"MRÓZ"

Opowiadania o historiach dziejących się w świecie Laca.

Moderatorzy: Thail, łowcy trolli

"MRÓZ"

Wiadomośćprzez Thail » Cz wrz 11, 2003 8:22 pm

Niestety mam remont w mieszkaniu i przez jakieś 4 bądź 5 dni będę trochę bardziej zajety niż zwykle. Dlatego zamieszczam tylko część krótkiego opowiadania. A oto one ( Czytajcie i komentujcie :grin: ) :

„MRÓZ”

„Zimno mi... Nic nie słyszę... Bolą mnie oczy i nic nie widzę... Moje ciało jest sparaliżowane całunem zimna ... Czuję jak śmierć czeka na mnie w pobliżu chcąc zabrać moje przygasające życie... Ale się nie doczeka, nie może mnie zabrać... Jak to się stało, że tu jestem?... Aha już pamiętam... Gdybym tylko mógł poruszyć ręką lub jakąś inną częścią ciała... jestem jak zawieszony w próżni... ta... taki samotny. Zastanawiam się czasami, czy śmierć nie byłaby lepsza niż to więzienie?A może ja już nie żyję, a to kara za moje zbrodnie? Nie!... Gdybym był martwy nie odczuwałbym tego tępego bólu, który nie daje mi wytchnienia nawet podczas snu... Kim jestem i dlaczego się tu znalazłem?... Pamiętam... nie mogę zapomnieć, gdyż kosztuje mnie to zbyt dużo cierpień... Dlaczego mnie po prostu nie zabił, gdy mógł?!!... Dlaczego wystawił mnie na takie tortury bez możliwości ułaskawienia ?... Chcę umrzeć i wreszcie odpocząć, aby otrzymać ukojenie... Czemu ja? Ah... Pamiętam dlaczego Ja, ale nie mogę sobie przypomnieć wszystkiego... Ciało jest jak klatka dla duszy, a w moim przypadku stało się wiezieniem z torturami w jednym. Umysł istoty żywej potrafi być uśpiony, lecz nie wspomnienia. Nie myślę już o przyszłości, ale o mojej przeszłości. Czy mogłoby się to skończyć inaczej ? Chyba nie, ale... Argh... CO ZA BÓL !!!... Już wiem!... Nazywam się Cyd i zostałem potępiony przez... nie pamiętam. Mój umysł pomału pragnie przypomnieć sobie zamierzchłe wydarzenia, ale powstałe przez lata luki i blokady utrudniają mu to. Zacznę może od początku. Nazywam się Cyd i byłem Wybranym... Dobrze, a teraz coś z dzieciństwa... Urodziłem się w Vergardzie w jednej z zamożnych rodzin ciemnych elfów, która dorobiła się handlując z kupcami z Drimith i Leander. Jako dziecko straciłem rodziców podczas ... zapomniałem... Musiałem uciekać do Midgaardu, gdzie... pobierałem nauki u najlepszych złodziei dla których później musiałem kraść i wykonywać jakieś misje. Pierwszy raz dowiedziałem się o tym, że jestem Wybranym, gdy... Pamiętam, moi rodzice zostali zabici podczas wojny i straciliśmy cały majątek... Arghhh... Co za ból, wdziera się do mojego umysłu i chyba zaraz rozsadzi mój mózg. Nigdy przedtem nie wiedziałem co to są Wybrani i dlaczego są? No może widziałem kiedyś przelotnie jednego z Nieśmiertelnych, ale to tylko przez ułamek sekundy. Był wysokim i barczystym człowiekiem o szlachetnych rysach i bystrych oczach. Nosił długą bogato zdobioną złotem i srebrem szatę. Na szyi zawieszony miał dziwny medalion, którego nie mogę sobie przypomnieć, lecz wiem, że był najwspanialszą rzeczą jaką kiedykolwiek widziałem.
Zapragnąłem stać się wielką osobistością, ale złodziej z podmiejskich kanałów nie ma lekko. Heh... Moje życie było pasmem niepowodzeń i złych decyzji. Na początek zabiłem mojego nauczyciela i mistrza gildii złodziejskiej w Midgaardzie. Chciałem przejąć po nim cały... khem... powiedzmy interes, ale pozostali z grupy mieli mi za złe sposób w jaki zabiłem przywódcę i musiałem uciekać. Wtedy zaczęła się cała historia, która później przyczyniła się do mojego upadku i...”
...


Ostatnio edytowano Cz lut 03, 2005 1:14 am przez Thail, łącznie edytowano 1 raz
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Thail » N wrz 14, 2003 12:33 pm

...
Wzdłuż ulicy żebrało kilkanaście osób. Wielu biedaków nie miało kończyn, a niektórzy chorowali na ciężkie schorzenia, które wykluczały ich z życia publicznego. Ich skóra rozpadała się pod najlżejszym dotykiem, a twarze mieli tak zeszpecone, że nie przypominały już ludzkich. Jednak inne rasy były odporne na te chorobę i mówiły, że to kara dla ludzi, którzy przybyli i zaczęli niszczyć wszystko wokół siebie. Dotknięty chorobą osobnik był odpychany przez najbliższych, znajomych i nie miał szans na znalezienie pracy, gdyż wszyscy bali się, że ich zarazi. Zakładali wtedy kaptury, długie stare szaty i udawali się na ulicę, gdzie wyżebrywali trochę jedzenia, a czasami coś więcej.
W najciemniejszym rogu uliczki siedział zakapturzony osobnik, który trzymał się z daleka od pozostałych. Oparty plecami o ścianę wpatrywał się w niebo nie zwracając uwagi na trzymaną w rękach miskę. Był młody i nie musiał żebrać jak inni, ale musiał się ukrywać i wiedział, że nikt nie odważy się szukać go w tym towarzystwie. Jego miejsce w porównaniu do miejsc, które zajmowali zarażeni było czyste i w miarę zadbane. Jeśli potrzebował informacji co dzieje się na głównej ulicy pytał się żebraków siedzących najbliżej wyjścia. Rzadko jednak się odzywał i zwykle nie potrzebował ich pomocy, a raczej ich unikał i nie dlatego, że bał się zarażenia. Wiedział od dawna, że zarazę roznosiły szczury kanałowe, a nie ludzie. Oni tylko padali ich ofiarą, a on był bezpieczny, gdyż nie jest człowiekiem. Przez chwilę poczuł nawet współczucie dla tych marnych istotek, ale szybko przytłumił to uczucie pogardą. Skoro są tacy mądrzy to czemu sami się nie wyleczą lub nie pomoże im ktoś z ich rodzaju ?
Wydobył sztylet i zaczął przyglądać się jego ostrzu, które było umazane zaschniętą krwią.
... Ludzie uważają, że jeśli zabije się niewinną ofiarę to jej krew zostaje już na zawsze na ostrzu, którym zadano śmiertelny cios. Co za bzdury...
Zabił jakiś tydzień temu człowieka, który był przez wiele lat jego przyjacielem, a może czymś więcej ... może ojcem, który zginął, gdy uciekł z Vergardu. To już nie ma znaczenia, co się stało, to się nie odstanie choćbyśmy żałowali tego całym sercem.
- On nie zasłużył na taką śmierć... – Wyszeptał przez zaciśnięte gardło i schował broń za pas.
- Kto nie zasłużył? – Odezwał się jakiś głos za jego plecami.
Odwrócił się spokojnie i ujrzał starego żebraka, który nie miał jednej nogi. Cyd przybrał beznamiętny wyraz twarzy i zbył starca milczeniem. On jednak się nie poddawał i wystawił swój kikut tak, żeby go widział po czym odparł.
- Olbrzymi troll. Uderzył raz maczugą, a kości i ciało same puściło. Ledwo uciekłem i gdyby nie pomoc Wybranego już dawno bym nie żył.
- Hmmm czego ode mnie chcesz dziadku? – Zapytał w końcu znużonym głosem i spojrzał w oczy rozmówcy – Jestem zmęczony...
- Chciałem tylko się dowiedzieć dlaczego siedzisz tu, a nie w jakiejś pracy. Jesteś młody i zdrowy, a siły na pewno ci nie brak. Dlaczego więc nie znajdziesz sobie pracy i nie założysz rodziny?
- To ma sens staruszku co gadasz – Znowu zaczął spoglądać w niebo nie zwracając uwagi na zamieszanie przy wyjściu z uliczki – Ale ja miałem już pracę i wcale mi się nie podobała. Więc zabiłem swojego szefa i przestałem być złodziejem oraz chłopcem na posyłki...
- Więc jesteś bohaterem!!! – Ucieszył się żebrak i zamarł – Ale dlaczego tu jesteś? Czemu nie siedzisz w miejskim biurze burmistrza i nie odbierasz nagrody?
Cyd uśmiechnął się smutno i odparł spokojnie.
- Ty nic nie rozumiesz, prawda? Nie jestem żadnym bohaterem tylko zdrajcą, który zabił swojego przyjaciela podczas snu, a nie w uczciwej walce. Moi byli przyjaciele teraz mnie ścigają i chcą zabić, a ja nie mam szans na uniknięcie ich zemsty...
- Ale i tak zabiłeś przywódcę złodziei, a to było dobre i dla mnie jesteś bohaterem – Mówiąc to żebrak uśmiechał się serdecznie, a w oczach dostrzec można było zapał i podziw. Nawet Cyd poczuł się lepiej widząc entuzjazm rozmówcy i dając kilka złotych monet staruszkowi odparł.
- Dziękuję... – Jego twarz znów przyjęła kamienny wyraz, lecz teraz było w niej coś drapieżnego – I nie waż się nikomu mówić o mnie! Bo zanim umrę zabiorę Cię ze sobą.
Uśmiech na twarzy starca znikł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i pojawiła się trwoga, niepewność, a w końcu strach. Skłonił w podziękowaniu głowę i odszedł do reszty, gdzie zrobiło się zamieszanie wokół jakiegoś przybysza.
...
Ostatnio edytowano Cz lut 03, 2005 1:32 am przez Thail, łącznie edytowano 1 raz
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Thail » N wrz 14, 2003 11:37 pm

...
Był to młody człowiek ubrany w długie szaty, które najczęściej były używane przez kleryków. Włosy opadały mu na szerokie ramiona, a ręką wykonywał szereg dziwnych gestów. W oczach dostrzec można było radość i współczucie dla wszystkich. Z twarzy nie schodził mu szeroki uśmiech, którym obdarzał wszystkich zebranych wokół niego. W końcu przemówił do licznie zebranych biedaków.
- Przyjaciele! Wasza choroba nie jest już zagrożeniem dla waszego życia, gdyż w gildii kleryków prowadzonej przez Wildeatha, ojca zakonu, wynaleziono uzdrawiający czar - Jego głos był donośny i melodyjny. Z rąk zaczęła emanować niebieskawa poświata, która obejmowała zakażonych. Dotknięci leczniczą mocą ludzie odzyskiwali utracone części ciała i na powrót stawali się zdrowi oraz wolni od cierpienia.
Po chwili, gdy na ulicy nie pozostał już żaden chory wyciągnął sakiewkę i zaczął rozrzucać złote monety. Ludzie płakali i śmiali się na przemian. Wykrzykiwali pochwały i podziękowania. Młodzieniec uśmiechał się tylko szerzej i mówił ze skromnością.
- Te pieniądze pozwolą Wam znowu żyć normalnie. Teraz możecie powrócić do swoich rodzin, które z pewnością opłakują Was.
Ludzie zaczęli wychodzić z uliczki, najpierw niepewnie, później spokojnie szli drogą śmiejąc się ze zdziwionych przechodni i gapiów. Niektórzy ruszyli do rodzinnych domostw, inni poszli do karczmy wypić za zdrowie młodego kleryka i wszystkich bogów. Część udała się do świątyni podziękować bogom za łaskę nad ich marnymi życiami.
Po jakimś czasie został już tylko Cyd, który nie zamierzał nigdzie iść. Młodzieniec dostrzegł siedzącą w cieniu postać i podszedł do niej. Nachylił się nad ciemnym elfem i odparł zmartwionym głosem.
- Dlaczego się nie cieszysz i nie wracasz do swojej rodziny ?
Złodziej choć początkowo miał zbyć milczeniem kleryka odpowiedział.
- Nie mam domu, ani rodziny, gdzie mam wracać ?
- W takim razie stwórz swoją. Mogę Ci dać trochę złota na początek, a później znajdziesz sobie jakąś pracę i ...
Nie dokończył.
Ostrze sztyletu wbiło się w klatkę piersiową tuż nad sercem. Krew trysnęła na ubranie Cyda, który drugą ręką podtrzymywał młodzieńca, żeby nie przygniótł go ciężarem swojego bezwładnego ciała. Czerwona posoka leniwie spływała po ostrzu broni na rękawy i koszulę mordercy. Ciemny elf trzymając człowieka patrzył mu prosto w oczy, które teraz stały się zamglone. Przez moment słyszał słaby odgłos bijącego serca, które co chwilę zatrzymywało się i z coraz większym trudem wznawiało swoją pracę. W końcu ciężar stał się nie do wytrzymania i odrzucił zwłoki na bok. Kleryk padł twarzą w kałużę i umarł.
... Najdziwniejsze było to, że, gdy go zabijałem nie widziałem na jego twarzy strachu przed śmiercią. Smutek, rozgoryczenie, zdziwienie, ale nie przerażenie. Do dzisiaj nie wiem jak mogłem tak postąpić, ale teraz mam wiele czasu na przemyślenia ...
Wstając wydobył sztylet z ciała i odrzucił go sycząc z bólu. Ostrze broni świeciło szkarłatną poświatą i gdy jej dotykał paliła żywym ogniem. Po następnej nieudanej próbie odzyskania sztyletu odrzucił go z obrzydzeniem do studzienki kanalizacyjnej. Otrzepał się z brudu i owinął płaszczem zakrywając plamy krwi na koszuli i rękawach. Kopniakiem odwrócił martwego człowieka i wyciągnął sakiewkę ze złotymi monetami. Spoglądając ponownie na twarz leżącego kleryka dostrzegł u niego pewną zmianę. Jego oczy stały się puste jakby po śmierci zatraciły cały kolor i blask. Cyd nie zamierzał dłużej czekać, aż ktoś go nakryje i wezwie straż miejską, musiał uciekać. Odwracając się w stronę wyjścia dostrzegł przez chwilę staruszka z którym rozmawiał przed przybyciem młodzieńca. Spojrzał zszokowany na niego i uciekł nie oglądając się za siebie. Złodziej podrzucił ciężką sakiewkę do góry i uśmiechnął się na myśl o karczmie i alkoholu.
... Przysięgam, że wtedy na twarzy tego starca dojrzałem łzy! I to nie tylko nad zamordowanym przeze mnie młodym człowiekiem, ale co najdziwniejsze nade mną. Zawiodłem Go, myślał, że jestem bohaterem, który zgładził mistrza gildii złodziejskiej, a tymczasem zabiłem jedną z najbardziej dobrych istot jakie żyły na świecie. Czemu to uczyniłem? Nie wiem, ale przyszło mi zapłacić za to słoną cenę...
W karczmie, aż roiło się od ludzi, którzy świętowali wraz z przyjaciółmi pijąc do upadłego.
Cyd zajął stolik jak najdalej od okien i zamówił butelkę piwa i dwa wina. Po wypiciu jednego wina zamówił pieczeń i kurczaka. Najedzony i lekko podchmielony zaczął się przyglądać ludziom wokół niego. Wiele dni minęło nim postanowił się ujawnić i właśnie teraz uświadomił sobie dlaczego? Pijani ludzie i krasnoludy śpiewali zbereźne piosenki i obmacywali kelnerki. Piwo i wino wylewało się litrami na stoły i podłogę. Co chwila dochodziło do małych bójek, które szybko były tłumione. Jednak nie wszyscy się bawili co nie uszło uwadze Cyda. Kilku dziwnie ubranych osobników nie spuszczało z niego wzroku. Obserwowali każdy jego ruch czekając na odpowiednią okazję do...
...To było takie dziwne... czułem, że Oni wiedzieli co zrobiłem, ale skąd?...
Niewiele myśląc zerwał się od stołu i zostawiając kilka złotych monet ruszył do wyjścia. Żadna z obserwujących go postaci nie ruszyła za nim. Zatrzasnął za sobą drzwi i odetchnął z ulgą, lecz za wcześnie. W ciągu sekundy otoczyło go kilka zamaskowanych postaci. Instynktownie chwycił za sztylet i wtedy i spostrzegł, że nie ma broni bo jej się pozbył. Jeden z oprawców wyszedł do przodu i wbijając szablę w brzuch złodzieja odparł skrzeczącym głosem.
- To za Naszego mistrza!
Cyd poczuł, że ostrze przekręca się w jego wnętrznościach sprawiając mu niesamowity ból. Świat wokół zaczął wirować i poczuł uderzenie o twarde podłoże, a potem kolejne ukłucia, których było coraz więcej. Po chwili zapanowała ciemność i nic już nie czuł. Widział swoje ciało unosząc się jakiś metr nad nim. Jego martwa powłoka leżała cała we krwi podziurawiona niczym ser.
Zapadła ciemność.
Poczuł odprężenie i usłyszał głos.
WSTAŃ I CHODŹ DO MNIE !
Ostatnio edytowano Cz lut 03, 2005 1:51 am przez Thail, łącznie edytowano 1 raz
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Thail » Cz wrz 18, 2003 2:09 pm

