mój ty bohaterze! Wiedziałam zawsze że ty mi przyjdziesz na pomoc.- Elf niezgrabnie próbował wydostać się z objęć elfki, ale jakoś mu to nie wychodziło.
– No to ja was zakochanych może samych na chwilę zostawię. Trzeba uspokoić konie. Zaraz ruszamy.- Ailani z satysfakcją patrzyła, jak na twarzy Orina maluje się przerażenie, a usta poruszają się tak jakby mówił „Nie, tylko nie to, proszę”. Przed odejściem jeszcze szepnęła mu na ucho. – Spokojnie ona nie gryzie. – I z jeszcze większą satysfakcją patrzyła, jak elf wpada w panikę. Cichutko oddaliła się w stronę skraju polany wraz z końmi, pozostawiając kuzyna na łasce Anewry.
***

– Nie musiałaś zostawiać mnie sam na sam z nią. Wiesz, jak ja się czuję i że nie jest to przyjemne. To był cios poniżej pasa.- Skarżył się Orin swojej kuzynce podczas kończenia rozbijania obozu. Anewra wtedy już spała, aby następnego dnia być w pełni sił.
– No co ty, przecież nie jest tak źle. W końcu ktoś cię kocha, ciesz się z tego. – Ailani z uśmiechem patrzyła, jak Orin stara się rozpalić ogień za pomocą spreparowanych przez nią kijków, a do tego nie ma humoru dlatego, że przez kilka ostatnich godzin był z Anewrą, a ta mu nie daje spokoju nawet na pięć minut.- A po za tym, nigdy nic nie mówiłeś, że nie wolno używać innych do dręczenia siebie nawzajem.
– Co jest z tymi kijami? – Orin rzuca za siebie dwa kije, którymi przed chwilą starał się rozpalić ogień - z zresztą OGIEŃ! Nie będę się męczył. – Chłopak wstał z kucek i zajął się przygotowywaniem sobie miejsca do spania. – No wiem, ale ja ci takich numerów nigdy nie robiłem, a wiesz że ona się do mnie klei gorzej niż mucha do tej specjalnej taśmy, no wiesz, do lepu na much tego co widzieliśmy... – urwał i spuścił wzrok.
– Na ziemi – Ailani też posmutniała. Wspomnienie domu rodziło w jej duszy to samo, co w duszy Orina, smutek i tęsknotę za domem. Chwilę milczeli.
– Pamiętasz jeszcze naszą rodzinę, bo ja zaczynam zapominać. Jesteśmy tu już tak długo.- Powiedział Chłopak starając się powstrzymać łzy.
– Pięćdziesiąt lat... pewnie już mało kto z nich żyje.- Głos Ailani zaczął się łamać.
– I cholera jeszcze nikomu nie udało się stąd wydostać, wygrać. Co to za pieprzony świat, jak my się w ogóle tu znaleźliśmy. Nawet ci, co doszli do dziewięćdziesiątego poziomu, tak jak nam mówili, siedzą tutaj jeszcze. Ale kanał. No, ale w końcu też zostawili nam tę książkę.
- Weź się w garść baranie, bo zaraz się rozkleisz, a ja razem z tobą. – Ailani pacnęła kuzyna mocno, dłonią w plecy. – I o jakiej książce mówiłeś??
– O żadnej. – Orin uśmiechnął się zaczepnie.
– Oj powiesz, po-wiesz. – Ailani skoczyła na Orina i zaczęła mu tarmosić włosy.
– Nie ma mowy. – Mówiąc to chłopak śmiał się głośno.
– No to ostateczność. Gdzie ty miałeś te łaskotki?
– Dobra już mówię, mówię. Tylko nie łaskotki!!!!!!
– No dobra, ale odejdźmy od Anewry tam na skraj polany, bo to tajemnica. – Kiedy oddalili się na wystarczającą odległość i Orin upewnił się, że śpiąca dziewczyna ich nie słyszy, chłopak zaczął.
– No więc, w bibliotece jest taka książka, niby z zasadami co wolno, czego nie powinno się robić. I tam też jest coś takiego, że do tych bransoletek, co je mamy na rękach (z poziomem, umiejętnościami itp.) można uzbierać jeszcze dwieście części i jak się je uzbiera i będzie miało setny poziom, to będzie się w stanie wydostać stąd.
– I ty mi teraz o takim czymś mówisz, pacanie?! – Ailani wściekła się.- Ile to chciałeś trzymać w tajemnicy? Co?! Wredna małpo! A teraz gadaj, ile masz już części? Uduszę cię, jak zaraz...!