...
... Bałem się, ale jednocześnie nie byłem w stanie oprzeć się głosowi, który mnie przyzywał do siebie. Nie wiedziałem co to jest, a jednak podążałem za nim niczym zahipnotyzowany. Nigdy wcześniej nie miałem takiego mętliku w głowie. To był mój pierwszy raz i nie ostatni ...Cyd z trudem podniósł się z ziemi i poczuł pod rękami coś dziwnego. Dłonie miał umazane w krwi, która pokrywała całe podłoże niczym jakiś dywan z koszmarnych snów. Odetchnął głęboko i ruszył ku swojemu przeznaczeniu nie mając żadnego wpływu na przyszłe wydarzenia. Z przerażeniem w oczach przyglądał się mijającym go ciemnym postaciom. Każda z nich nosiła kaptur, który swym cieniem zasłaniał oblicze, a i zdolności ciemnych elfów nie pozwoliły mu dojrzeć ich twarzy. Były jakieś takie rozmazane i nierealne jak z jakiegoś snu lub mary nocnej. Jedyne co po sobie zostawiały to krew, wszędzie pełno czerwieni. Gdzieniegdzie leżały białe czaszki i kości dopełniając tego makabrycznego krajobrazu.
...Nie pamiętam ile czasu spędziłem w czyśćcu nim znalazłem to czego szukałem...
Za kolejnym zakrętem pojawiło się małe światełko pochodzące z jakiegoś otworu w suficie o ile można nazwać tak ciemna chmurę. Złodziej spojrzał w jej kierunku i zdrętwiał nie mogąc wydusić nawet krzyku. Chciał zapłakać nad swoim losem, ale nie był wstanie. Widział swoje własne martwe ciało leżące bezwładnie w kałuży krwi, która uchodziła z cięć i dziur po zadanych ciosach.
...Nie zapłakałem nad swoim marnym życiem nawet, gdy miałem okazję, a może powinienem...

CHODŹ DO MNIE !!!

Głos stał się stanowczy i rozkazujący. Mimo, iż Cyd nie podejrzewał, że zrobi chociaż jeszcze jeden krok ruszył na wschód i trafił do ciemnego pokoiku.
Pomieszczenie oświetlały świece ustawione na ludzkich czaszkach. W suficie był podobny otwór jak na zachodzie, ale z tego nie wydobywało się żadne światło. Do ścian przylegały regały pełne książek i niesamowitych przedmiotów. Za biurkiem siedziała osoba, niestety ciemności panujące na środku pokoju nie pozwalały dojrzeć jej w całej okazałości. Cyd był jednak ciemnym elfem i nie potrzebował światła, aby zobaczyć swojego gospodarza.
Była to wysoka postać w szarawym płaszczu długim do samej ziemi. Na szyi wisiał złoty amulet; w ręce trzymał pióro i jakąś kartkę. O mebel oparta była kosa, której głowica zrobiona była z czaszki, chyba ludzkiej jak większość rzeczy w pomieszczeniu. Ostrze umazane było zaschniętą posoką i widać było, że dawno go nie używano. Puste oczodoły czaszki spojrzały na Cyda i usłyszał w głowie ten sam głos co wcześniej..
- Hmmmm Cyd, ciemny elf, z zawodu złodziej ...
- Ta... tak... – Odparł niepewnie i spojrzał na siedzącą naprzeciwko go postać.
- Ależ tak, gdzie moje maniery. Jestem Żniwiarzem. Od teraz, jeśli umrzesz trafisz tutaj i będziesz miał możliwość zabrania wszystkiego co posiadałeś ze swojego martwego ciała...
...Nie słuchałem go wtedy. Byłem zbyt przerażony i zdziwiony zarazem. Za Żniwiarzem leżały jakieś ciała w tym i moje. Było ubrane jak ja za życia i wyglądało tak samo. To było niesamowite, a najdziwniejsze było to, że wydawało mi się, że widziałem przez chwilę zwłoki zabitego przeze mnie kleryka. Jednak martwe ciała nie wyparowują, gdy się na nie patrzy...
- Ach tak, widzę, że dostrzegłeś to co należy do Ciebie. Więc streszczę się i pozwolę Ci opuścić to nieprzyjemne miejsce. Postaraj się nie trafiać tu za często, ale jeśli musisz... Po prostu nie lubię dużo pracować – Ziewnął i przeciągnął się w fotelu zrobionym ze szkieletów.
- Ta... tak... To znaczy, że mogę wrócić?! – Krzyknął z niedowierzaniem ciemny elf.
- Jak najbardziej – Uśmiechnął się Żniwiarz i podał mu jego ciało – Tu są twoje rzeczy, które dla ciebie przeniosłem.
Cyd szybko obszukał ciało i już po chwili był gotowy do opuszczenia podziemi. Nie oglądając się za siebie rzucił się do wyjścia i wyszedł... w świątyni.
...To było wspaniałe znowu móc oddychać świeżym powietrzem żywych... taaak znowu żywy. Wróciłem i miałem tyle nowych perspektyw na przyszłość. Byłem nieśmiertelny i niepokonany. Jeśli mnie ktoś zabije to zawsze powrócę i za którymś razem to on zginie, a nie powróci już tak jak ja.
W mojej głowie kotłowało się od różnego rodzaju pomysłów i wizji. Opanuję gildię złodziei, nie, co ja mówię, cały Leander albo nawet świat. Stanę się jedynym i niekwestionowanym władcą wszystkiego. Nawet nie wiedziałem jaki byłem wtedy głupi...

Stałem przed ołtarzem i patrzyłem prosto na głównego Uzdrowiciela Migaardu, a on na mnie. Przez chwilę spoglądał na mnie z pogardą w oczach, a potem odwrócił się plecami do mnie i rozpoczął modlitwę. Nie rzucił żadnego błogosławieństwa na złodzieja, nawet się nie odezwał.
Cyd poczuł, że jest tu nieproszony i już chciał opuścić świątynię, gdy pod nogi upadła mu dziwna butelka. Usłyszał w swojej głowie szyderczy głos nie przypominający tamtego z czyśćca.
- Połknij to, jeśli nie chcesz znowu zginąć !
Złodziej wypił zawartość naczynia i zniknął.
... Nie bałem się, że ktoś podrzuci mi truciznę bo i tak byłem nieśmiertelny, a byłem ciekawy kto do mnie przemawia ...
Po opuszczeniu świątyni usłyszałem za sobą kroki i cichy szept.
- Nie oglądaj się za siebie i nie waż się zatrzymywać lub odzywać przy kacie, bo zginiesz!
Gdy wyszli na Plac Świątynny pojawił się przed nim wysoki osobnik noszący bogate i modne ubranie. Całość przykrywała czarna jak otaczająca ich noc peleryna.
- Na imię mi Derk – Odparł nisko kłaniając się złodziejowi.
- Ja jestem Cyd, a kim Ty wogóle jesteś? – Zapytał nie mogąc pohamować ciekawości.
Derk uśmiechnął się ukazując ostre białe kły i odparł syczącym lekko głosem.
- Jesstem wampirem... – Zaśmiał się widząc zaskoczoną twarz Cyda i dodał normalnym głosem – I tak jak Ty jestem mordercą. Nie bój się, nie ugryzę.
- M...my...myślałem ,że Wy, to znaczy wampiry nie istnieją, a tu stoisz, ale zaraz... co powiedziałeś, że kim jesteś ?
- Nie udaaawaj – rzekł z przekąsem wampir – Że nie wiesz kogo dzisiaj zabiłeś ?
...Poczułem się tak jakby mnie ktoś trzasnął krzesłem przez głowę...
- Kleryka, jakiegoś młodziaka... – Odrzekł z niepokojem ciemny elf nie spuszczając wzroku ze swojego rozmówcy.
- Ahaa, a więc nie wiesz nawet kim jesteś? – Zaśmiał się wampir i zastanowił chwilę – Więc zrobimy tak. Nie powiem Ci kim był ten osobnik, ale uważaj na kata i wszystkie istoty, które są w służbie Bogów. Korzystaj z nowego życia, ale bądź ostrożny i jeśli poczujesz dziwne uczucie w głowie to nie zabijaj żadnej osoby, która znajduje się w twoim pobliżu.
- Dlaczego?
- Nie wiem, po prostu to zrób i będzie wszystko w porządku. A to nie twoi koledzy? – Spojrzał uśmiechnięty za złodzieja i wyciągnął w tamtym kierunku ręke. Cyd natychmiast zareagował i odwrócił się gotowy do ataku, lecz nikogo tam nie było. Wampira też nie, ale w miejscu, gdzie stał zostało kilka rzeczy. Jego wyrzucony sztylet, kilka butelek dziwnego eliksiru i jakaś karteczka, którą zmiął i schował do kieszeni.
...Poczułem się wreszcie wolny! Zemsta była pierwszą rzeczą, którą chciałem zrobić na nowej drodze życia. Później zdobyć władzę...
...
Ostatnio edytowano Cz lut 03, 2005 2:30 am przez Thail, łącznie edytowano 1 raz
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Thail » Pn wrz 22, 2003 12:52 pm

...
...Zaczęło się! Najpierw postanowiłem odwiedzić gildię z której musiałem uciekać...
Wysoka postać ominęła szerokim łukiem żebraka i ruszyła w stronę obskurnego domu. Kamienna budowla miała podniszczony dach i powybijane szyby. Drzwi były spróchniałe i wydawały nieprzyjemny dźwięk przy otwieraniu. W mieszkaniu było ciemno, zasłonięte starymi szmatami okna nie przepuszczały światła. Jednak stojącej postaci nie przeszkadzały ciemności panujące w pokoju i ruszyła do piwnicznych drzwi znajdujących się po prawej stronie. Dłonią pchnął drzwi, lecz nie ustąpiły pod jej naporem. Zapukał trzy razy, przerwa i znowu dwa mocne uderzenia.
Po chwili za drzwi rozległ się skrzekliwy głos.
- Kto tam?
- Szukam waszego mistrza. Chcę dołączyć do tej gildii – Odparł głośno i upuścił sztylet, który odpiął od pasa.
- Skąd wiesz o tym miejscu? – Zapytał podejrzliwie niewidoczny rozmówca.
- Powiedział mi o nim mój znajomy, a poza tym złodzieje z Midgaardu są znani na całym świecie jako mądrzy i najlepsi w swoim fachu – Odparł zapalczywie i skłonił nisko głowę oddając cześć rozmówcy.
- Widać, że Twój przyjaciel był nieźle poinformowany – Odrzekł z zadowoleniem złodziej i zapytał z rozwagą – Ale znasz hasło ?
Nieznajomy odetchnął głęboko i po krótkiej przerwie odpowiedział.
- Znam. Hasłem jest słowo: Morneo.
- Chętnie bym Cię wpuścił, ale to nie to słowo o które mi chodziło – Odparł z przykrością w głosie – A szkoda, bo pewnie bym Cię polubił.
- To niemożliwe! Mój przyjaciel wyraźnie powiedział, że to jest takie hasło! – Krzyknął z niedowierzaniem młodzieniec i uderzył ze złości pięścią w drzwi.
- Ej, wierzę ci, ale odkąd zginął nasz stary mistrz wprowadzono nowe kody i szyfry. Teraz odejdź bo jeszcze ktoś Cię napadnie i nie wrócisz już do domu. Rozumiesz ?! – Rozmówca nałożył nacisk na ostatnie słowa i wydobył miecz z pochwy.
- Aaaa chodzi o nowe hasło! – Odetchnął z ulgą chłopak i dodał z nutką tajemniczości – Ale nie mogę powiedzieć tego na głos. Przyłóż ucho do drzwi, a ja Ci je wyszeptam.
- Dobrze, jestem gotowy, mów!
- Hasło brzmi: Jesteś martwy!!! – Syknął i z całych sił uderzył sztyletem w drewno, które nie było w stanie oprzeć się potędze ciosu.
- Co Ty u... – Złodziej nie dokończył.
Za zamkniętym przejściem coś ciężkiego upadło na ziemię i zapadła cisza. Cyd wycofał sztylet i wytarł ostrze o spróchniałe framugi. Odruchowo kopnął w drzwi, które wyleciały z zawiasów i uderzyły w przeciwległą ścianę.
...Wtedy zrozumiałem, że się zmieniłem i zyskałem większą siłę. Stałem się szybszy, zręczniejszy, inteligentniejszy i bardziej... zabójczy...
Ciemny elf wszedł do piwniczki i pierwsze co ujrzał, to leżące ciało martwego hobbita. Z głowy leniwie sączyła się krew, a na twarzy trupa malował się wyraz zaskoczenia i bólu, chociaż nie. Nawet nie było mu dane cierpieć, cios był szybki i zabił na miejscu. Przejrzał szybko rzeczy, które nosił nieboszczyk, wybrał co mu się najbardziej spodobało i wydawało się najużyteczniejsze w tej chwili.
Następnie spojrzał przed siebie i ruszył na północ skąd dochodziły odgłosy śmiechu i muzyki. Korytarz był mały i musiał się schylać, aby nie rozbić głowy o sufit. Był już blisko celu, gdyż odgłosy zabawy stawały się coraz głośniejsze i słyszał coraz wyraźniej skoczną muzykę, którą zwykle grano na ucztach.
Mijając kolejny zakręt dostrzegł cel swojej wyprawy. Potężna brama strzeżona przez dwóch kuszników ubranych w brązowe płaszcze. Nad ich głowami wisiały pochodnie, które dawały wystarczająco światła, aby Cyd stracił zasłonę i efekt zaskoczenia. Zatrzymał się na chwilę i zarzucił kaptur na głowę jednocześnie chowając dwa sztylety w rękawy. Przygarbił się trochę i ruszył w kierunku strażników.
Jeden z ludzi dostrzegł go natychmiast i wycelował broń w jego stronę. Drugi zorientował się troszkę później, ale i on wziął go na cel.
- Kim jesteś? – Zapytał się groźnie jeden z kuszników.
- Jestem gościem na tej wieczerzy na którą zostałem zaproszony przez nowego mistrza gildii – Odparł lekko drżącym i zachrypniętym głosem udając starca.
- Nic mi o tym nie wiadomo staruchu! – Krzyknął ten, który dostrzegł go później.
- Pokaż swoje oblicze podróżniku, a zdecydujemy o twoich dalszych losach.
Nagle przygarbiona postać wyprostowała się i zrzuciła gwałtownie kaptur. Oczom przerażonych strażników ukazał się ich niedawno zmarły kolega, którego sami zabili.
- Cyd!!! Ależ to niemożliwe !!! – Krzyknęli.
Ciemny elf zamachnął się rękoma i trafił idealnie. Dwóch strażników osunęło się jednocześnie na kamienną podłogę nie wydając nawet pisku. W ich czołach tkwiły rzucone przez Cyda sztylety, które wbiły się w czaszki, aż po samą rękojeść. Złodziej podszedł do ciał i wyciągnął swoją broń. Ostrza uwalniane z głów martwych strażników wydały przerażający chrupiący dźwięk, który powodował gęsia skórkę na ciele.
Podniósł jednego trupa i wbił w jego plecy dziesięć bełtów. Chwycił za kuszę, którą trzymał zakrwawiony strażnik i zasłaniając się zwłokami kopnął w bramę. Na sali było szesnastu mężczyzn i pięć kobiet wokół których skupiała się główna uwaga. Trzy stoły były połączone w prostokąt bez jednej ściany. Na blatach leżały beczki, butelki i bukłaki pełne najwytrawniejszych trunków. Głównym daniem były gofry z bitą śmietną, chleb, łódko z kurczaka i pieczeń wołowa. Pośrodku sali płonęło małe przyjemne ognisko na którym ustawiono rożen. Pierwszy złodziej, który stał najbliżej wejścia dostał bełtem prosto w oko. Złapał się za wystający z głowy kawałek drewna i krzycząc padł na ziemię, żeby już więcej nie wstać. Muzyka ucichła i wszyscy zwrócili oczy ku przybyszowi. On jednak nie próżnował i wystrzelił kolejny pocisk trafiając hobbita sięgającego po swój miecz. Trafiony wykręcił się i przewrócił na ognisko, które objęło go swoimi płomieniami. Zapanowała prawdziwa panika. Mężczyźni rzucili się do broni i kolejno padali od bełtów wystrzeliwanych z kuszy. Pijani i zaskoczeni nie byli w stanie skutecznie atakować lub bronić się. Umierali jeden po drugim krzycząc i błagając o litość. Kilka sztyletów poleciało w stronę Cyda, ale wszystkie zatrzymały się na jego niekonwencjonalnej tarczy. Krew z trupa, którego trzymał umazała go na twarzy i ubraniu robiąc z niego demona zemsty i zniszczenia. Złodzieje wpadli w panikę i zamiast skoordynować swoje działania na obronie zaczęli biegać po pokoju stając się idealnym celem dla wprawnego strzelca. Jednak wtedy bełty się skończyły i Cyd musiał odrzucić kuszę oraz swoją zasłonę. W furii jaką wpadł nie zauważył, że kaptur, który nosił opadł mu na plecy odsłaniając jego twarz.
- O Bogowie!!! Brońcie Nas! – Ryknął ktoś z tłumu.
- TO CYD!!! – Załkał człowiek chowający się za wywróconym stołem.
- Litości! – Krzyczały kobiety i dwóch złodziei.
Ciemny elf spojrzał na przestraszoną grupkę i zaśmiał diabolicznie. Wydobył dwa zakrwawione sztylety i ruszył wolno w kierunku swoich ofiar.
- Dla Was nie ma LITOŚCI!!!

...I nie miałem...

Wypowiedziawszy te słowa rzucił się z rykiem na przerażonych ludzi tnąc i dźgając bez opamiętania. Jeden ze złodziei próbował się bronić, lecz szybki cios w szyję odciął mu głowę i zakończył jakiekolwiek próby oporu. Odcięta głowa potoczyła się pod nogi rozhisteryzowanych ladacznic. Innym nie było nawet dane spróbować się obronić i szybko padli pod naporem ciosów Cyda. Złodziej zatrzymał się dopiero wtedy, gdy wszyscy mężczyźni byli martwi i leżeli w kałuży własnej krwi. Dysząc ciężko i czując dojmujące zmęczenie ruszył dopełnić swojej zemsty.
- Nie, oszczędź Nas! – Załkała najładniej ubrana kobieta, zapewne kochanka nowego mistrza.
Lecz on nie zwracał uwagi na płacze i błagania. Kolejno podrzynał gardła swoim ofiarą, aż całe jego ubranie zabarwiła czerwień. Krew strumieniami spływała po podłodze i wsiąkała w szczeliny miedzy kamieniami. W powietrzu pojawił się zapach palonego ścierwa i zaczął mieć kłopoty z łapaniem powietrza. Odwrócił się i spojrzał przed siebie.
Nikt nie ocalał...
Dwadzieścia jeden ciepłych jeszcze trupów leżało w posoce, która przybrała rozmiary małego jeziorka. Dał krok i usłyszał cichy chlupot jaki wydawały jego buty. Wychodząc dostrzegł małą szkatułkę, która leżała koło innych prezentów ofiarowanych nowemu mistrzowi gildii. Otworzył ją i zmrużył oczy, była pełna złota i drogocennych kamieni. Schował ją do jednej z głębokich kieszeni w swoim w płaszczu i chwycił butelkę gardłogrzmotu. Wylał jej zawartość, która wymieszała się z krwią i rzucił pustą butelkę w inne trunki rozbijając pozostałe naczynia. Stanął w przejściu i uderzył kilka razy ostrzem miecza o kamienne podłoże. Powstała iskra natychmiast wznieciła ogień, który objął swoimi płomieniami całą salę. Zamknął bramę i ruszył w drogę powrotną.
Gdy wchodził do tajnej kryjówki członków gildii złodziejskiej była godzina 23, a gdy z niej wyszedł zaczęło świtać. Zanim wyszedł na miasto połknął eliksir, który dostał od Derka i ruszył ulicami w kierunku morza. Tam obmył swoje ciało z zaschniętej posoki i zmienił ubranie, które wcześniej ukrył na plaży.
Zniszczone odzienie wrzucił do oceanu i wrócił do miasta, gdzie natychmiast udał się do świątyni. Po drodze wstąpił do jubilera u którego zamienił kamienie szlachetne na brzęczącą gotówkę, a później zdeponował łupy w banku.
- Niech Cię szlag Ty stary zdzierco!!! – Krzyknął wychodząc z banku – Ja pierdzielę! Dziesięć procent!!! A wiem co mi dobrze zrobi, muszę udać się do karczmy.
...Pierwsza część planu został wykonana i czułem ogromną radość. Jak zwykle w takich chwilach coś się musiało spierdzielić...
Idąc główną ulicą trafił na plac targowy, gdzie usłyszał rozmowę czterech osób. Były to strasznie podejrzane typy z zakazanymi mordami za które powinni dostać pięć lat w lochu bez wyroku. Cyda jednak nie obchodził ich wygląd, ale raczej treść ich rozmowy.
- Słyszeliście? Ktoś spalił ukrytą gildię złodziejską. Zamordował wszystkich, których zastał wraz z nowym szefem i jego kochanką – Rzucił cicho ten najbrzydszy.
- Kuźwa! – Warknął inny – To nieprawdopodobne!
- Nie wiem jak Wy, ale ja zamierzam o tym donieść naszemu mistrzowi...
Cyd nie dosłyszał dalszej rozmowy bo zderzył się z czymś twardym i o mało nie upadł. Gdy spojrzał na przeszkodę ujrzał młodą hobbitkę, która mierzyła go wściekłym wzrokiem. Ubrana była jak złodziej, lecz nosiła przy sobie kilka niesamowitych i dziwnych rzeczy, których nigdy nie widział. Otaczała ją biała, a zarazem czarna poświata.
Twarz miała zadziorną, a jej oczu biła pogarda i niechęć do przypadkowo spotkanego osobnika. Krzywiąc się powiedziała twardo.
- Patrz jak łazisz śmieciu! – Powiedziawszy co miała na myśli odwróciła się wracając do okradania nieuważnych przechodni.
W ciemnym elfie zagotowało się od gniewu i ryknął w jej stronę.
- Śmieeeciuuu?! Chyba nie wiesz o czym mówisz głupia kobieto! Przeproś mnie, a nic Ci się nie stanie!
Hobbitka wolno odwróciła się w jego stronę i spojrzała na niego zdziwionym, a zarazem zdenerwowanym wzrokiem. Chwyciła go za koszulę i odciągnęła na plac świątynny obok fontanny. Dobywając świecącego czerwonym blaskiem sztyletu warknęła:
- Spierdzielaj stąd albo zrobię Ci dużą dziurę w tej pustej głowie!!!
- Że co?! – Zachłysnął się ciemny elf i wydobył dwa sztylety z rękawów – Jesteś szalona kobieto i nie wiesz z kim zadzierasz – Jestem Cyd i zniszczyłem wczoraj tutejszą gildię! A teraz daję Ci ostatnią szansę, przeproś mnie i błagaj o życie!!!
- No kuźwa! Sam tego chciałeś... – Powiedziała złodziejka zakładając srebrne wiązadła na nadgarstki, a potem dodała – Na imię mi Rayavo i zaraz Cię wyślę na drugi świat w drobnych kawałkach...
- Taaaaa jasne!!! – Zaśmiał się diabolicznie złodziej.
...Moje postępowanie w tamtej chwili chyba nie wymaga komentarza...
...
Ostatnio edytowano Cz lut 03, 2005 3:19 am przez Thail, łącznie edytowano 2 razy
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Thail » Pt paź 24, 2003 9:55 pm

Miałem nadzieję, że już zakończę to opowiadanko, ale się nei wyrobiłem :(

...
Błyskawiczne cięcie i krzyk.
Tłum obserwujący atak zaryczał z radości i zaczął wiwatować zwycięzcy. Na szyi Cyda pojawiła się czerwona kreska z której buchnęła po chwili krew. Elf zachwiał się i padł na jedno kolano podpierając jedną ręką, a drugą trzymając za gardło. Wypływająca z przeciętej arterii posoka zabarwiła ubranie na czerwono. Rayavo odwróciła się w stronę tłumu i uśmiechnęła szeroko nie zawracając sobie głowy dobiciem rannego.
Nagle ludzie zamilkli i z niedowierzaniem spoglądali na podnoszącego się z ziemi rannego Cyda. Rozdarł kamizelkę i niezręcznie przewiązał szyję częściowo tamując krew. Chwiejąc się na nogach wstał i po kilku próbach złapał równowagę na tyle, że mógł ustać na nogach. Powoli wydobył za pasa sztylet i uśmiechnął blado.
Hobbitka zaklęła pod nosem i odwróciła się w jego stronę.
- Było nie wstawać – odparła okropnym głosem w którym nie było grama litości – Nawet nie wiesz jak śmierć może być bolesna.
- To Ty raczej umrzesz – Odrzekł bez namysłu ciemny elf i wydobył z rękawa cienki sznurek zakończony pętlą, popularnie zwany sidłami. Używano ich do łapania i obezwładniania przeciwników.
Rayavo spojrzała z politowaniem na swojego przeciwnika i uśmiechając się wydobyła z kieszeni sidła, lecz wykonane z drutu kolczastego. Nim Cyd zdążył zareagować pętla z kolcami zacisnęła się na jego nodze. Ostre szpikulce zatrzeszczały na kości straszliwie szarpiąc skórę i mięśnie ofiary. Elf wrzasnął przeraźliwie i runął w kałużę własnej krwi.
Rayavo przez chwilę spoglądała na kulącego się w spazmach bólu złodzieja po czym mocniej szarpnęła sidła. Ranny zawył i uderzył sztyletem w drut, który nie pękał mimo kolejnych rozpaczliwych ataków.
Hobbitka spojrzała na próby uwolnienia i odparła z dumą w głosie:
- Te sidła wykonane są z mithrilu, metalu wydobywanego przez krasnoludy i żadne nędzne ostrze go nie przer...
Szczęk i drut pękł pod kolejnym desperackim ciosem Cyda. Ludzie westchnęli głęboko i wytrzeszczyli oczy w niedowierzaniu. Zabójczyni syknęła cicho pod nosem i głośno zaklęła:
- Jak to kuźwa możliwe!?
Nagle ujrzała jasną poświatę na ostrzu broni, którą trzymał złodziej i warknęła:
- Skąd taki pajac jak Ty wziął magiczną broń??!!
- Nie Twoja sprawa! – Wysapał ciemny elf brocząc krwią na wszystkie strony – Zaraz zginiesz wiedźmo!! – Krzyknął i wykorzystując resztki sił rzucił się na Rayavo, która zręcznie uchyliła się przed ciosem i cięła z półobrotu w bok przeciwnika.
Wykorzystując impet natarcia chwyciła za kamizelkę mijającego ją Cyda i zawróciła w przeciwnym kierunku.
Trzask i głośne chrupnięcie, które mroziło krew w żyłach przyglądających się całemu zdarzeniu gapiów.
Na murze pojawiła się szkarłatna plama, która wolno spływała na drogę. Pod ścianą leżał odwrócony twarzą do ziemi zmasakrowany złodziej. Nie dawał żadnych znaków życia, a głowę miał przekręconą w nienaturalny sposób. Tłum wkrótce rozszedł się i został tylko mężczyzna ubrany w długie szaty zdobione runami. Na jego szyi wisiały dwa amulety, a do pasa przypiętą miał sakiewkę i grubą książkę. Klaskał cicho, a na jego twarzy nie było widać zadowolenia, czy wściekłości. Podszedł wolno do Rayavo i uśmiechnął się patrząc na leżące w dziwnej pozycji zwłoki oparte o mur.
- Co to za biedak? – Spytał się bezbarwnym głosem.
- Jakiś pędrak chciał pojedynku – Rzekła i syknęła z bólu chwytając się za dłoń po której ciekła strużka krwi. Szybko przetarła ją i dodała:
- To tylko małe zadrapanie.
Elf spojrzał na głębokie rozcięcie przechodzące obok żył na ręce.
- Troszkę celniej i mogłoby Cię to poważnie osłabić podczas walki – Rzekł z troską w głosie.
- Najgorsze, że nie wiem kiedy ten pędrak zadał ten cios – Odparła rozzłoszczona i spiorunowała spojrzeniem martwe zwłoki swojego niedawnego przeciwnika – Nie możliwe, żeby był, aż tak szybki... Siralu co o tym sądzisz?
- Myślę, że miał troszkę szczęścia i udało mu się Ciebie zranić, ale ten problem – Popatrzył wymownie na trupa – masz za sobą.
Hobbitka zwinęła sidła i schowała w rękaw pozostawiając trochę drutu luzem, aby w razie ataku łatwo mogła go wydobyć i zarzucić na wybraną ofiarę. Odchodząc zatrzymała się i zaklęła straszliwie. Mag stanął w miejscu zdziwiony i zapytał:
- Co się stało?
- Spójrz na jego oczy! – Syknęła i wskazała na odwróconego trupa.
Oczy Cyda były puste jakby zatraciły cały kolor i barwę po śmierci. Ciało pomału zaczynało stawać się przezroczyste i po chwili znikło pozostawiając po sobie czerwone plamy.
- Hmmm on był Wybranym, ale jakimś nowym bo wcześniej go nie widziałem, ani o nim nie słyszałem – Powiedział Siral i dodał z uśmiechem – No cóż, chyba jednak spotkacie się nieraz.
- Mam taka nadzieję – Odparła hobbitka i wyszczerzyła zęby w drapieżnym uśmiechu – Mam taką nadzieje... Co jest?! – Spojrzała zaniepokojona na elfa.
Mag miał zamknięte oczy i szeptał zaklęcie w dziwnym języku. Po chwili zgrzytnął zębami i padł na kolana. Ciężko dysząc starł krew z wargi i rozejrzał się po dachach okolicznych domów. Nie mogąc znaleźć tego czego szukał powstał korzystając z pomocy złodziejki i wysapał z trudem:
- Nigdy się z czymś takim nie spotkałem...
- Ale co to było?! – Krzyknęła Rayavo i podążyła za wzrokiem maga próbując wypatrzyć niewidzialnego wroga.
- Właśnie nie wiem, ale to było coś... starożytnego – Ostatnie słowa wypowiedział z wyraźną trwogą i zdziwieniem – Chodźmy stąd.
Po chwili znikli za rogiem okolicznego domu i okolica opustoszała. Zapanowała cisza przerywana krzykami mieszkańców, którzy właśnie wracali z pracy i targów. Jednak każdy omijał plac dowiedziawszy się wcześniej od znajomych o walce, która miała tutaj miejsce. Cisza zdawała się pochłaniać to miejsce coraz bardziej, gdy nagle na środku drogi pojawił się owalny świecący na zielono kształt. Z portalu wyszły dwie zamaskowane postacie ubrane w szare płaszcze i kaptury. Mniejsza odwróciła się w stronę towarzysza i wskazała na miejsce przy ścianie.
- Mówiłem, że jest wybranym! – Odparł zimnym głosem i zaśmiał się.
- Tak, ale jest jeszcze zbyt słaby, żeby Nam pomóc – Przerwał wyższy osobnik i dodał po chwili - Nie myślisz chyba mistrzu, że coś z Niego będzie? – Ryknął śmiechem, ale zamilkł natychmiast pod spojrzeniem dwóch czerwonych ogników patrzących spod kaptura.
- Magu! – Syknął mistrz – Nie igraj ze mną! Może utraciłem większą część dawnej mocy, ale nadal mogę Cię unieszkodliwić...
- Tak sądzisz? – Zapytał prowokującym głosem czarodziej i zdjął kaptur ukazując twarz młodego elfa – Nie przeceniaj swoich możliwości – dodał z dziwnym tonem w głosie i i pokazał dłoń na której z cichymi trzaskami tańczyły wyładowania elektryczne.
Mniejsza postać tylko się zaśmiała i szybkim niczym mrugnięcie oka ruchem przyłożyła koniec ostrza sztyletu do gardła maga.
- Mógłbym Cię zabić za to co teraz powiedziałeś, ale jesteś dla mnie bardziej wartościowy żywy niż martwy. Z Twojej duszy nie miałbym żadnego pożytku, a wiedza, którą posiadasz jest bardzo wielka i potrafię to docenić. Teraz znajdź mi coś co uczyni z tego ciemnego elfa potężne narzędzie w naszych rękach - Mówiąc to cofnął broń i odsunął się od czarodzieja.
- Hmmm mam coś specjalnego, ale bardzo niebezpiecznego – Powiedział poprawiając amulety i wydobył z kieszeni nieduże pudełko – Przedmiot ten wykonałem dawno temu kiedy byłem młody, ale nie stracił nic na swojej potędze – Kontynuował przemowę otwierając z namaszczeniem wieczko pojemnika.
W środku leżał prosty sztylet o ostrzu długim na 25 centymetrów. Cała broń była zdobiona srebrnymi runami w zapomnianym języku gnomów. Emanowała z niej blada biała poświata, która przybierała niepokojące kształty ludzkich czaszek. Mag z wielką ostrożnością trzymał pudełko unikając kontaktu z przedmiotem. Noszący kaptur osobnik podszedł do niego i wyciągnął dłoń po broń.
- Nie!!! – Krzyknął czarodziej, a w jego oczach pojawiło się chwilowe przerażenie – To Cię zniszczy!
Dłoń szybko chwyciła i zacisnęła na rękojeści. Światło otaczające broń zapulsowało i zaczęło stawać coraz większe, aż pojawiły się kształty przypominające ludzkie sylwetki. Wydobywająca się z broni energia zsunęła kaptur najmniejszej postaci ukazując zachwyconą twarz hobbita. Z ostrza wyszło dwadzieścia zamglonych postaci, które okrążyły ich. Największa ze zjaw wyszła do przodu i usiłowała chwycić maga, który mruczał zaklęcia ochronne. Przezroczysta postać widząc, że nie ominie czarów ochronnych skierowała się w stronę złodzieja i zawyła z bólu pod jego spojrzeniem.
- Kim jesteś!!?? Pojawiło się w głowie Parna – Nie jesteś z tego świata...
- Wracajcie do sztyletu! – Rozkazał hobbit.
Wszystkie zjawy go posłuchały i znikły przy kontakcie z przeklętym przedmiotem.
Mag uśmiechnął się tryumfalnie i odrzekł :
- To są dusze potężnych wojowników, które uwięziłem bardzo dawno temu.
- Zaczynam naprawdę Cię doceniać magu! – Powiedział z radością w głosie i oddał mu sztylet zamknięty w pudełku – Udało Ci się uwięzić coś co jest istotą istnienia po śmierci, a ja myślałem, że na tym świecie nikt tego nie potrafi oprócz Bogów. Teraz twoim zadaniem jest oddać broń Cydowi i niech używa jej do woli.
...
...Gdy zabierałem z mojego zmasakrowanego ciała rzeczy znalazłem coś czego nigdy przy sobie nie miałem. Było to zamknięte pudełeczko, którego nie mogłem otworzyć. Wychodząc ze świątyni natknąłem się na dziwnego elfa, który o dziwno chciał ze mną mówić...
...
- Czego chces ?! – Warknął złodziej nie zaszczycając swojego rozmówcy nawet spojrzeniem – Śpieszę się.
- Chcesz zabić Rayavo panie? – Zapytał elf z troską i nutką sarkazmu w głosie.
- Taaa i co z tego? – Zaciekawił się Cyd
– Wielką Ona jest zabójczynią i niewielu śmiałków może się z Nią równać w pojedynku, ale masz coś co Ci może pomóc – Wskazał na pojemnik trzymany przez złodzieja, który od razu go otworzył, a widząc piękną broń zaraz chciał ją chwycić.
- Zaczekaj! – Krzyknął elf i dodał z przestrogą w głosie – Zostałeś obdarowany potężną bronią, ale używaj jej roztropnie i tylko w ostateczności. Pomoże Ci ona pokonać każdego, ale musisz użyć jej jak będziesz walczył z Rayavo.
...Mimo, iż węszyłem postęp zachowałem broń nawet po to, żeby ją sprzedać, a poza tym biło od niej dziwną siłą, którą i ja przejmowałem, gdy trzymałem pudełko w dłoni...
- Dzięki Ci kimkolwiek jesteś – Odparł bez przekonania Cyd i udał się w stronę karczmy, gdzie wypił za swoją porażkę i przyszłą zemstę, a potem wynajął pokój i położył się spać.
Szybko usnął zmęczony ciężkim dniem, lecz nie miał lekkiego snu.
...
Ostatnio edytowano Cz lut 03, 2005 4:07 am przez Thail, łącznie edytowano 1 raz
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Thail » So mar 06, 2004 3:22 pm