– Spokojnie, te części zebrać wcale nie jest tak łatwo. Ja mam dopiero dwadzieścia, a szukam już sporo czasu. A powiedział bym ci wcześniej, gdybyś mi ciągle nie dokuczała z tego powodu, że mam niższy poziom. – Orin uśmiechnął się do wściekłej dziewczyny i pokazał jej język. – A poza tym, mam coś dla ciebie. – Sięgnął do kieszeni i wyciągnął pięć malutkich przedmiotów. – To części podwójne, jakie znalazłem, do twojej bransoletki. – Mówiąc dał je dziewczynie.- Ale jak je włożyć, sama kombinuj. Ta najmniejsza jest najważniejsza, tyle ci powiem. – Ej, jak to się stało, że ja nigdy nie znalazłam tej książki?
– No bo po jej przeczytaniu schowałem ją między najnudniejsze tomy, tak aby nie każdy mógł ją znaleźć.
– Nieźle kombinujesz.
– Wiem w końcu mam łeb nie tylko od parady.
– Zazwyczaj bym się z tobą kłóciła, ale tym razem miałeś całkiem dobry pomysł. – Ailani uśmiechnęła się do kuzyna, po czym dodała. – Czas wracać do twojej wielkiej miłości. No ruszaj się, kobiety nie znoszą czekać.
– Wiem to, ale ta mogłaby na mnie czekać choćby do końca świata. Jednak woli przejąć inicjatywę. – Orin westchnął głośno i poszedł w kierunku obozowiska.
Kiedy elf nieśpiesznie dotarł do ogniska, Ailani zdążyła się już wygodnie usadowić i z miną zdradzającą wytężoną pracę mózgu zabrać się do kombinowania przy bransoletce. Orin nie miał najmniejszego zamiaru jej w tym pomagać, lubił patrzeć jak się nad czymś męczy. No i przynajmniej póki miała jakieś zajęcie, dała mu spokój. Podłożył do ognia i zabrał się za wypowiadanie jednego z zaklęć ukrycia. Potem jeszcze potraktował ich grupową niewidką i stwierdził, że najwyższy czas pójść spać.
***
Następny dzień niestety przyniósł im o wiele więcej kłopotów, niż by chcieli mieć. No i oczywiście nadmierna „zgoda” nie pomagała im w ich rozwiązaniu. A zaczęło się dość niewinnie biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia.
Na polanie było już jasno, kiedy Orin obudził się i ujrzał przed sobą polanę pełną złotych troli.
– Ooł – bezdźwięcznie wymówił i szturchnął kuzynkę, zatykając jej przy tym ręką usta, aby nic nie mówiła. Kiedy elfka otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła, obudziła w ten sam sposób Anewrę.
Na migi wszyscy troje ustalili, co będą robić, a raczej kuzynostwo popukało się nawzajem w głowę. Mieli dużo szczęścia, że często potrafili myśleć podobnie. Najmniej ze wszystkiego zrozumiała Anewra, która nie znała ich aż tak dobrze, żeby zrozumieć o co im chodzi. Elfy popatrzyły na siebie i jednocześnie wypowiedziały dwa zaklęcia: Orin grupową niewidkę, a Ailani strefę ciszy. Potem elf wydobył ze swojego chlebaka 3 fiolki elfich łez. Jedną wypił sam natychmiast, a pozostałe dwie podał dziewczynom do wypicia, po czym cała trójka szybciutko zwinęła obóz, wsiadła na konie i wyniosła się z polany, aż się za nimi kurzyło. Dopiero po godzinie jazdy nabrali na tyle odwagi, aby zacząć ze sobą cicho rozmawiać. A konkretnie to Anewra, która nie mając własnego konia wylądowała na jednym z Orinem, zachęcona tym, że Orin nic nie mówi, zaczęła się do niego przytulać tak mocno, aż nie wytrzymał i w końcu zaprotestował.
– Anewra, proszę cię, nie tak mocno. Nie mogę złapać oddechu. – Na te słowa Orina Ailani zachichotała cicho.
– Ale kiedy ja się tak boje, że te trolle nas złapią, a ty jesteś taki silny. – Mówiąc to elfka jeszcze mocniej przytuliła się do Orina. A rodzeństwo wymieniło między sobą spojrzenia mówiące „ co za banał”.