Znajdowałem się w ciemnym wilgotnym pomieszczeniu. Nic nie widziałem i nie mogłem niczego dotknąć. Byłem tam nie ciałem, lecz oczyma duszy o której często myślałem, że jej nie posiadam. Mimo ,iż nie wiedziałem, gdzie jestem poczułem się jakbym znał to miejsce od wielu lat. W mojej głowie pojawił się oskarżycielski głos:
- Spójrz Cydzie od kogo przyjąłeś sztylet!!!
Wtedy poczułem w pokoju czyjąś obecność. Usłyszałem głębokie i urywane oddechy klęczących na podłodze postaci. Grzmotnął łańcuch o żelazo, a potem o drewno. Ktoś zaklął cicho i westchnął zrezygnowany ... Czułem zimno bijące od kamiennych ścian, lecz wiedziałem, że uwięzione postacie nie czują go.
I wtedy usłyszałem ich myśli!
... Nie mogę tak zginąć ... Jak mogłem dać się tak złapać, to nie możliwe ... Przeklęty magik!!! ... Dopadnę Cię kiedyś czarnoksiężniku choćby to było po mojej śmierci!!! ...

Mosiężne drzwi otworzyły się ze zgrzytem i do pomieszczenia wpadło światło oświetlając trzy leżące postacie przykute do drewnianego stołu. W wejściu stało pięć sylwetek, które przebiegły oczyma po więźniach i weszły do środka. Ostatnia postać zamykając drzwi rzuciła zaklęcie światłości i ciemność ustąpiła jasności.

Wtedy dopiero ujrzałem dziwne miejsce w całej straszliwej okazałości.

Pomieszczenie miało kształt sześcioramiennej gwiazdy, która była dobrze znanym źródłem i pomocą przy rzucaniu mrocznych zaklęć magicznych. W każdym rogu leżały dwa stoły na których spoczywali więźniowie o potężnych posturach. Ubrani byli jedynie w skórzane spodnie, a niektórzy luźne koszule. Każdy był uwięziony za pomocą zaklętych łańcuchów od których, aż biło złą energią. Po środku pomieszczenia znajdowała się kamienna kolumna i wykonany ze stali stół do którego przymocowano największego z więźniów. Miał na sobie złote nakolanniki i wspaniały pas zdobiony najróżniejszymi klejnotami. Pod blatem leżały jego rzeczy wśród których było wiele legendarnych i trudnych do zdobycia przedmiotów. Pod każdym stołem spoczywał ekwipunek za który można by kupić miasto. Jednak maga w czarnej szacie nie interesowało nic innego jak kolumna na której leżało dziwne pudełko. Podszedł do niego i otworzył je wydobywając zawartość na światło dzienne. Był to najzwyklejszy sztylet jaki można było dostać w najbliższym sklepie.
Postać w czerwonej szacie prychnęła i warknęła :
- Więc to dla takiej rzeczy ryzykujemy???
Trzymający w ręku sztylet mag odwrócił się gwałtownie i spiorunował wzrokiem swojego towarzysza :
- Zamilcz głupcze!!! – Krzyknął i dodał ciszej – Nie osądzaj mistrzu ognia rzeczy po ich normalnym wyglądzie bo za chwilę stworzymy najpotężniejszą broń na świecie ... – Przerwał i spojrzał w stronę wyjścia – Panowie, czy zabezpieczyliście naszą siedzibę?
Jedna z postaci wymruczała coś pod nosem i drzwi rozbłysły na czerwono, niebiesko, a w końcu na zielono.
- Magiczne osłony i bariery są już gotowe – Odpowiedział najmniejszy z czarodziei.
Nagle budynkiem zatrzęsło i ściany wydały z siebie dziwne odgłosy.
- Nasza armia jest już na swoim miejscu – odparł mag ubrany na brązowo.
- Armia golemów da nam potrzebny czas na zrealizowanie mojego pomysłu. Dziękuję mistrzu ziemi – Mag stojący w centrum gwiazdy uśmiechnął się i podniósł sztylet do góry recytując i śpiewając na przemian.
Ogromna sylwetka uwięzionego mężczyzny poruszyła się gwałtownie i po chwili opadła dysząc z wysiłku. Postać przerwała zaklęcie i zwróciła spojrzenie w kierunku, gdzie leżał więzień ...

... To był ten elf od którego dostałem pudełko!!! ...

- Niech Cię szlag magiku – Wysapał wojownik – Zapłacisz za to!!!
Elf ryknął śmiechem i odparł z wyrachowaniem zadowoleniem :
- Nie tym razem berserku. Tym razem Twoi przyjaciele nie zdążą na czas, a ja będę miał coś co jest dla Was wszystkich najcenniejsze ...
- Panie musimy zaczynać – Przerwał zdenerwowany mistrz ziemi – Nie możemy liczyć na łaskę bogów robiąc to co zamierzamy.
- Masz rację, ale tyle lat mnie ścigał i teraz zginie z mojej ręki. To chyba ironia?! – elf znowu ryknął śmiechem.
- Śmiej się – wysapał wojownik i syknął z bólu – Kiedyś zapłacisz za swoje wszystkie zbrodnie!!!
- Ale Ty – Zaczął z trudem powstrzymując śmiech – stracisz wraz z towarzyszami szansę na śmierć! – Ostatnie słowa wypowiedział z ogromną satysfakcją, a widząc przerażenie na twarzach swoich ofiar uśmiechnął się okrutnie.
- Mistrzu, jeśli nie zaczniemy teraz możemy wszystko zaprzepaścić! – Przerwał jeden z czarodziei i dodał – Musimy już zaczynać.
Fioletowa poświata otoczyła elfa i pozostałych magów. Cała piątka utworzyła krąg otaczający wiszący w powietrzu sztylet. Każda ze stojących postaci zaczęła szeptać zakazane zaklęcie, które było tak potworne, że nikt wcześniej nie odważył się go użyć. Otaczająca ich aura zmieniła kolor na ciemną czerwień i zaczęła pulsować zmieniając kształty. Powietrze wypełniła magia wydobywająca się z pięciu postaci. Elficki mag nagle wyciągnął do przodu dłoń i zamknął ją chwytając całą uwolnioną moc w jednym miejscu. Posiadając w zamkniętej pięści energię zdolną zniszczyć całe wielkie miasto podszedł do sztyletu i ujął go w drugą rękę.
Zaklęcie, które szeptał przeszło w śpiew, który zmroziłby krew w żyłach nie jednego bohatera. Uwięziona moc zaczęła przechodzić przez maga na przedmiot, który miał stać się jej nowym domem.
Elf krzyknął i emanująca z broni aura objęła więźniów. Ich ciała przeszył niewyobrażalny ból znany tylko istocie, której wydarto duszę wraz z życiem. Niewidzialna ręka przenikała ich ciała w poszukiwaniu dusz. U niektórych mężczyzn wystąpiły krwotoki wewnętrzne i krew zaczęła wypływać uszami, nosem, ustami, a nawet przez oczy. Łańcuchy trzeszczały rwane i miażdżone, ale żaden nie miał prawa uwolnić swojej ofiary, która umierała w najgorszy z możliwych sposobów.

...Czułem ich straszliwy ból, który można chyba porównać w małym stopniu do ćwiartowanego na kawałki człowieka, bardzo małych części ...

Najmniejszy z magów zachwiał się upadł na kolana, gdy ogromna eksplozja wstrząsnęła całym pomieszczeniem. Ze ścian posypał się tynk, a magowie ze strachem spoglądali, to na mistrza, to na siebie, lecz żaden nie odważył się przerwać zaklęcia. Ich moc osiągnęła kulminacyjny moment i potężna siła wyrwała z wijących się ciał więźniów ich dusze wraz z życiem.
Martwi mężczyźni opadli sztywno na stoły do których byli przykuci. Żaden już nie poruszył się, ani nie krzyknął.
Sztylet jeszcze przez chwilę emanował białą poświatą po czym opadł do pudełka, które zamknął najbliżej stojący elf. Kolejna eksplozja wygięła magiczne bariery nałożone na drzwi. Zebrani spojrzeli po sobie. Mistrz wskazał na drzwi i rzekł z radością w głosie:
- Panowie, na mnie już pora...
- A co z Nami? – Krzyknął skrzekliwym głosem mistrz ziemi patrząc z przerażeniem na rozlatujące się drzwi.
Mag w czarnej szacie spojrzał z pogardą na swoim towarzyszy i odparł z ironią:
- A czego się spodziewaliście? – Chwycił pudełko w którym znajdował się sztylet i wypowiedział zaklęcie – Jesteście magami! Brońcie się do cholery!!!
Owalny zielony portal pojawił się tuż przed elfem. Pozostali magowie z przerażeniem i furią patrzyli jak ich niedawny wspólnik ma zamiar uciec po tym jak zrobił z nich głupców.
Najmniejszy z magów warknął i wrzasnął:
- Myślisz, że uciekniesz?! - Wystawił przed siebie dłoń z której wyleciała ognista kula wielkości głowy.
Biegnący w kierunku portalu mag zauważył pocisk zbyt późno, aby się uchylić. Wybuch, krzyk i siła odrzutu jaka powstała wrzuciła go wprost do owalnego przejścia, które wyczarował.
Niech Cię szlag Aronie!!! – Ryknął na cały głos mag i dodał zrezygnowany – Jeszcze Cię dopadnę, a bogowie Ci nie wybaczą tego co tu uczyniłeś.
Kolejna eksplozja.
Drzwi z hukiem wyleciały z zawiasów, a magiczne bariery i osłony pękły jak mydlana bańka.
Do pokoju wbiegło kilkunastu kuszników, którzy nie czekając na rozkazy wystrzelili pociski w kierunku skulonych czarodziei. Jeden z magów usiłował wskoczyć w portal, którym uciekł ich mistrz, ale odbił się od niewidzialnej przeszkody i wleciał wprost na lecące bełty wystrzelone z kusz.
Kusznicy strzelali dopóki wszyscy magowie nie zaczęli przypominać jeży. Wiedzieli jak niebezpieczne są czary i woleli się nie przekonywać o tym ponownie.
Świst lecących pocisków mieszał się z odgłosami krzyków umierających mężczyzn.
Nagle w pokoju pojawił się wysoki młody mężczyzna w białych szatach, który z przerażeniem spoglądał na rzeź jaka się rozegrała.
Wstrzymać ostrzał!!! – Krzyknął i ruszył w kierunku martwych więźniów – Jeżeli trafiliście chociaż jednego...
...
Nad ranem Cyd w milczeniu opuścił karczmę i udał się na Plac, gdzie miał nadzieję dokonać zemsty. Pod pachą trzymał małe pudełeczko w którym tkwił sztylet podarowany mu przez elfiego maga.
cdn.
Ostatnio edytowano Pn mar 08, 2004 9:33 am przez Thail, łącznie edytowano 1 raz
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Thail » Pt sie 27, 2004 10:58 am

Ponieważ Gerino ma już swoje mieszkanie m-3! :wink: dodaje kolejną część opowiadanka. Niestety jest krótka, a ma to związek z tym, że jest lato i wszyscy wypoczywają, a tylko nieliczni szczęściarze (Tacy jak ja) pracują poza domem, gdzie nie ma kompa, a tym bardziej neta. Proszę, zeby mnie nie zabijać za błędy, ale wszystko robiłem dość szybko i nie miałem czasu na psrawdzenie wszystkiego. Postaram się to zrobić jak pojawi się całość opowiadania i proszę o komentarze w karczmie(Z wytknieciem błędów itp.) :grin:

.......
Cięcie było szybkie i na tyle głębokie, że ostrze zatrzeszczało na kręgach szyjnych. Początkowa kreska na skórze rozwarła się po chwili tworząc złudzenie makabrycznego uśmiechu. Krew strumieniem popłynęła z przeciętych arterii i żył barwiąc wszystko na czerwono. Ciało drgało przez dłużą chwilę poruszane przez nerwy poczym zastygło w bezruchu. Dłoń zaciśnięta na szyi cofnęła się po woli puszczając przy tym bezwładną głowę martwego przeciwnika. Zwłoki runęły w szkarłatną kałużę, która utworzyła się na miejskiej uliczce.
- Wspaniale! – Krzyknął Siral uśmiechając się na widok Rayavo, która w równym stopniu jak on kochała rozkoszować się krwią i śmiercią – Brawo... – Powtórzył z coraz większym entuzjazmem i dodał z nostalgią w głosie – Ty było cudowne moja droga! Ten podrzędny krasnolud nie miał z tobą najmniejszych szans...
- Siralu! – Przerwała hobbitka z trudem powstrzymując śmiech – Bo się zaczerwienię jak jakaś niewiasta.
- To tez w tobie lubię – Odparł mag z szelmowskim uśmiechem – To, że nie okazujesz najmniejszych uczuć, wątpliwości, czy litości, gdy zabijasz, a wstydzisz się pochwał...
- Daj spokój mój drogi – Rayavo nachyliła się nad leżącą w bezruchu postacią i oderwała mieszek pełen złota, który był przyczepiony do szerokiego pasa – Trzeba zabrać łup zanim to ścierwo przeniesie się tam, gdzie jego miejsce.
Siral ryknął śmiechem i spojrzał z uwielbieniem na swoją towarzyszkę.
- Lubię w tobie, to, że nie tolerujesz słabszych...
- Podobnie jak ty, mój drogi – Przerwała i splunęła – Nienawidzę słabeuszy.
Ciało martwego krasnoluda zaczęło już tracić ostrość. Stawało się matowe i nierzeczywiste, niczym część mary nocnej, która nie odeszła wraz z nastaniem świtu. Dwóch zabójców nie lubiło tej chwili i zawsze w głębi siebie pragnęli, aby wybrani, których zabili już nigdy nie powrócili do tego świata. Złodziejka nerwowo zaciskała szczęki patrząc jak zwłoki zupełnie znikają zostawiając po sobie plamę zasychającej krwi.
- Otwórz portal – Syknęła hobbitka.
Mag zrobił kilka kroków do przodu i wykonał dłońmi kilkanaście magicznych gestów.
- Otwórz się! – Krzyknął Siral i z lubością patrzył jak powietrze wiruje i rozdziela się na dwie części. Przejście między płaszczyznami astralnymi było zawsze niepewne i trudne do utrzymania. Siral od wielu lat tworzył tunele między wymiarowe i mimo wielkiego doświadczenia wiedział jak niebezpieczne są takie podróże. Mimo zagrożenia jakie niosły portale przy jego znajomości magii były idealnymi środkami szybkiego transportu i ucieczek.
- Gotowe – Odparł mag szczerząc zęby.
W powietrzu unosił się zielony owalny portal wielkości zwykłych drzwi. Na obrzeżach magicznego zjawiska pojawiały się dziwne wyładowania elektryczne, które świadczyły o pozytywnym rzuceniu czaru.
- Za tobą magu – Odparła złodziejka patrząc z fascynacją na portal stworzony przez elfa.
- Czyżbyś nie wierzyła w moje zdolności? – Zapytał z udawanym smutkiem.
- Moja dewiza, to nie ufać żadnemu magowi! – Odbiła Rayavo.
- To bardzo mądra dewiza – Odrzekł z powagą Siral i ruszył w kierunku portalu. Gdy zbliżył się na wyciągnięcie ręki do owalnego przejścia stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Portal wygiął się w absurdalny kształt, wydał z siebie nieartykułowany odgłos i znikł w blasku oślepiającego światła. Eksplozja, która powstała odrzuciła zaskoczoną dwójkę na kilka metrów od miejsca wybuchu. O ile Rayavo wykonała salto w powietrzu i z trudem wylądowała na nogach. O tyle Siral wzbił się w powietrze i z ogromną szybkością spadł na stragan z owocami. Hobbitka z przerażeniem spoglądała na dziurę, która powstała w miejscu, gdzie stał portal. Rayavo niewielu rzeczy się bała, ale myśl, że magiczne przejście mogło pochłonąć jej duszę i zniszczyć ciało do głębi napawało jej serce strachem. Siral jęknął cicho i otworzył oczy. W ustach czuł metaliczny posmak własnej krwi.
- Kto się odważył... – syknął przez zaciśnięte zęby.
Mag widział jak w ciągu kilku sekund ogromna szponiasta łapa rozdarła jego portal i znikła tak jak się pojawiła. Dawno nie widział tego zjawiska i był zbyt zaskoczony, aby rzucić antyzaklęcie. Była to niematerialna łapa, wynik skondensowanej woli czarującego, która była widoczna tylko dla innych czarodziei. Próbował podnieść się z połamanych desek, i pogniecionych owoców, lecz ból w klatce piersiowej paraliżował jego wysiłki. Z trudem sięgnął po fiolkę z dziwnym płynem i wypił całą jej zawartość. Po kilku sekundach zerwał się na nogi i ruszył w kierunku hobbitki. Stanął do niej plecami i wypowiedział szereg dziwnych słów zmieniając niekiedy intonację, a czasami wręcz przechodząc w śpiew.
- Ktoś celowo zniszczył mój portal – Szepnął Siral rozglądając się po pustej ulicy.
- Domyśliłam się – Odparła sucho Rayavo – Czy możesz zlokalizować intruza?
Mimo, iż elf stał plecami do zabójczyni czuł, że każdy jej mięsień napięty jest do granic możliwości. W każdej chwili była gotowa do błyskawicznego ataku, skutecznej obrony, a w ostateczności do natychmiastowej ucieczki.
- Dziwne... – Odparł po cichu mag z wyraźnym zdenerwowaniem.
- Co się stało? – Zapytała Rayavo, której zaczęło udzielać się zdenerwowanie elfa.
- Nie mogę namierzyć oponenta. Są dwa wytłumaczenia takiego stanu rzeczy. Pierwsze, to, że nie mamy do czynienia z wybranym, lecz to chyba mało prawdopodobne. Drugie, to, że mamy do czynienia z kimś bardzo potężnym, który umie doskonale ukrywać swoją obecność.
- No to mnie pocieszyłeś – Powiedziała złodziejka z sarkazmem w głosie.
To co później usłyszeli było równie dziwne jak implodujące portale i rozdzierające je niematerialne szponiaste łapy. Przez chwilę Rayavo myślała, że się przesłyszała, ale, to nie było żadne ze znanych jej złudzeń. Naprawdę słyszała muzykę, która echem odbijała się od ścian domostw zbudowanych po obu stronach ulicy. Ktoś grał na flecie smutny, acz niosący w sobie ukrytą groźbę utwór powodujący mieszane uczucie strachu i spełnienia. Dźwięki wydobywane z instrumentu zdawały się mieć wręcz hipnotyzującą moc, której nie można się było oprzeć.
- Słyszysz, to co ja? – zapytał z niedowierzaniem Siral.
- Tak – Odrzekła i w mgnieniu oka zacisnęła dłoń na rękojeści sztyletu - I wiem skąd dochodzi.
Ostrze ze świstem rozdarło powietrze i muzyka ustała. Siral skierował wzrok na miejsce, gdzie sztylet powinien dosięgnąć celu. Między dwoma budynkami ciągnął się kamienny mur na wysokość jakiś trzech metrów. Pół metra nad zwieńczeniem ogrodzenia w powietrzu wisiał sztylet złodziejki. Unosił się pod dziwnym kątem co znaczyło, że trafił w swój cel.
- To nie było zbyt miłe – Rozległ się miękki i spokojny głos.
W miejscu, gdzie znajdował się sztylet zmaterializowała się wysoka i smukła postać elfa. Przybysz nosił prosty zielony strój jak większość niezamożnych mieszkańców Midgaardu. Na twarz nie było widocznych śladów zmęczenia, czy zarostu świadczącego o dalekiej podróży. Od reszty ubrania odcinał się czarny płaszcz i drewniany flet w którym tkwił posrebrzany sztylet. Nie śpiesząc się wyciągnął broń z instrumentu i odrzucił ja z obrzydzeniem. Czule przejechał palcem po drewnianej powierzchni i z ulgą stwierdził, że flet jest tylko lekko zadrapany.
- Kim jesteś?! – Warknął mag robiąc groźną minę.
Przybysz uśmiechnął się pogardliwie i zeskoczył z muru na ulicę. Ukłonił się i rzekł melodyjnym głosem.
- Jestem Azrael.
- Ponury fletniarz.... – Wychrypiała Rayavo i dała krok do tyłu.
Siral widział reakcję zabójczyni i szepnął w jej kierunku.
- Wiesz coś o nim?
- Ta...tak, ale myślałem, że to tylko legenda... – Odparła drżącym głosem czując jak całe jej ciało sztywnieje od uczucia grozy.
- To nie jest wybrany, prawda?
.........
Ostatnio edytowano Cz wrz 30, 2004 10:40 am przez Thail, łącznie edytowano 1 raz
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Thail » Wt wrz 28, 2004 9:27 pm

Z trudem i w pocie czoła nadal nie udało mi się ukończyć opowiadania :doh: To chyba jakieś fatum!? Ale daje kolejną przedostatnią część.
.........
- Nie jest, ale nikt go jeszcze nigdy nie pokonał.
Mag zrobił dziwną minę i ponownie spojrzał na zbliżającego się do nich elfa. Nie mógł przestać myśleć o dziwnym przeciwniku, który może pokonać wybranego nie będąc samemu wybranym. To kłóciło się z jego wiedzą i przekonaniami o wyższości wybrańców bożych nad zwykłymi istotami, które szczerze mówiąc traktował jak ozdobę dla tego świata. Słyszał o potężnych bestiach i monstrach, które rozrywały bohaterów na strzępy bez większych problemów i w czasie tak krótkim, że ofiary orientowały się, że zginęły dopiero w czyśćcu. Jednak zwykły elf, który zna trochę magicznych sztuczek i jeszcze na dodatek nigdy nie przegrał walki z wybranym...
Wy Wybrani myślicie, że jesteście kimś specjalnym, ale mi nie robicie żadnej różnicy...
Siral osłupiał i zrozumiał, że jego przeciwnik z którym się za chwilę zmierzy umie czytać w jego myślach. Wszystkie jego bariery i osłony magiczne, które miały ochraniać ciało i umysł zawiodły.
- Dość tego! – Wrzasnął mag – Nikt nie będzie sobie drwił ze mnie, a już na pewno nie zwykły śmiertelnik.
Na twarzy Azraela pojawił się szyderczy uśmiech wyrażający na przemian zdziwienie i odrazę. Zatrzymał się.
- Więc zaczynajmy... – Odparł cicho.
Siral ryknął w niebogłosy i wypuścił z dłoni kulę ognistą, która z ogromną szybkością poleciała w stronę uśmiechniętego fletniarza. Azrael uniknął ataku i ruszył z zawrotną prędkością w kierunku zaszokowanego maga. Rayavo w tym czasie zwinnie niczym kot skoczyła do przodu i wykonując serię salt znalazła się po lewej stronie przeciwnika. Rzuciła w jego stronę kilka sztyletów, które wyjęła za pasa chcąc wybadać możliwości swojego wroga. Wszystkie minęły celu wbijając się w drewniane deski lub odbijając się od brukowanej ulicy. Azrael uśmiechnął się szeroko i odwrócił w stronę maga, który zdążył podbiec na tyle, aby rzucić czar. Z rąk Sirala wystrzeliła potężna wiązka ognia w kierunku zaskoczonego elfa. Ten jednak odbił w jakiś sposób zaklęcie używając do tego swojego drewnianego instrumentu, a następnie uskoczył przed wyprowadzonym przez złodziejkę atakiem. Jego szybkość i umiejętności znacznie przewyższała zdolności dwójki zabójców. Po kolejnym nieudanym natarciu Rayavo i Sirala, Azrael odskoczył od nich na odległość czterech metrów. Flet, który trzymał w ręce nagle zmienił się w magiczny miecz od którego emanowała lodowa poświata. Broń ta była pięknie wykonana i zdobiona magicznymi runami w języku starożytnych.
- Czas kończyć zabawę... – Powiedział z uśmiechem elf i ruszył do ataku.
Rayavo wyjęła stalowe sidła i zarzuciła je na nogi nadbiegającego przeciwnika. Nie zdążyła zacisnąć pętli, gdy miecz Azraela przeciął stalowa linkę.
Rayavo i Siral przygotowali się na najgorsze, gdy nagle między nimi, a ich przeciwnikiem stanął przybysz, który zdawał się pojawić znikąd. Nosił ciemny długi płaszcz z kapturem, który zasłaniał jego oblicze. Po wysokiej i szczupłej sylwetce od razu się zorientowali, że mają do czynienia z elfem. Azrael stanął w miejscu i przez chwilę w zadumie przyglądał się nowemu przybyszowi.
- Rayavo jest moja – Odparł sucho zakapturzony przybysz.
- Kim jesteś? ! – Warknęła hobbitka, która miała już serdecznie dość niespodzianek i nowych przeciwników.
- Jestem... – Nieznajomy zdjął kaptur ukazując zaciętą twarz ciemnego elfa – ...Cyd, którego zabiłaś niedawno. Teraz ja zabiję Ciebie.
- Nie wydaje mi się chłopcze – Odrzekł spokojnie ponury fletniarz – Ta dwójka należy do mnie, a Ty, jeśli chcesz żyć lepiej odejdź stąd.
- Ty nic nie rozumiesz! – Ryknął Cyd – Ona jest moja, a Twoje interesy mnie gówno obchodzą i jeśli będziesz chciał mi przeszkodzić, to i Ty zginiesz!
Azrael spojrzał zimno na ciemnego elfa i odparł lodowatym głosem, który wciąż był spokojny.
- To Ty nic nie rozumiesz... – Elf złożył ręce w dziwnym geście i wystawił dłoń w kierunku Cyda – Gdy mówię, że nie masz czego tu szukać, to znaczy, że masz znikać...
Z jego dłoni wystrzeliła potężna fala powietrza, która z furią uderzyła w przerażonego ciemnego elfa. Cyd wyleciał w powietrze i z ogromnym impetem uderzył w przeciwległą ścianę. Jego bezwładne ciało opadło z trzaskiem na stragany niszcząc drewniane wystawy.
- Już po nim – Szepnął cicho Siral.
Azrael odwrócił się w stronę swoich ofiar i zaczął iść wolnym krokiem, aby dokończyć to co zaczął. Po przejściu kilku metrów zatrzymał się i spojrzał w stronę zniszczonych straganów, gdzie między połamanymi deskami powinno tkwić ciało przybysza. Emanowała z tamtego miejsca potężna i starożytna energia, która wyczuwalna była nawet na ogromne odległości.
- Co jest? – Szepnął elf i odskoczył.
Chwilę potem w miejscu, gdzie stał nastąpiła potężna eksplozja, która wyrwała kamienie z ulicy i podrzuciła go w powietrze. Spod sterty desek wyszła chuda postać ciemnego elfa. Mimo potężnego uderzenia wyszedł z upadku bez najmniejszych obrażeń, a teraz szedł w ich kierunku ściskając w dłoni dziwny sztylet.
Ciało Cyda otaczało dwadzieścia kilka przezroczystych humanoidalnych sylwetek. Każda z nich była tak wyraźna, że widać było w co jest ubrana, a nawet rozpoznać jej rysy twarzy. Szły wraz z nim, swoim nowym panem trzymając się od niego nie dalej niż pół metra. Ślepo wykonujące rozkazy, gotowi na wszystko i do wszystkiego. Lecz ceną tego była utrata świadomości przez Cyda, którego oczy nie posiadały już źrenic i stały się puste tak samo jak jego dusza.
Cydzie! Od teraz jesteśmy jednością... pomożemy Ci, a Ty pomożesz Nam... nie chcemy wiele, tylko Twojej duszy i woli... Nawet nie musimy o nią prosić bo już jest Nasza i Ty też jesteś NASZ!!!
Nie...