– Dobra, dobra, ale jak zaraz stracę przytomność to i tak cię nie uratuję, więc lepiej mnie puść. – Szeptem próbował się jeszcze ratować elf. Kiedy nagle wstrzymali konie, niedaleko od siebie ujrzeli grupkę wampirów węszących w poszukiwaniu ciepłego pokarmu. – Co u diabła oni tu robią?! Ailani czy oni mogą widzieć rzeczy ukryte? – Zapytał zdziwiony.
– Chyba nie, lub tylko wtedy, kiedy chcą. Nie jestem pewna, ale jakby mogli, to pewnie już by nas zaatakowali. Ale na wszelki wypadek, powinniśmy cichutko obejść ich szerokim łukiem. – Elfy zawróciły konie i już kiedy miały ruszyć...
– AAAAAAAA! Wamipiry! – Ailani za późno zakneblowała Anewre, która narobiła takiego wrzasku, że mobki od razu ich zlokalizowały.
– Za mną. Wiem, gdzie możemy się ukryć. – Powiedział Orin i ruszył galopem, a Ailani za nim. Po kilkuset metrach skręcili w gąszcz drzew. Elf nie przestawał popędzać konia, dopóki nie znaleźli się pod wielkim rozłożystym dębem. Wtedy tak gwałtownie go zatrzymał, że ten mu stanął dęba na chwilę. Elfka zatrzymała się kawałek dalej.
– Bierz tylko najważniejsze rzeczy i za mną. – Ailani posłusznie wykonała polecenie kuzyna. Wrzuciła do plecaka to, co jej się pod rękę nawinęło, klepnęła konia, aby odbiegł i podbiegła do elfa, który zdążył już wepchnąć Anewrę do otworu znajdującego się w korzeniach drzewa.
- Co to? Przecież tego tu przed chwilą nie było.
- Później ci wytłumaczę, a teraz właź nim krwiopijcy się zjawią. – Elf nie czekał, tylko wepchnął elfkę do otworu, po czym sam do niego wskoczył. Wszyscy troje odetchnęli z ulgą dopiero wtedy, gdy Orin zamknął otwór. Jednak dla Anewry nie był to głęboki oddech. Swoim krzykiem naraziła ich na niebezpieczeństwo. O ile Orin był skłonny nie wyładowywać na niej swojej złości, o tyle Ailani nie miała zamiaru jej tego darować. Odczekała ustawowe 10 minut, umieściła nad nimi kulę światła i zaczęła torturować Anewrę.
– Ty głupia dziewczyno! Ty idiotko! Czy ty wiesz co przez ciebie mogło się z nami stać?! Jak można być tak pustym?! Czy ty tam między uszami w ogóle masz jakiś mózg? – Ailani była wściekła i wyglądała naprawdę przerażająco. Nic dziwnego, że Anewra była sparaliżowana strachem. Kiedy już rozbiła ją psychicznie, zaczęła wypowiadać pewną bardzo paskudną klątwę, jednak w rzuceniu jej przeszkodził Orin klepiąc ją mocno w plecy.
– Ailani starczy. Przed nami jeszcze długa droga i lepiej żebyśmy wszyscy byli zdolni do walki. Później sobie na niej odbijesz. – Orin też był na nią wściekły, ale znał klątwy Ailani i stwierdził, że byłaby to za surowa kara. Ciarki przechodziły mu po plecach na samą myśl o ostatnim razie, kiedy kuzynka wypróbowała jedną z nich na nim. Wtedy cały miesiąc minął, zanim udało mu się ją zdjąć, no i niestety biegał z oślimi uszami, a na dodatek strasznie śmierdząc. Bardzo się cieszył, że nikt go wtedy nie spotkał, bo by miał przechlapane w całej krainie.
– Ok., ale wiesz że jak ją później dorwę, to będzie z nią jeszcze gorzej. – Zrobiła obrażoną minę i łaskawie przestała wyładowywać swoją złość na Anewrze.
– Wiem. Ale... – Nie zdążył dokończyć, ponieważ Anewra rzuciła mu się na szyję.
– Dziękuje, wiedziałam, że mnie obronisz, Orin.
– Nie przesadzaj! – Powiedział elf z naciskiem, stanowczo uwalniając się z jej uścisku. – Ja też jestem na ciebie wściekły, więc lepiej nie przesadzaj. Ale teraz do rzeczy, tu może być dużo bardziej niebezpiecznie niż na zewnątrz, co prawda jest to o wiele krótsza droga niż ta na górze. Jednak i tak musimy bardzo uważać jeśli nie chcemy znowu wpaść w tarapaty. - Orin miał bardzo poważną minę, a Anewra wpatrywał się w niego jak w obraz.