Jedna z niematerialnych postaci wysunęła się na przód i wykonała kilka gestów rysując w powietrzu znaki mocy. Ciemne deszczowe chmury przesłoniły słońce i spowiły całe miasto w mrokach. Powietrze wypełniła dziwna woń elektryczności i mocy, która wydawała się być namacalna dla zwykłych śmiertelników. Cyd ze spuszczoną głową zdawał się unosić lekko nad ziemią niczym zjawa, która wzywała niszczycielskie siły.
Wokół Azraela powietrze zawirowało i pojawiły się drobne wyładowania elektryczne, które niczym węże zaczęły obejmować jego ciało.
Rayavo po raz pierwszy od początku spotkania z ponurym fletniarzem widziała, że jego twarz jest blada, a w oczach pojawił się strach. Czuła, że On dobrze wie co to za zaklęcie i kim są te niematerialne postacie, które otoczyły tego ciemnego elfa.
Wreszcie Azrael opadł na jedno kolano i podparł głowę na mieczu szykując się na spotkanie ze swoim przeznaczeniem.
- Co On robi? – Krzyknął Siral próbując przekrzyczeć wiatr, który zerwał się nagle i z każdą minutą stawał się coraz silniejszy oraz dzikszy.
Ku zaskoczeniu dwójki zabójców przez chwilę wszystko ucichło i zastygło jakby w bezruchu. Nastał taki spokój, że przez moment Rayavo słyszała powolne i równomierne bicie serca ponurego fletniarza. Co za dziwne zachowanie jak na istotę, która wiedziała, że za chwilę umrze bez możliwości powrotu.
- Jestem gotowy – Odparł spokojnie elf unosząc głowę i patrząc na zjawę, która przygotowała dla niego zgubę.
Duch zdawał się rozumieć słowa swojej ofiary o czym świadczył ukłon w stronę fletniarza.
- Co Oni kurwa robią?! – Ryknął Siral blady jak śnieg – To jest jakieś chor...
Nie dokończył...
Potężny wrzask zagłuszył wszystko!
Był to okrzyk niebios, które na prośbę starożytnego maga otworzyły się i raz jeszcze zademonstrowały swoją zapomnianą potęgę i bezwzględność. Ognisty huragan, który spadł z chmur uderzył w Azraela paląc jego ubranie...ciało i duszę...
Elf objęty przeklętymi płomieniami stał niewzruszony nie mogąc wydać nawet jęku. Jego sylwetka najpierw stała się rozmazana niczym przedmiot oglądany przez zabrudzoną szybę. Po krótkiej chwili, która zdawała się trwać wieczność płonące ciało uległo całkowitemu spopieleniu.
- Bogowie... – Wydusił Siral i zakrył rękoma twarz.
Cyd odwrócił się w ich stronę i wiedzieli, że to już jest koniec. Kolejna niematerialna postać wysunęła się do przodu. Jej usta poruszały się wymawiając jakieś zaklęcie, ale nie dobywał się z nich żaden dźwięk. Twarz ciemnego elfa wykrzywiła się w grymasie uśmiechu, który wydawał się wymuszonym objawem szczęścia. Uśmiech, który rozdają dzieci niezadowolone z prezentu, ale nie chcąc sprawić przykrości obdarzają ofiarodawcę takim gestem radości.
W końcu ulicy rozprzestrzenił się ogień, który z każdą sekundą stawał się coraz większy. W końcu powstała ognista fala, która podnosząc się na kilka metrów runęła w kierunku odrętwiałych zabójców. Po krótkiej chwili przerażające zjawisko zamieniło się w ogromną ścianę ognia pędzącą na Rayavo i Sirala. Wysoka temperatura paliła stragany i topiła szyby w oknach. Niektóre domy zajęły się ogniem, który po firankach dostawał się do domów i pożerał drewniane meble i przedmioty chcąc zaspokoić swój wieczny głód.
Hobbitka widząc zbliżające się niebezpieczeństwo wyrwała się z amoku i ruszyła w stronę miejskiej świątyni. Wiedziała, że jeśli dobiegnie do celu, to uratuje swoje życie, gdyż nawet najbardziej plugawe i zniszczone przez zło istoty nie mogły zabijać w starożytnej świątyni Odyna. Biegnąc za plecami usłyszała przeraźliwy wrzask maga, którego już objęły płomienie.
Nagle poczuła ucisk na nodze i runęła na ziemię.
Wiedziała co to jest, lecz nie chciała w to wierzyć. To były sidła, które oplotły jej lewą nogę uniemożliwiając tym samym ucieczkę. Co najstraszniejsze, to nie były sidła ciemnego elfa, lecz jednej ze zjaw, które go otaczały. Nie mogła się uwolnić, gdyż linka była również niematerialna i każda próba uchwycenia jej kończyła się przeniknięciem przez nią. Złodziejka wiedziała, że to jej koniec. Zamknęła oczy.
...
Do karczmy wbiegł zdyszany strażnik miejski. Młody chłopak, który dopiero nie dawno zaczął służbę trzymał dłoń na krwawiącym ramieniu. Choć starał się tego nie okazywać, ból, który szarpał jego rękę był tak wielki, iż nie zdołał powstrzymać napływających do oczu łez. Zbroja, którą nosił na sobie nosiła w kilku miejscach głębokie ślady wgnieceń. Z ogromnym wysiłkiem przeszedł chwiejnym krokiem do lady. Karczmarz z politowaniem przysunął mu kufel piwa, lecz strażnik odsunął go i zwrócił obliczę w stronę zaniepokojonych gości.
- Ktoś zaatakował Midgaard! – Krzyknął w rozpaczy po czym runął jak długi wzdłuż lady.
Karczmarz spojrzał z zakłopotaniem na gości po czym odparł:
- U nas w Midgaardzie to całkiem normalne... – Skinął na służbę, która pojawiła się natychmiast przy nieprzytomnym mężczyźnie – Zabierzcie go do jednego z wolnych pokoi.
Obsługa karczmy szybko zabrała rannego strażnika i wszystko powinno wrócić do normy, lecz w serca podróżników i stałych bywalców wkradła się niepewność i ciekawość, a u niektórych wręcz strach. Nie u wszystkich jednak te uczucia dawały o sobie znać. Grupka osób, która siedziała jak dotąd w najdalszym kacie budynku niespodziewanie wstała i zostawiając zapłatę wyszła z karczmy. Od stołu odeszło też kilka elfów i krasnoludów, którzy bez chwili wahania ruszyli ku wyjściu.
Ja też tam byłem i jakoś mnie nie ciągnęło, żeby zobaczyć kolejną awanturę, których widziałem w moim długim życiu tak wiele, że już nie robiły na mnie wrażenia. Jednak obudzona we mnie ciekawość nie dawała mi spokoju i powstało w mojej głowie kilka pytań na które chciałem uzyskać odpowiedź. Rzucając kilka złotych monet na blat stołu rozejrzałem się po karczmie i stwierdziłem, że od ostatniej mojej wizyty zmienił się właściciel przybytku, a i wystrój prawie całkowicie uległ zmianie.
Nie śpiesząc się otworzyłem drzwi i z lubością patrzyłem jak czerwona łuna rozświetla nocą północną część miasta. Do nozdrzy dotarł duszący zapach dymu i słodkawy, lekko mulący aromat spalonego ciała. Przeszedłem kilka kroków wąską uliczką kierując się na zachód, gdy do moich uczy dobiegła prawdziwa symfonia wrzasków i krzyków. To ludzie zaskoczeni przez ogień w swoich mieszkaniach płonęli teraz wraz ze swoim dobytkiem. Przez moment myślałem, że opowieści rannego strażnika to zwykłe bredzenie. Bałem się, że nie ma żadnego niszczyciela, który samotnie niszczy tak wspaniałe i przyjazne dla innych ras miasto jakim jest Midgaard. Miałem coraz więcej wątpliwości, gdy nagle ujrzałem widok, którego nie widziałem od wielu wieków. Miasto z niebem łączyły ogniste tornada, które wolno sunąc w różnych kierunkach siały prawdziwą destrukcję wśród zabudowań i mieszkańców.
Minęło kilkaset lat od czasu, gdy po raz ostatni widziałem coś takiego, a teraz gniew natury niszczył cały Midgaard. Nigdy nie mogłem zrozumieć decyzji tych słabowitych magów, którzy zakazali używania takich zaklęć.
Minęło kilka minut nim zorientowałem się, że dałem się ponieść wspomnieniom i straciłem kontakt z rzeczywistością. Po chwili wrócił mi zdrowy rozsądek i z uczuciem lekkości ruszyłem w stronę skąd emanowała potężna energia magiczna. Wiedziałem, ze tam, gdzie jest to źródło jest istota, której poszukuję.
.....
- To nie możliwe... – Wydusił Parn i odwrócił się w stronę elfa stojącego plecami do płonącego miasta – Miałeś go uczynić silniejszym, a nie niszczyć cały Midgaard! – Warknął.
Mag rozłożył ręce w zrezygnowaniu i odparł z irytacją:
- Ostrzegałem Cię mistrzu, że to może się wyrwać spod kontroli...
- Ale to! – Przerwał krzykiem złodziej – Przecież to przechodzi ludzkie pojęcie!
- Przesadzasz – Odparł spokojnie elf i przysunął się na skraj dachu chcąc zachować jak największy dystans ze swoim rozmówcą – To tylko drobna niedogodność, a budynki znowu odbudują.
- Czasami się zastanawiam, czy to w ogóle należysz do tego świata.
- Być może nie, ale to już nie mój problem.
Odgłosy walki przybliżyły się znacznie do nich i mogli wyraźnie słyszeć wrzaski umierających i rannych. Parn spojrzał spod kaptura na towarzysza i odparł cicho:
- Powinniśmy się stąd wynosić.
- Nie ująłbym tego inaczej – rzekł spokojnie Aron i dodał prawie się uśmiechając - a zresztą nie ma co się martwić i tak....
Nagle Parn poczuł jak uderza w niego fala przerażającego zimna prawie zapierając dech w piersiach. Instynktownie zasłonił dłonią twarz i gdy znowu spojrzał na elfa zadrżał. Twarz maga była cała biała jakby ktoś pozbawił jej w jednej chwili krwi. Było to wynikiem śmiertelnego strachu i złodziej dobrze o tym wiedział.
- Aronie, czy coś się...
Niczym zjawa z koszmarnego snu za elfem pojawiła się niematerialna postać. Unosząc się w powietrzu kilka metrów nad ziemią gniewnym wzrokiem mierzyła dwójkę przeciwników. Nie minęła nawet sekunda, gdy duch sztyletu zadał cios niematerialnym mieczem rozcinając tętnice, żyły i druzgocząc kręgi szyjne maga. Bezgłowy korpus stał jeszcze chwilę w bezruchu po czym w fontannie krwi runął z dachu trzypiętrowego budynku na brukowaną ulicę. Głowa wolno potoczyła się pod nogi zakapturzonego złodzieja. Zjawa uśmiechnęła się drapieżnie i odwróciła w jego stronę.
Parn kątem oka spostrzegł na ulicy walczących z duchami obrońców miasta. Strażnicy miejscy padali jak muchy nie mogąc trafić przeciwnika, czy sparować jego ataku. Broń zjaw przenikała kontry, zbroje i tarcze strażników miejskich powalając jednego po drugim. Ulica w przeciągu kilku minut zapełniła się martwymi ciałami leżącymi bezwładnie w kałużach krwi. Nawet wybrani, których wezwano z najodleglejszych krain padali pod ciosami niepokonanych upiorów.
Wiedział, że mógłby im pomóc, lecz teraz musiał stoczyć swoją własną walkę.
Duch nieżyjącego wojownika, którego niegdyś Aron wraz z kilkoma innymi szaleńcami uwięził w sztylecie ruszył z nieludzkim rykiem do ataku. Parn z gracją pumy uniknął ataku i uskoczył przed kolejnym wytrącając przeciwnika z równowagi. Zjawa nie mogąc trafić złodzieja wydała z siebie przeszywający krzyk i z furią ruszyła na niewzruszonego złodzieja.
- Popełniasz wielki błąd... – Wysyczał przez żeby Parn, lecz duch nie zwrócił nawet na niego uwagi i z uniesionym mieczem zaatakował.
Niematerialny miecz przy odgłosie metalicznego zgrzytu napotkał na opór w postaci czarnej klingi złodzieja. Upiór wytrzeszczył w niedowierzaniu oczy i poruszał wargami jakby chciał rzec: To nie możliwe!
To było możliwe i Parn postanowił dłużej nie czekać. Odbił cios i chwycił ręką szyję zjawy, która w przerażeniu złożyła usta w pytaniu: Kim Ty na bogów jesteś?!
Przezroczysta zielona łapa wychodząca z kaptura złodzieja wbiła się w duszę wojownika i zacisnęła szpony. Powietrze wypełniła magia chaosu, która objęła w swoim uścisku dwójkę śmiertelnych wrogów. Mimo, iż niematerialna postać wciąż stawiała opór, to wola Porywacza Dusz była silniejsza i z każdą sekundą pochłaniała coraz bardziej swoją ofiarę. Po kilku minutach walki Parn wchłonął duszę jednego z pierwszych bohaterów, którzy pojawiali się na świecie.
.......
Widziałem jak mój nieodżałowany uczeń tracił głowę. Zawsze twierdziłem, że był najzdolniejszy z moich uczniów, ale jego niekompetencja często szła w parze z brakiem ogłady i kultury osobistej. Nie widziałem go od ośmiu wieków i bardzo się zdziwiłem, gdy ujrzałem go w towarzystwie jakiegoś hobbita. Po usłyszeniu co zrobił mój dawny uczeń byłem gotowy mu pogratulować poprawnego rzucenia czaru, ale, że jak skończony dureń pozwolił wyrwać się spod władzy takiej potędze, to miałem ochotę spopielić go na miejscu. Uprzedziła mnie w tym zamiarze jedna z więzionych dusz, która odzyskała wolność i postanowiła ją wykorzystać. Gdy ujrzałem jak głowa Arona toczy się po dachu miałem ochotę zacząć klaskać i śmiać się w niebogłosy. Powstrzymałem się, gdy zobaczyłem walkę towarzysza mojego ucznia z upiorem starożytnego bohatera. Nie wiem czemu, ale miałem przedziwne wrażenie, że ten kurdupel był czymś więcej niż chciał pokazać innym.
- Zapowiada się ciekawa noc – Szepnął elf uśmiechając się tajemniczo i znikł.
........
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)