– Jak dla mnie to luz, tylko niech panna wielka gęba siedzi cicho. Za drugim razem to jej nie daruję. I co ona się na ciebie tak gapi?
– Nie wiem, ale czas nam ruszać. Gdzieś tu powinien być zjazd, 80 km w 2 godziny, potem wyjście niedaleko bramy i jesteśmy w Malis. Tylko tyłki będą nas bolały.
– Co? Jaki zjazd? – Ailani podrapała się po głowie.
– Zobaczysz, tylko cicho. Jak zaczniemy hałasować to glizdoludzie zjedzą nas na obiad. – Ailani z początku myślała, że kuzyn żartuje ale jego poważna mina sprawiła, że zmieniła zdanie. Spoważniała i tylko kiwnęła głową na znak zgody. Anewra ciągle milczała.
– W porządku, no to ruszamy. Tylko po cichutku.
Cała trójka powoli zaczęła się przekradać podziemnymi korytarzami. Orin oczywiście prowadził całą ich trójkę, spokojnie, ostrożnie, ale i szybko. Po około 20 minutach udało im się dotrzeć na miejsce.
– Uf, jesteśmy na miejscu i to bez większych problemów. – Orin odetchnął z ulgą.
– Niop, ale jak masz zamiar zjechać tym tunelem i nas nie zabić ?? – Ailani zrobiła zaciekawioną minę.
– Pamiętasz bobsleje? – Elf uśmiechnął się zaczepnie.
– Tak, ale co niby one mają do tego? – Ailani zrobiła jeszcze bardziej zaciekawioną minę.
– Może prościej: ten tunel ma minimalny współczynnik tarcia i delikatnie schodzi w dół. Nie wiem dla czego, ale tak jest. – Dodał aby wyprzedzić pytania kuzynki. – Wystarczy przemienić cokolwiek w coś podobnego do jednoosobowych sanek i zjechać. No wiesz, takie bobsleje jednoosobowe na kółkach - Mówiąc to zaczął przemieniać kawałek skały w podobne sanie, jednak kółka nie chciały mu się odpowiednio uformować, więc poprzestał na dziwnych sankach z hamulcami w postaci dwóch dźwigni.
– Wiesz co? To się nie uda. Nie, może ja nie jadę. – Ailani krytycznie oceniła pracę swojego kuzyna.
– Ok., proszę bardzo. W takim razie wracamy na powierzchnię i kończymy żywot jako karma dla wampirów. Ta opcja ci odpowiada?
– To mam rozumieć, że robimy kulig, tak?
– Niop, wyczaruj se sanki mądralo, ja wyczaruje jeszcze dla płaczka i zmywamy się stąd. To miejsce zaczyna mnie przyprawiać o ciarki na plecach. - Kiedy Orin skończył czarować i spojrzał na efekty pracy Ailani, które były bardzo podobne do jego, uśmiechnął się złośliwie z satysfakcją. Przynajmniej nie będzie się czepiać jego sanek.
– Dobra świrek, wiążemy w kulig, czy puszczamy wolno? – Ailani nie bardzo podobał się pomysł z kuligiem, miała nadzieje że Orin zrozumiał wcześniejszą ironię.
– Nie no bez przesady. Choć mogłoby być zabawnie. Szczególnie jak ty byś jechała na przedzie. – Orin zrobił rozmarzoną minę.
– Tak i jakby co, to ja bym miała połamane kości.
– Lepiej ty niż ja. Dobra lepiej już ruszajmy. Ja jadę pierwszy, potem ty, a na końcu płaczek.
– Czemu płaczek ma jechać na końcu? Nic się jej nie stanie. – Orin ustawił swoje sanki na wlocie tunelu.
– No i może nie narobi hałasu. Wolę już się poobijać, niż znowu wpaść przez nią w tarapaty i mocniej oberwać. Ruszasz dwie minuty po mnie, a Anewra dwie po tobie, ok.? A i starajcie się zbytnio nie rozpędzić. W końcu chcę przeżyć ten zjazd. – Obie elfki skinęły głowami na znak że się zgadzają. Orin odetchnął głęboko, mocno się odepchnął i wsiadł do sanek. Ailani odczekała dwie minuty i ruszyła za kuzynem, Anewra zrobiła to samo. Zjazd przebiegł bez problemu.