Wiadomośćprzez Thail » Śr sie 24, 2005 1:36 pm

Tymczasem grupka wybranych pod przywództwem Slaanesha ruszyła pod osłoną nocy do ataku. Zmieniając się w małe i zwinne nietoperze szybko przecinali powietrze unikając ognistych tornad. Nagłe i chaotyczne pojawianie się efektów czaru powodowało, że wampiry musiały być w ciągłym skupieniu. Mimo tego nie wszystkim udało się dotrzeć do celu podróży.
W pewnym momencie potężna fala ciepła i ognia uderzyła w grupę. Prawie wszystkie nietoperze wykonały unik poza jednym, który zajął się ogniem i niczym rzucona pochodnia runął w dół. Pozostali podróżnicy odebrali tylko przeraźliwy sygnał telepatyczny:
ŁŁŁŁłłaaaaaaaa... pooomocy... płonę i spaaadam... zaraz się rozbiję...
Odpowiedź była natychmiastowa i pokrzepiająca:
Nie obawiaj się Savillo! – Zabrzmiał władczy głos w jej małym móżdżku –Wysłaliśmy do Ciebie Khrella, który zaraz Ci pomoże...
Tak się ciszę mistrzu...
KHRELL!!
– Ryknął Slaanesh – Co Ty tu robisz??!!
Coo?! – Załkała Savilla – Co panie powiedz...
Pac!
Z powietrza dostrzegli drobny ciemny kształt leżący na brukowanej ulicy w kałuży szkarłatnej krwi. Po obu stronach drogi płonęły domy i leżały stosy trupów. Śpieszący z ratowaniem swojego dobytku ludzie nawet nie zauważyli rozgrywającej się w powietrzu tragedii.
Khrell Ty idioto! Policzymy się w domu! – Zgrzytnął głos w umyśle wampira, który można przyrównać jedynie do zgrzytu skrzypiec.
Ależ mistrzu nie mogłem jej znaleźć – Załkał Khrell z trudem powstrzymując rozbawienie.
Masz szczęście, że to tylko drobny upadek i zaraz się zregeneruje. Zaczekamy chwilę na nią – Rozbrzmiał rozkaz w umysłach pozostałych wampirów.
Leżące na kamieniach ciało nietoperza zaczynało się regenerować, gdy płonący budynek pozbawiony oparcia przechylił się niebezpiecznie i runął na ulicę zabierając w potoku ognia i zgliszczy malutkie ciałko Savilli.
Straszne! – Krzyknęła Kalia.
Slaanesh nic się nie odezwał tylko spojrzał swoimi czerwonymi z wściekłości oczyma na Khrella, który usiłował się nie śmiać.
Kiedyś mi za to zapłacisz...Lećmy dalej!
Bez dalszych przeszkód grupa wampirów dotarła do centrum walk, gdzie uwolnione dusze bohaterów siały w mieście śmierć i zniszczenie. Bitwa przeniosła się na Plac Świątynny, gdzie kat usiłował powstrzymać nieprzyjaciół przed wtargnięciem do świętego przybytku. Mimo swojej ogromnej mocy nie był w stanie pokonać przeciwników, lecz sam też nie ulegał ich przerażającym możliwościom.
Plac w przeciągu kilku minut został usłany zmasakrowanymi trupami strażników miejskich. Służbom porządkowym miasta zaczynało brakować ludzi i burmistrz wydał rozkaz wymarszu dla elitarnego wojska Midgaardu. Idąc ulicą równym krokiem zachowując szyk bojowy zmierzali szybko w kierunku placu świątynnego.
...
Mimo, iż zawsze pozostawałem sceptyczny co do skuteczności armii, to muszę przyznać, że zawsze uwielbiałem patrzeć na ich marsz. Każdy z żołnierzy ubrany w pełną zbroję płytową błyszczącą jak srebro. Przy boku zaokrąglone tarcze ścięte ku dołowi z wymalowanym herbem Midgaardu. W rękach trzymali długie posrebrzane halabardy wykonane tak samo jak ich legendarne miecze przez gnomich i elfich kowali. Największe jednak wrażenie robiły na mnie ich wspaniałe błękitne płaszcze, które posiadały specyficzny odcień tego koloru. Szli ulicą w poczwórnym szeregu, gdyż wąskie przejścia nie pozwalały na pełne rozwinięcie szyku.
Siedząc na dachu pod ochroną starożytnego zaklęcia niewidzialności, które mogliby przeniknąć jedynie bogowie i najstarsi nieśmiertelni rozmyślałem nad bezsensownością tej całej eskapady. Jedno muszę przyznać, że władze miasta nie szczędziły na nich pieniędzy.
...
Rycerz z furią ruszył na przeciwnika, który stojąc w bezruchu wydawał się czekać na swój sprawiedliwy koniec. Ostrze miecza zabłysło złowrogo w ciemnościach i zanurzyło się w ciele przezroczystego wroga. Klinga przeniknęła przez cel, a jej właściciel stracił równowagę i jak długi rozciągnął się na brukowanej drodze. Duch spojrzał na podnoszącego się żołnierza i wypowiedział bezdźwięczne zaklęcie.
Oszołomiony upadkiem człowiek krzyknął nagle z bólu i eksplodował w fontannie krwi, flaków i kawałków pogniecionego metalu. W serca pozostałych przy życiu rycerzy wdarła się niewidoczna trwoga, lecz walczyli i umierali dalej nie zwracając uwagi na beznadziejność swoich działań.
Strażnik z trudem uniknął kuli ognistej, która wpadła przez rozbite okno i wybuchła w mieszkaniu po przeciwległej stronie ulicy. Odłamki szkła i gruzu poraniły twarz mężczyzny, który nie zdążył zasłonić się swoją tarczą. Zjawa z szyderczym uśmiechem zaczęła zbliżać się ku swojej ofierze mamrocząc zaklęcia, których nie usłyszy żaden z żyjących. Strażnik spojrzał na swoją tarczę i odrzucił ją ze złością.
- Na nic mi się nie przydasz – Syknął przypominając sobie tych, którzy zginęli zasłaniając się tym kawałkiem bezużytecznego metalu przed ciosami i ryknął z całych sił – No chodź po mnie!
Kolejna kula ognista przemknęła tuż nad jego głową, gdy wykonując szybki unik uskoczył do przodu. Przeturlawszy się kilka metrów powstał i podbiegł do zaskoczonego ducha. Zdążył zadać kilka cięć nim kula energii rzuciła jego wątłym ciałem o ścianę budynku. Poczuł jak metal wbija się głęboko w ciało, a usta wypełnia gorąca słodkawa ciecz. Po chwili jego bezwładne ciało opadło na ziemię. Zjawa z ponura miną przybliżyła się do żyjącego jeszcze człowieka i wydobyła broń. Ostrze miecza już miało zanurzyć się w ciele nieszczęśnika, gdy błękitne płomienie objęły upiora.
Płonąca świętym ogniem zjawa wrzasnęła głucho i znikła.
Do leżącego w kałuży krwi młodego mężczyzny podeszła wysoka postać. Bił od niej niesamowity chłód i zdawało się, że pochłania otaczające ją światło. Nachylił się nad umierającym człowiekiem i przyłożył szponiastą dłoń do jego czoła. Po krótkiej chwili zastanowienia odparł zimno:
- W sumie zawsze ze sobą walczyliśmy, ale teraz jesteśmy można powiedzieć po tej samej stronie barykady.
Kerod wypowiedział zaklęcie porządnego leczenia i patrzył jak rany znikają z ciała nieszczęśnika, który jeszcze kilka sekund temu był gotowy rozstać się z tym światem. Strażnik otworzył oczy i spojrzał otępiałym wzrokiem na wampira, który właśnie zamierzał odejść.
- Kim jesteś? – Zapytał zmęczonym głosem.
- Lepiej, żebyś nie wiedział... – Odparł niesamowitym głosem Kerod – Jak tylko zyskasz na tyle sił, żeby się podnieść, to udaj się do koszar i powiedz swojemu dowódcy, że teraz tym całym burdelem zajmą się tylko i wyłącznie wybrani, a jeśli nie przestanie wysyłać dalej swoich ludzi na bezsensowną rzeź, to zajmę się nim osobiście...
- Dobrze... ale co... – Nim strażnik miejski skończył układać pytanie w logiczną całość, wampira już dawno nie było.
...
Plac świątynny płonął w całym tego słowa znaczeniu. Ogień nie oszczędził nawet marmurowych kolumn, które pod wpływem ogromnej temperatury rozpadały się na drobne kawałeczki.
Ostatni strażnicy zaciekle bronili wejścia do pomieszczenia, gdzie znajdował się ołtarz i inne święte relikwie.
Jednakże liczebność obrońców malała w zastraszającym tempie z każdą sekundą. W ostatnim geście rozpaczy strażnicy stworzyli z martwych ciał swoich towarzyszy barykadę, której o dziwo upiory nie potrafiły przeniknąć.
- Dowódco! To nie ma najmniejszego sensu! – Krzyknął przerażony młodzieniec i wskazał palcem na makabrycznych przeciwników, którzy już zaczęli forsować prowizoryczną barykadę – Niech to szlag! Zaraz nas wszystkich wykończą i to będzie twoja wina!
- Spokój chłopcze! – Warknął stojący obok młodzieńca starszy elf i dodał ciszej – Tylko spokój może nas teraz uratować przed tymi piekielnymi demonami.
Kolejny wybuch zmiótł z barykady kilku strażników i zrobił w niej sporą wyrwę.
- No i kurwa tyle, jeśli chodzi o spokój! – Ryknął młody strażnik i ruszył na wrogów.
To były ostatnie słowa jakie wypowiedział, bo kilka sekund później jego serce przebiło wrogie ostrze.
...
Uzdrowiciel wskazał dłonią na podłogę przy kamiennym ołtarzu i rzekł podniesionym głosem:
- Wy dwaj połóżcie nosze z rannym w tym miejscu. Zdolni do walki niech chwytają za broń i nie dopuszczą upiorów poza próg świątyni. Za chwilę postaram się zająć tymi, którzy tego najbardziej potrzebują – Starzec otarł pot z czoła i spojrzał zmęczonymi oczyma na ogromny posąg bóstwa – Dlaczego nam nie pomożecie? – Zapytał cicho uzdrowiciel.
Wnętrze świątyni z każdą chwilą wypełniało się coraz większą liczbą rannych i umierających. Miejsce boskiego kultu szybko zaczęło przypominać szpital, a znacznie częściej pełniło rolę kostnicy.
Z martwych ciał ułożono zaporę, która swoją chwilową skuteczność udowodniła na zewnątrz budynku. Mag należący do drużyny straży miejskiej rzucił na zamknięte wrota magiczne bariery mające zyskać dla obrońców choć kilka sekund.
Kolejna eksplozja zatrzęsła budynkiem.
Wszystkie oczy z przerażeniem spojrzały na sufit, a w głowach majaczyła tylko jedna myśl.
Czy najpierw dopadną nas upiory, czy może wcześniej świątynia zamieni się w stertę zgliszczy?
Leżący najbliżej ołtarza umierający strażnik krzyknął:
- Dlaczego?! Dlaczego te potwory tak bardzo chcą zniszczyć to miejsce?! Po co niszczyć kupę kamieni ułożonych jeden na drugim i czemu to właśnie my ich mamy bronić? – Strażnik zakaszlał krwią i splunął na pomnik stojący za ołtarzem – Może Wybranym zależy na stercie tego gruzu... – Odparł cicho i po chwili dodał głośniej - ... bo mogą umierać ile chcą, a i tak za sprawą bogów wrócą...
- Zamilcz zwykły śmiertelniku! – Ryknął zzieleniały ze złości uzdrowiciel – To co mówisz jest herezją!
- Czy któryś z was słyszał o miejscu, gdzie idą po śmierci tacy jak ja? – Mówił dalej strażnik, a jego głos stawał się coraz słabszy i mniej słyszalny – Skoro to miejsce jest takie ważne dla bogów, to niech je sami bronią... – To były ostatnie słowa jakie wypowiedział.
W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza przerywana przez odgłosy kolejnych wybuchów i ciche jęki konających. Uzdrowiciel wciąż patrzył na ciało martwego strażnika. Po chwili zmówił krótką modlitwę, aby przebłagać bogów, których zapewne rozgniewały słowa tego nieszczęśnika.
Nad ranem wszelkie ataki skierowane w świątynię Midgaardu ustały.
Upłynęło trochę czasu nim mała grupa strażników miejskich pobłogosławiona przez uzdrowiciela wyszła przez ogromne wrota na zewnątrz. Zachowując najwyższą ostrożność ruszyli w kierunku placu świątynnego. Na miejscu zastali makabryczny widok, który można ujrzeć jedynie po stoczeniu zażartej bitwy.
Martwe ciała strażników, gwardzistów i elitarnych żołnierzy, poskręcane w nienaturalnych pozach tworzyły przerażający dywan, który w całości przesłonił brukowaną powierzchnię placu.
Upiory znikły tak jak się pojawiły pozostawiając po sobie śmierć i zniszczenie.
Po kilku godzinach miejskie ulice zapełniły się zdezorientowanymi mieszkańcami i niedobitkami straży. Jedni szukali swoich bliskich, a inni próbowali ratować ze swojego dobytku, to co nie zostało całkowicie zniszczone. Służby porządkowe korzystając z drewnianych wozów jeździły po mieście i zbierały martwe ciała. Zwłoki gwardzistów i rycerzy zabrali specjalnie do tego wyznaczeni ludzie z koszar. Po dwóch dniach władze Midgaardu zarządziły generalne prace porządkowe. Tysiące ludzi wyszło na ulice i zaczęło usuwać wszystkie ślady po niedawnej bitwie.
...
I to był koniec wszystkiego...
Koniec walki z upiorami i masakrą mieszkańców Midgaardu...
Jednakże dla mnie był to dopiero początek końca, którego udziałem stał się otaczający mnie ze wszystkich stron mróz i lód. Dojmujące zimno, które krępowało wszystko... moją chęć ruchu... normalnego myślenia i co najważniejsze... życia.
Ostatnim obrazem, który jestem w stanie sobie przypomnieć z mojego lacowego życia była rozmowa z duszami uwięzionymi w sztylecie. Upiory wniknęły głęboko w moją świadomość i przejęły kontrolę nad ciałem głupiego mrocznego elfa, który wierzył, że będzie rządził światem. Żałosna istota, która myślała, że świat legnie jej do stóp, a teraz stał się czymś marniejszym niż chodzący po ziemi robak.
Robak, który w przeciwieństwie do innych ma prawo do śmierci, lecz ja zostałem pozbawiony możliwości wyboru, czy chce żyć, czy umrzeć.
Dlaczego się tu znalazłem po tym wszystkim?!
Czyż upiory nie zostały zniszczone przez potężnego boga Ulryka?
Czy to była moja wina, że te potwory zawładnęły moim słabym ciałem?
Nim to lodowe więzienie pochłonęło moje ciało wraz z duszą widziałem to miejsce w całym swym przerażającym pięknie.
Lodowa kraina zawieszona między zakazanymi wymiarami, gdzie wstęp mieli tylko bogowie i najwyżsi nieśmiertelni. Najbardziej charakterystycznym zjawiskiem dla krajobrazu tej mroźnej krainy były ogromne góry lodowe królujące wysokością nad wszystkim. Wspaniałe, potężne i stare niczym świat na którym się utworzyły, aż w głowie rodziło się pytanie: Co było pierwsze? Te lodowe góry, czy ta planeta?
Czułem gdzieś w swoim wnętrzu, że nie jestem już na tak dobrze mi znanej planecie, gdzie się urodziłem i jednocześnie umarłem. Byłem w innym świecie, gdzie słońce nie miało dostępu, a jedynym źródłem światła były wszędzie porozrzucane kryształy emanujące własnym bladym światłem.
Innym zjawiskiem, które bez problemu potrafię sobie przypomnieć jest biały śnieg.
Zazwyczaj wszystkim biel kojarzy się z niewinnością, lecz mi już zawsze będzie kojarzyć się z ciszą i śmiercią...
Nie pamiętam dokładnie jak się tam znalazłem.
Ulryk, potężny bóg wojny specjalnie na tę okazję przybrał plugawą formę człowieka, gdyż widok jego prawdziwej postaci mógłby uśmiercić mnie na miejscu.
Przemierzając lodowe pustkowia, gdzie nawet śmierć przychodziła wraz z nocnymi zamieciami nie myślałem co ze mną będzie. Wiedziałem tylko jedno, że muszę podążać za wysoką sylwetką człowieka odzianego w zielone szaty. Tylko to się liczyło, nic więcej...
Nie liczyło się to, że tracę czucie w skostniałych nogach, ani to, że mój wychłodzony i zmęczony organizm był na skraju śmiertelnego wyczerpania...
Po kilku godzinach podróży, które dla mnie wydawały się wiecznością dotarliśmy do lodowej budowli. Kształtem przypominała zamek, ale materiał, który został wykorzystany do jego budowy był wszystkim tym co można znaleźć na tej planecie, czyli lód i śnieg.
Na widok Ulryka, swojego pana i stwórcy, dwa śnieżne golemy natychmiast otworzyły ogromne wrota i mogliśmy bez przeszkód kontynuować podróż, moją ostatnią...
To co ujrzałem w środku przypominało obrazy jakie widuje się najczęściej w sennych koszmarach.
Idąc szerokim korytarzem oświetlanym tylko przez kryształy, których wszędzie było pełno, widziałem dziesiątki, nie, setki, jeśli nie tysiące uwięzionych w lodzie postaci. Wśród zamrożonych istot ujrzałem tak potężne i niezwykłe stworzenia jak smoki i jednorożce oraz tak pospolite jak ludzie, gobliny, orki, elfy, czy krasnoludy. Długo mógłbym wymieniać przedstawicieli ras, które zostały uwięzione w tych lodowych kajdanach, lecz szczególnie jeden więzień przykuł moją uwagę.
Potężnej postury postać odziana w czarne szaty z obliczem ukrytym w głębokim kapturze z której emanowała czerwona poświata. Patrząc na nią czułem jak mój instynkt podpowiada mi, że spotkanie z tym osobnikiem nie należałoby do najprzyjemniejszych. Dwa śnieżne golemy, identyczne jak te, które strzegły zamkowych wrót pilnowały tego szczególnego więźnia.
Nim przyszła moja pora zauważyłem, że na twarzach skazańców nie ma śladu żadnych emocji. Była to pocieszający widok, gdyż miałem nadzieję, że sam proces uwięzienia jest bezbolesny... niestety jak się za chwilę miałem przekonać, to były próżne nadzieje...
Ulryk wskazał palcem na pustą przestrzeń między dwiema lodowymi kolumnami.
Poczułem jak coś chwyta mnie za ramiona i unosi w powietrze. To byli inni strażnicy tego miejsca, którzy przybyli, aby pomóc swojemu panu w egzekucji. Gdy tylko dotknąłem stopami przygotowanego wcześniej podestu moje ciało ogarnęło przerażające zimno. Pierwszy raz odkąd znalazłem się w tej krainie chciałem krzyknąć z bólu, lecz nie mogłem...
Chłód i mróz wypełniły moje gardło lodem uniemożliwiając oddychanie, a co dopiero wydawanie jakichkolwiek dźwięków...
Ale ja chciałem oddychać! Potrzebowałem powietrza, które teraz tak łapczywie starałem się chwytać z otoczenia.
Bezskutecznie...
Moje całe ciało zupełnie zesztywniało, a oczy zaszły mgłą, lecz ja nie umarłem.
Nie na tym miała polegać kara, którą wyznaczyli mi bogowie, a która stała się moim udziałem. Moją karą było odczuwanie wiecznego zimna i zawieszenia między życiem, a śmiercią.
Nim straciłem świadomość swojego ciała i istnienia spojrzałem ostatni raz na potężną sylwetkę więźnia odzianego na czarno. Czułem jak jego moc wolno i nieubłaganie rośnie, lecz on dalej był w letargu jakim obdarzyli go najwyżsi...
Teraz jestem tutaj, lecz nie wiem dokładnie jak nazywa się to miejsce.
Próżnia? Może miejsce między życiem, a śmiercią, gdzie istnieje granica, której nie dano mi przekroczyć.
Poczułem ukłucie w sercu i ucisk w gardle...
Dlaczego tu jestem? Czy zrobiłem... czy tyle zła było moim udziałem, że zasłużyłem na tak straszliwą karę?
Zapragnąłem poznać odpowiedź na te pytania.
Musiałem sobie przypomnieć wydarzenia, które rozegrały się w mojej głowie. One z pewnością wyjaśnią mi dlaczego skończyłem tutaj, a nie zostałem po prostu zniszczony.
Skoncentrowałem się z całych sił, które udało mi się do tej pory odzyskać. Chciałem wiedzieć co się wtedy wydarzyło i dlaczego mimo usilnych prób nie potrafię sobie tego przypomnieć?
Nagle uderzyła we mnie fala rozrywającego bólu i straciłem na jakiś czas świadomość. Gdy znowu się obudziłem, bo jak inaczej nazwać powrót z całkowitej próżni poczułem ciepło...
Nie było to ciepło charakterystyczne dla ognia, czy promieni słonecznych, ale inne, które wywoływało przyjemne uczucie rozgrzewające moje zamrożone ciało.
Po krótkiej chwili poczułem w ustach jakiś słodkawy płyn...
Mimo, iż spałem snem tak głębokim jak sama śmierć miałem świadomość temperatury i smaku. Byłem świadom dwóch zjawisk, które przestały dla mnie istnieć wraz z uwięzieniem, a teraz...
Moje rozmyślania przerwał stanowczy rozkaz...
WSTAŃ
Czułem jak zimno gwałtownie ustępuje z mojego wycieńczonego organizmu, lecz wtedy stało się coś dziwnego.
Nagle moja świadomość znikła, a gdy powróciła patrzyłem na potężną postać odzianą w czarne jak noc szaty. To był ten sam osobnik, którego widziałem chwilę przed swoją egzekucją. Próbowałem dostrzec jego twarz, ale ona była skryta w głębokim kapturze, a jedyne co udało mi się zobaczyć, to czerwone drapieżne oczy.
Po chwili z przerażeniem stwierdziłem, że unoszę się w powietrzu, a za moimi plecami znajduje się moje ciało skute całunem wiecznego lodu. Istota, która z pewnością była odpowiedzialna za ten stan zauważyła mój niepokój. Nie śpiesząc się podeszła do mnie.
- Niestety nie jestem w stanie wydobyć twojego ciała z tego więzienia, Cydzie – Odparła chłodno istota nie przestając patrzeć na mnie swoimi drapieżnymi oczyma – Mogę jednak sprawić, że twoja świadomość powróci do normalnego świata.
- Skąd znasz moje imię i kim jesteś? – Zadałem pytanie, lecz mimo, że moje usta ułożyły się w słowa, to nie wydałem z siebie żadnego dźwięku.
- To normalne, że nie potrafisz wymawiać słów – Odrzekł stojący przede mną osobnik – Nie mogę ci zdradzić swojego imienia, ale możesz nazywać mnie Starożytny – Gdy wypowiadał te słowa, jego oczy rozbłysły czerwonym blaskiem – Mam z tobą pewien problem.
- Problem? – Zapytałem zdziwiony i zarazem przerażony.
- Otóż, twoje usilne próby przypomnienia sobie przeszłości pozwoliły mi obudzić się z tego niezbyt zabawnego snu jak zapewne sam zdążyłeś zauważyć – Starożytny mówił wolno i spokojnie, tonując każde wypowiadane słowo- Jednakże wszelkie moje chęci zwrócenia ci wolności spełzają na niczym, gdyż twoje marne ciało mrocznego elfa nie przeżyłoby całkowitego rozbudzenia.
- A ty jakim cudem przeżyłeś? – Zapytałem niepewnie czując, gdzieś w podświadomości, że ten osobnik jest kimś naprawdę niezwykłym.
- Widzisz Cydzie, moje ciało jest znacznie wytrzymalsze i silniejsze niż organizm zwykłego śmiertelnika jakim jesteś ty - Zakapturzona postać zbliżyła się do mnie i nakreśliła w powietrzu dziwny znak – To jest przejście do twojego świata, lecz sedno problemu polega na tym, że nie będziesz mógł zabrać swojego ciała.
- Więc jak mam wrócić? – Spytałem głosem pełnym wątpliwości.
- Jako duch Cyda, lecz będziesz musiał znaleźć dla siebie nową powłokę cielesną. Pozwoli ci to uniknąć gniewu bogów, gdyż twoje ciało dalej będzie cierpieć w lodowym więzieniu, aż po wieczność. Natomiast ty będziesz mógł wybrać sobie nową siedzibę dla swojej świadomości.
- I jak to ma wyglądać? – Byłem coraz bardziej zaciekawiony i pewny swojej decyzji.
- To nic trudnego – Spod kaptura dał się słyszeć cichy i niesamowicie brzmiący śmiech – Wystarczy, że wcielisz się w postać istoty, która przed chwilą umarła.
- Pięknie – Odrzekłem zrezygnowany i dodałem po chwili – A jak mam znaleźć takiego miłego ochotnika?
- W twoim świecie, to nie stanowi wielkiego problemu – Odparł Starożytny i spojrzał na leżące wszędzie kupki lodu i brunatnego śniegu.
Zorientowałem się wtedy, że były to pozostałości po strażnikach, którzy mieli go pilnować.
- Widzisz, tam ciągle ktoś ginie – Odparł po krótkiej przerwie – Jaki chciałbyś być w nowej postaci?
- Pragnę siły, wielkiej wytrzymałości i wielu lat życia – Odparłem bez chwili zastanowienia – Czy nadal będę wybranym?
- Tak. To twoja dusza decyduje o tym, że jesteś wybranym, a nie ciało. To forma astralna trafia do czyśćca, a następnie wraca z niego jako istota materialna. Czy jesteś gotów?
- Tak.
- W takim razie powodzenia w nowym życiu – Powiedział Starożytny i otworzył szkarłatny portal – Wejdź w te wrota, a odrodzisz się jako zupełnie nowa istota.
Już miałem dotknąć przejścia, gdy usłyszałem za sobą głos.
- Nie chwal się kim naprawdę jesteś, a najlepiej zapomnij o tym zupełnie.
Dotknąłem krawędzi czerwonego portalu i uderzyła we mnie fala jasnego światła.