Orin bez problemu dotarł do wylotu tunelu, jednak po raz kolejny czekała na niego niespodzianka. „Co to ? Dzień robienia na złość Orinowi? Cholera i jeszcze przy wyjściu, lepiej nie mogli wybrać.” pomyślał, kiedy zobaczył dwudziestu troli smacznie śpiących przy ognisku w drugim końcu tego dużego podziemnego pomieszczenia. Na szczęście ani jeden jak na razie się nie obudził. Elf rzucił zaklęcie bariery ciszy w okolicy połowy odległości między nim a trolami, odsunął sanki na bok i spokojnie poczekał, aż Ailani wyjedzie z tunelu.
– Tylko spokojnie, jak się obudzą to nie wyjdziemy stąd żywi. – Powiedział wskazując na troli.
– To czemu nie szepczesz idioto? Zaraz ich obudzisz. – Ailani spojrzała na kuzyna tak, jakby miała zaraz go zbić i delikatnie odsunęła na bok swoje sanki.
– Spokojnie, bariera ciszy. Nawet jak płaczek zacznie znowu się drzeć to się nie obudzą. – Elf uśmiechnął się triumfalnie. Anewra w tym momencie wyjechała z tunelu.
– Zaraz ci coś pokażę, ale tylko piśnij, to ci krzywdę zrobię kapewu? – Powiedziała Ailani kneblując jedną ręką Anewrę. Potem obróciła ją i wskazała na śpiące trole. – Mogę już cię odkneblować?- Anewra kiwnęła głową na znak zgody.
– Co robimy? – Powiedziała ledwo słyszalnym szeptem.
- Myślałem o tym, abyśmy przelecieli koło nich. Mamy jeszcze niewidkę, więc jeśli nie będziemy hałasować to powinno nam się udać. Co ty na to Ailani?
– No pomysł może być, jak na ciebie jest całkiem niezły. Zwykle w ogóle nie masz pomysłów. – Elfka uśmiechnęła się złośliwie.
– Więc ruszajmy, szkoda czasu. – Orin zignorował uwagę kuzynki. Cała trójka spokojnie rzuciła zaklęcia latania i cicho poleciała w stronę wyjścia. Wszystko wskazywało na to, że tym razem im się uda spokojnie ominąć zagrożenie, jednak nie mogli mieć tyle szczęścia. Jeden z troli obudził się, przeciągnął, podniósł maczugę leżącą koło niego i zamachnął się dla rozprostowania kości. Orin i Ailani błyskawicznie podnieśli pułap lotu. Maczuga minęła ich o włos. Anewra miała mniej szczęścia, maczuga trafiła ją w ramię. Siła uderzenia odrzuciła ją z powrotem w pobliże tunelu. Na szczęście bariera ciszy jeszcze nie opadła i stłumiła odgłos upadku. Orin natychmiast poleciał sprawdzić w jakim jest stanie, a Ailani nie pozwoliła aby trol połączył fakt uderzenia w coś, z czyjąś obecnością w pomieszczeniu i rzuciła na niego zaklęcie snu. Trol zwalił się na ziemię z dość dużym hukiem. Inne trole się przebudziły i tępawo rozejrzały dookoła. Orin już zdążył rzucić ponownie niewidkę, więc zobaczyły tylko tuman kurzu koło jednego z nich. Nie wzbudziło to ich zainteresowania, więc poszli dalej spać, a elfka odetchnęła z ulgą.
– Co z nią? – Ailani zapytała Orina, kiedy już do nich doleciała.
– Jest ogłuszona, no i chyba ma złamany bark. Wyjdzie z tego, nie ma się o co martwić. – Powiedział Orin przerzucając ją sobie przez ramię.
– Co ty robisz? Nie lepiej było by ją uleczyć? – Ailani była szczerze zdziwiona.
– Nie. Teraz powinno być z nią o wiele mniej kłopotu, nie sądzisz? – Orin uśmiechnął się zawadiacko.
– I masz ją zamiar nieść taki kawał ?
– W sumie to nie tak daleko. Na końcu tamtego tunelu są drzwi, którymi się wychodzi pod samymi murami Malis. Ruszajmy lepiej, zanim te durnowate bestie stwierdzą, że czas wstawać. – Tym razem przelecieli obok troli bez żadnego problemu. Spokojnie dolecieli tunelem do drzwi i wyszli z podziemi na słoneczny trakt prowadzący do Malis.
– Za tamtym zakrętem jest już brama i koniec naszych męczarni. – Orin miał już rozmarzony wyraz twarzy.
– Ty, młotek, nie rozmarzaj się tak, bo jeszcze na tych trzystu metrach nas utłuką. – Ailani pacnęła kuzyna w ramię.
– Nio, masz rację. Lepiej się stąd zmywajmy. Dzisiaj to już chyba nic by mnie nie zdziwiło.

***

Orin i Ailani, po zostawieniu Anewry u uzdrowiciela, poszli do kupca Magnaka odebrać swoją nagrodę.
– Już jesteś z powrotem? – Kupiec był szczerze zdziwiony. – A co z moją przesyłką? Jest cała? Możesz mi ją pokazać?
– Tak, tak, tylko się uspokój. – Orin wyciągnął z plecaka przepiękny starodawny naszyjnik i położył go na ziemi. Potem zabrał się za odmawianie bardzo starej formuły metamorfozy, a kiedy skończył w miejscu, w którym wcześniej leżał naszyjnik stała mała, słodka dziewczynka w wieku około 8 lat. Mała, kiedy tylko otrząsnęła się z odrętwienia spowodowanego zaklęciem, pobiegła w stronę Magnaka krzycząc „ Tata! Tatuś!”. – Zadowolony? Zgodnie z umową dostarczam ci córkę całą i zdrową. – Kupiec kiwnął głową.
– Oto umówiona zapłata: 200 tysięcy, równo podzielone na dwa plecaki. – Powiedział, a służba podała elfowi dwa ciężkie plecaki wypchane monetami. Jeden z nich Orin od razu oddał Ailani. – Nie przeliczysz?
– Później. Jeśli mnie oszukałeś, to tu po prostu wrócę i się z tobą rozliczę. – Orin mówiąc to zrobił grobową minę. Poczym razem z Ailani odwrócili się i opuścili willę kupca. Kiedy już byli na zewnątrz, elfa zaczęła zadawać swoje pytania.
– O co tu w ogóle chodziło? Czemu mi nie powiedziałeś czym tak naprawdę jest ten naszyjnik? I dlaczego zamieniłeś ją w naszyjnik, a nie na przykład w żabę? – Orin wiedział, że musi odpowiedzieć, bo Ailani nie da mu spokoju, a jeśli nie powie po dobroci, to może go to bardzo boleć.
- To było tak, że jakieś zbiry mu groziły, że jeśli nie zapłaci, to mu zabiją dziecko. On nie chce płacić, ale też nie chce, żeby jego córce stała się krzywda, więc postanowił ja ściągnąć do domu z prywatnej szkoły z internatem, do której mała chodzi. Tu miał problem, bo nikt nie chciał się podjąć tego, bo ten zbir to jakiś wredny gość, no i tu ja zgłaszam się na ochotnika. Facet się zgadza i podaje termin, do kiedy mam czas. No i to by było chyba na tyle.
– No, ale dlaczego nie zamieniłeś jej w żabę? Przecież to takie słodkie. – Ailani zrobiła zawiedzioną minę.
– Czy ty w głowie masz tylko żaby? – Orin spojrzał się na nią, jak na idiotkę. – Jakby miała nogi to przecież mogłaby nam gdzieś zwiać i byśmy jej już nie znaleźli, a biżuteria jest całkiem niezłą przykrywką.
– W sumie to jak byś ją zamienił w króliczka, też by nie było źle. – Ailani bezczelnie zignorowała wcześniejszą wypowiedź kuzyna. – A, właśnie sobie przypomniałam, że miałam ci zrobić z mózgu sieczkę – Ailani uśmiechnęła się złośliwie.
– Co? Przecież nic ci się nie stało i do tego zarobiłaś 100 tysięcy.
– Ale i tak zawsze chciałam to zrobić. Tylko najpierw zanieśmy złoto do banku, potem możesz zacząć uciekać. – W oczach Ailani zapaliły się słodkie iskierki, a Orin naprawdę zaczął się bać i myśleć, gdzie by tu się ukryć.
Emblemat użytkownika
Orin
 
Wiadomości: 26
Dołączył(a): Śr maja 07, 2003 3:08 pm

Wiadomośćprzez _Onori_ » Pt maja 13, 2005 7:58 pm

Hehe.... no nie , ładnie to tak nie wspomnieć o swoim kofanym wójciu ? :> my się przecież tak lubimy ;]
_Onori_
 
Wiadomości: 2
Dołączył(a): Wt lut 08, 2005 10:05 am


Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość

cron