...
Przez chwilę nic nie widziałem mimo, iż czułem, że oczy mam szeroko otwarte. Zamknąłem i otworzyłem oczy, a następnie powtórzyłem ten zabieg jeszcze kilka razy, aż w końcu ujrzałem miejsce w którym się znajduję. Ogólnie rzecz ujmując miejsce to nie poraziło mnie swoją urodą, czy niezwykłością, gdyż znajdowałem się w ślepej uliczce. Sądząc po nieznośnym smrodzie unoszącym się w powietrzu i wrzaskach w oddali był to Midgaard, a ja przebywałem niedaleko miejskiego śmietniska.
Poświęciłem trochę czasu na obejrzenie swojego nowego ciała i muszę przyznać, że nie wybrałem tak źle.
Twarde i masywne mięśnie, silny i wytrzymały jak na krasnoluda przystało organizm oraz wielki głód, którego nie mam czym teraz zaspokoić...
Postanowiłem obadać swoje ubranie w poszukiwaniu jakiejś waluty, którą mógłbym przeznaczyć na dwa, nie, cztery chleby. Ale okazało się, że ten denat ma kilka niemiłych niespodzianek.
Po pierwsze śmierdzi alkoholem tak, że chyba powaliłby tym zapachem trolla. Po drugie nie znalazłem w kieszeniach żadnej gotówki, ale za to zauważyłem, że całe moje ubranie jest w wymiocinach zmieszanych z krwią. Wtedy właśnie spostrzegłem też, że moje serce nie bije, a ja nie oddycham...
Powodem tej jakże nic nie znaczącej w tej chwili niedogodności okazał się być sztylet wbity w moją pierś, aż po samą rękojeść. Niewiele myśląc chwyciłem mocno za broń tkwiącą w moim nowym ciele i wydobyłem ją przy odgłosie nieprzyjemnego mlaskania.
Serce znów zaczęło bić...
Zrobiłem głęboki wdech i poczułem ból w płucach, które znowu zaczęły zyskiwać na elastyczności i powracały powoli do normalnej pracy. Brzuch coraz głośniej zaczynał domagać się pośmiertnej wieczerzy, a ja nie miałem nawet złamanego dukata. Z trudem podniosłem się na kolana, a potem stanąłem na równe nogi. Chwiejąc się i szukając rękoma oparcia w postaci rozpadających się ścian pobliskich budynków ruszyłem na poszukiwanie pożywienia.
Przeszedłem tak kilka metrów, gdy usłyszałem wrzaski i krzyki, które po części przypominały pijackie śpiewy.
Tak, to były odgłos pijanej grupy, która nagle wyszła za rogu pobliskiego domu. Chciałem uniknąć spotkania z tą hałastrą, lecz niestety nogi odmówiły mi posłuszeństwa i jak długi runąłem na środek ulicy. Leżałem tak niczym idiota próbując wyciszyć dźwięk, który pojawił się przy zetknięciu mojej głowy z kamienną nawierzchnią drogi. Gdy stłumiłem okropny ból głowy, a przed oczyma przestały majaczyć czarne plamki ujrzałem nad sobą uśmiechnięte twarze.
Grupka pijaków przez którą można rzec znalazłem się w takiej sytuacji stała teraz nade mną i głupkowato się uśmiechała.
Przez moment obawiałem się, że przyjdzie mi już dzisiaj odwiedzić czyściec, lecz wtedy najbliżej stojący elf wyciągnął do mnie dłoń i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Z pewnością ta grupa, to jakaś banda kretynów przeszło mi przez myśl, ale wtedy odezwał się mój żołądek.
- No dalej – Odparł niecierpliwie elf i chwycił mnie za ramię podnosząc z ulicy niczym źdźbło trawy – Jesteś, aż tak pijany, że nie widzisz mojej dłoni, czy może oszołomiło cię zetknięcie z tymi kamieniami?
- Ja... ja... sam nie wiem – Wyrzuciłem z siebie i zbluzgałem się w myślach za okazywanie słabości.
- Nieważne pijany przyjacielu – Odezwał się tubalny głos za pleców elfa.
- Witaj – Odparł ktoś inny.
- Jak się nazywasz oszołomiony przyjacielu? – Zapytał jakiś krasnolud, a potem pociągnął wielkiego łyka z pokaźnych rozmiarów beczki.
- Cisza! - Warknął elf na którym się opierałem, aby znowu nie runąć na ulicę - Na imię mi Thail, a ta wesoła brygada za mną, to moi przyjaciele i towarzysze broni. Z pewnością jesteś głodny i spragniony – W tym momencie mimo, iż o to nie prosiłem mój brzuch wydał z siebie błagalny odgłos burczenia.
Thail zaśmiał się, a chwilę później wtórowało mu już całe towarzystwo. Jednak, to nie był drwiący śmiech, taki jaki zazwyczaj słyszałem będąc jeszcze w gildii złodziejskiej, lecz coś innego. Był to serdeczny śmiech w którym dało się wyczuć zrozumienie i sympatię.
- Na imię mi Zeriks – Wyszeptałem cicho i spojrzałem zdumiony na radosne twarze swoich rozmówców.
- Doskonale! – Krzyknął mały gnom i wydobył z torby kilka chlebów – Na szczęście nie stracił pamięci przy tym dość porządnym uderzeniu i jak tylko coś zje dojdzie do siebie.
- To wspaniale! – Krzyknął wesoło elf i dodał po chwili poważniejszym tonem – Panowie, pora udać się do miejsca naszego wieczornego wypadu, a którym jest wspaniały przybytek rozkoszy i rozpusty zwanym potocznie, karczmą...
Idąc w tej grupie nawet przez chwilę nie poczułem się zagrożony, a wręcz przeciwnie. Zaczynałem zapominać o złym losie, którego byłem udziałem, a nieufność wobec wszystkiego powoli gdzieś znikała. Czułem, że najgorszy czas już mam za sobą, czas samotności i szukania swojego miejsca w świecie. Pojony piwem z beczki i karmiony wielkimi kromkami ciepłego chleba zaczynałem odzyskiwać siły... i chęć do życia. Moje chore pragnienie podbicia i rządzenia światem poszły w zapomnienie na rzecz tej wesołych zgrai, która znalazła mnie bezradnie leżącego na ulicy.
Przyszłość nie wydawała się już tak beznadziejnie czarną...
KONIEC.
"Nigdy nie kłóć się z debilem, najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a później pokona doświadczeniem".
"Naród Polski jest wspaniały, tylko ludzie kurwy" -J. Piłsudski
Emblemat użytkownika
Thail
 
Wiadomości: 1854
Dołączył(a): Cz lut 20, 2003 1:57 am
Lokalizacja: Z Wyspy Lodoss (SKO)


Powrót do Opowiadania



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron